Strzelanina w Bystrzycy Kłodzkiej wywołała debatę o granicach obrony koniecznej. Ekspert: W sytuacji skrajnego stresu człowiek nie działa racjonalnie

Popularne

Strony Internetowe / SEO
Realizacja w jeden dzień!
TEL/SMS: +1-773-800-1520

Strzelanina w Bystrzycy Kłodzkiej wywołała debatę o granicach obrony koniecznej. Trener strzelectwa Andrzej Idzikowski podkreślił w rozmowie z PAP, że w sytuacji skrajnego stresu człowiek nie działa racjonalnie, a ocena zdarzenia wymaga uwzględnienia wielu czynników.

PAP: W piątek wieczorem, 10 kwietnia 2026 r., na Osiedlu Szkolnym w Bystrzycy Kłodzkiej doszło do tragicznej w skutkach strzelaniny. Borys B., instruktor strzelectwa, śmiertelnie postrzelił jednego z trzech młodych mężczyzn, którzy – jak wyjaśnił – zaatakowali go, więc działał w obronie koniecznej. Porozmawiajmy o zasadach użycia broni, psychologii oraz dynamice takiej sytuacji, szczególnie gdy mamy do czynienia ze starciem trzech agresywnych osób z jedną. Jak, z pana doświadczenia, czuje się człowiek w takim stresie?

Andrzej Idzikowski, trener strzelectwa sportowego i bojowego, były funkcjonariusz policji i biegły sądowy w zakresie broni palnej: To jest temat niezwykle złożony i – mówiąc szczerze – obarczony ogromną liczbą niewiadomych. Operujemy na fragmentarycznych informacjach: znamy wersję jednego z uczestników i komunikaty prokuratury, ale rzeczywisty przebieg zdarzenia nie do końca jest jasny. Nie wiemy, co dokładnie poprzedziło eskalację. Czy była to jedynie wymiana zdań, czy coś znacznie poważniejszego.

W sytuacji zagrożenia życia organizm człowieka reaguje w sposób bardzo pierwotny. Dochodzi do gwałtownego wyrzutu adrenaliny, zawęża się pole widzenia, pojawia się tzw. tunel percepcyjny, a zdolność racjonalnej analizy sytuacji dramatycznie spada. Człowiek działa wtedy bardziej instynktownie niż analitycznie. Dlatego odpowiedź na pytanie, czy ktoś na chłodno analizuje taką sytuację, brzmi: w większości przypadków – nie. Nawet osoby szkolone mogą mieć trudność z pełną kontrolą poznawczą w takim momencie.

PAP: Czy zatem osoba bez doświadczenia mundurowego ma w ogóle szansę racjonalnie ocenić sytuację i podjąć odpowiednie decyzje?

A.I.: W mojej ocenie – w ograniczonym stopniu. Nawet osoby przeszkolone, funkcjonariusze czy żołnierze, mimo wielogodzinnych treningów nie są w stanie całkowicie wyeliminować wpływu stresu bojowego. Różnica polega na tym, że szkolenie daje pewne schematy działania, które w takich momentach mogą zaskoczyć automatycznie. Z informacji przekazywanych przez media wynika, że Borys B. był przez jakiś czas zawodowym żołnierzem.

Trzeba więc rozróżnić dwa zupełnie odmienne modele użycia broni. Żołnierz szkolony jest do eliminacji przeciwnika na polu walki, a policjant – do obezwładnienia, przy czym broń palna stanowi absolutny środek ostateczny. To fundamentalna różnica. W polskich realiach policyjnych użycie broni jest często odwlekane do granic ryzyka dla samego funkcjonariusza.

PAP: W omawianym przypadku pojawia się pytanie: czy osoba osaczona przez trzech agresywnych mężczyzn ma prawo sięgnąć po broń?

A.I.: To pytanie z pogranicza prawa i psychologii. Z czysto życiowego punktu widzenia taka sytuacja może być postrzegana jako zagrożenie realne. Ocena prawna zależy od wielu czynników: bezpośredniości ataku, proporcjonalności reakcji i możliwości uniknięcia konfrontacji.

Jeżeli skupimy się wyłącznie na tym fragmencie zdarzenia, który widzimy na nagraniu udostępnionym w sieci, czyli na sytuacji, gdy jedna osoba jest atakowana przez trzy inne, można rozważać, czy nie zachodziły przesłanki obrony koniecznej. Jednak kontekst wcześniejszych wydarzeń, o którym mówi prokuratura, może całkowicie zmienić tę ocenę. Jeśli podejrzany faktycznie najpierw spotkał się z trzema napastnikami, doszło między nimi do awantury, po której poszedł do domu, aby wziąć broń i wrócić na osiedle, by ich poszukać, to sytuacja się zmienia. Nie wykluczam też, że nie było żadnego powrotu po karabinek, tylko mężczyzna po prostu przez cały czas miał go przy sobie – relacje świadków są rozbieżne. Tutaj trzeba zachować ostrożność.

PAP: Sekcja zwłok wykazała pięć postrzałów. Dwa w górną część nóg, dwa w brzuch i podbrzusze oraz jeden, śmiertelny, w klatkę piersiową. Czy to świadczy o wysokich umiejętnościach strzeleckich?

A.I.: Niekoniecznie. Umiejętności strzeleckie oceniamy w warunkach kontrolowanych – na strzelnicy, gdzie mamy stabilne oświetlenie, brak presji i pełną koncentrację. To jest pewnego rodzaju laboratorium.

Sytuacja realnego zagrożenia to zupełnie inny świat. Mamy ograniczoną widoczność, dynamiczny ruch, stres i bardzo krótki czas reakcji. W takich warunkach nawet dobrze wyszkolony strzelec nie działa z precyzją znaną ze strzelnicy.

Dodatkowo trzeba uwzględnić charakter użytej amunicji. Użyte przez Borysa B. naboje mają dużą prędkość i przebijalność. One niekoniecznie natychmiast obezwładniają napastnika, jeśli nie zostanie uszkodzona kość czy jakiś ważny organ – ten człowiek idzie dalej jak taran. Może się więc zdarzyć, że pierwsze trafienia nie wywołają natychmiastowej reakcji, co z kolei prowadzi do oddania kolejnych strzałów.

Z perspektywy sekund to jest ciągłość działania, a nie seria przemyślanych decyzji. Poza tym należy wziąć pod uwagę to, że śmiertelna ofiara, podobnie jak dwóch pozostałych napastników, była pod wpływem środków psychoaktywnych. Z tego, co mówił jeden z tych mężczyzn w reportażu opublikowanym na Kanale Zero, wypili butelkę whisky. Być może w grę wchodziły także inne substancje. Mam nadzieję, że zostali pod ich kątem przebadani.

PAP: Pojawiają się opinie, że liczba strzałów była nadmierna.

A.I.: Takie oceny często formułują osoby, które nie miały kontaktu z bronią palną. W rzeczywistości decyzje podejmowane są w ułamkach sekund, a percepcja sytuacji przez strzelca może być zaburzona. Jeśli napastnik nadal się porusza i atakuje, strzelec może zakładać, że nie trafił skutecznie.

Dodatkowo, jeżeli napastnik był pod wpływem alkoholu lub innych substancji, jego odporność na ból i zdolność do kontynuowania ataku mogą być znacznie zwiększone. To również wpływa na dynamikę zdarzenia.

PAP: Czy fakt, że ktoś jest wyszkolony, na przykład w strzelectwie czy sportach walki, oznacza większą odpowiedzialność za użycie siły?

A.I.: W mojej ocenie tak i jest to uzasadnione. Osoba mająca specjalistyczne umiejętności ma większą świadomość skutków swoich działań. Jednak jednocześnie trzeba pamiętać, że skuteczna obrona często wymaga użycia środków przewyższających te, którymi dysponuje napastnik.

Prosty przykład: drobna kobieta ważąca 45 kg nie będzie w stanie odeprzeć ataku znacznie silniejszego, ważącego 120 kg przeciwnika bez użycia narzędzia, które wyrówna tę dysproporcję. Kluczowe jest więc nie tyle samo użycie środka, co jego adekwatność do zagrożenia.

PAP: Czy w szkoleniu strzeleckim kładzie się nacisk na unikanie konfliktów i deeskalację?

A.I.: Zdecydowanie tak. Każde odpowiedzialne szkolenie powinno zaczynać się od uświadomienia konsekwencji użycia broni. Staram się tłumaczyć kursantom, że broń to absolutna ostateczność.

Dużo mówię o tzw. świadomości sytuacyjnej – obserwowaniu otoczenia, unikaniu zagrożeń, reagowaniu na sygnały ostrzegawcze. Mam wrażenie, że jako społeczeństwo trochę tę czujność tracimy. Ludzie poruszają się w swoich bańkach, często odcięci od otoczenia, co zwiększa ich podatność na niebezpieczeństwo. To oznacza, że przestajemy rejestrować drobne sygnały ostrzegawcze: zmianę zachowania grupy osób, podniesiony głos, nienaturalny ruch. Tymczasem bardzo często to właśnie te drobiazgi pozwalają uniknąć konfrontacji – przejść na drugą stronę ulicy, wejść do sklepu, zadzwonić po pomoc. Świadomość sytuacyjna to nie paranoja, tylko umiejętność czytania otoczenia i reagowania, zanim będzie za późno.

PAP: W tej sprawie pojawia się także wątek lokalnego poczucia zagrożenia i zarzutów wobec służb, które nie reagowały na to, że lokalni cwaniacy trzęsą osiedlem. Gdzie był dzielnicowy, kryminalni?

A.I.: Jeżeli mieszkańcy mówią o poczuciu braku bezpieczeństwa, to jest to sygnał, którego nie należy lekceważyć. Historia pokazuje, że ignorowanie takich sygnałów prowadzi do eskalacji problemów. Oczywiście trzeba zachować ostrożność w ocenach, bo są one często subiektywne, ale całkowite ich pomijanie byłoby błędem. W latach 90. funkcjonowało powiedzenie, że każde miasto ma swoją mafię, a w niektórych to mafia ma swoje miasto. Nie przenosiłbym tego wprost na tę konkretną sytuację, ale mechanizm bywa podobny. Jeśli drobne przejawy przemocy czy zastraszania nie są odpowiednio wcześnie zatrzymywane, z czasem mogą urosnąć do poważnego problemu społecznego. Rolą służb jest nie tylko reagowanie na przestępstwa, ale także budowanie poczucia bezpieczeństwa poprzez obecność i prewencję.

PAP: Jak ta sprawa może wpłynąć na debatę o dostępie do broni w Polsce?

A.I.: Moim zdaniem nie powinna prowadzić do pochopnych zmian legislacyjnych. Obecny system, choć nieidealny, funkcjonuje stabilnie.

W Polsce obserwujemy w ostatnich latach wyraźny wzrost zainteresowania legalnym dostępem do broni. Rocznie wydaje się około 30-40 tysięcy nowych pozwoleń, co oznacza średnio blisko sto decyzji administracyjnych dziennie. Jednocześnie łączna liczba osób mających pozwolenie na broń palną wynosi dziś około 350-400 tys., a liczba egzemplarzy broni w obiegu przekracza milion. Co istotne, ten dynamiczny wzrost nie przekłada się na proporcjonalny wzrost liczby przestępstw z użyciem legalnej broni, co bywa argumentem na rzecz tezy, że obecny system kontroli i wydawania pozwoleń funkcjonuje w sposób stabilny. To sugeruje, że system kontroli działa.

Każdy taki przypadek jest oczywiście tragiczny i budzi emocje, ale prawo powinno być kształtowane na podstawie danych i analiz, a nie pojedynczych zdarzeń.

PAP: Jak pan patrzy na takie tragedie w szerszym, międzynarodowym kontekście?

A.I.: Każda taka sytuacja jest dramatem i wymaga refleksji, ale bardzo często przyczyn należy szukać głębiej niż w samym dostępie do broni. Problemy psychiczne, brak reakcji otoczenia, zaniedbania systemowe – to wszystko są elementy, które mogą prowadzić do tragedii. Przykładem może być ostatnia sprawa w Turcji, gdzie nastolatek wtargnął do szkoły i zastrzelił kilkanaście osób, używając broni należącej najprawdopodobniej do ojca. To pokazuje, że nawet w krajach o bardziej restrykcyjnym dostępie do broni – bo Turcja do takich należy – może dojść do tragicznych zdarzeń, jeśli zawiodą inne elementy systemu: rodzina, szkoła, opieka psychologiczna.

Broń jest narzędziem. Kluczowe pytanie brzmi: co doprowadziło człowieka do momentu, w którym zdecydował się jej użyć przeciwko innym?

Warto też zwrócić uwagę na aspekt społeczny tej konkretnej sprawy z Bystrzycy – ogromną mobilizację środowiska strzeleckiego i zbiórkę środków na obronę podejrzanego, która sięgnęła czterystu tysięcy złotych. To pokazuje, jak duże znaczenie przypisuje się temu procesowi. Można przypuszczać, że będzie to jedna z ważniejszych spraw tego typu w ostatnich latach, potencjalnie mająca wpływ na przyszłe orzecznictwo dotyczące granic obrony koniecznej w Polsce.

Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)

Podobne

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ostatnio dodane