82. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Premier: Pada pytanie, czy było warto? Ambasador USA: Prezydent Trump i naród amerykański oddali hołd bohaterom

Popularne

1 sierpnia 1944 r. w Warszawie wybuchło powstanie, które miało doprowadzić do wyzwolenia stolicy spod okupacji niemieckiej, a zakończyło się – mimo bohaterstwa żołnierzy i cywilów – klęską, śmiercią ok. 200 tys. osób i olbrzymimi stratami materialnymi.

Powstanie Warszawskie stało się symbolem polskiego bohaterstwa. Tak było odbierane zarówno w czasach PRL-u, gdy z przyczyn politycznych władze próbowały umniejszać jego znaczenie, jak i później. Historycy nie są jednak zgodni w sprawie oceny jego dowódców.

Nie kwestionując bohaterstwa powstańców i cierpień ludności cywilnej, zwracają uwagę na to, że dowództwo Armii Krajowej nie miało dobrego rozeznania w sprawie sytuacji militarnej na froncie, a zgromadzone w stolicy polskie oddziały były słabo uzbrojone. Wiedziały również, że skutecznej pomocy militarnej nie będą mogły udzielić alianci zachodni. Najsurowiej postawę części polskiego dowództwa ocenił prof. Andrzej Leon Sowa. W opracowaniu „Kto wydał wyrok na miasto? Plany operacyjne ZWZ-AK (1940-1944) i sposoby ich realizacji” napisał m.in., że decydując się na wydanie rozkazu o wybuchu powstania, nie kierowało się ono racjonalnymi przesłankami wojskowymi, tylko politycznymi.

Prof. Sowa w swojej publikacji odniósł się również do odpowiedzialności Stalina. Przyznał, że kremlowski dyktator nie zamierzał pomagać walczącej o wyzwolenie Warszawy Armii Krajowej. Jednak jego zdaniem tezy tych historyków, którzy uważają, że Stalin celowo nakazał wstrzymanie ofensywy Armii Czerwonej, bo chciał upadku powstania nie są prawdziwe. Z dokumentów wynika bowiem, że taki rozkaz Stalin wydał już 21 lipca 1944 r., czyli na dziesięć dni przed rozkazem gen. Bora-Komorowskiego o wybuchu powstania.

Decyzji o wybuchu powstania w swojej monografii „Powstanie ’44” broni z kolei prof. Norman Davies. „Często zapomina się, że powstańcy z 1944 r. nie byli w takiej samej sytuacji jak ich poprzednicy z lat 1794, 1830-1831 czy 1863, prowadzący samotną walkę z wrogiem narodu. Bojownicy z Armii Krajowej byli częścią międzynarodowej koalicji, która podjęła zobowiązanie wspólnej walki z wrogiem, i wobec tego działania owej koalicji należy poddać najbardziej szczegółowej analizie” – przypomina brytyjski historyk.

W myśl planów powstanie miało trwać najwyżej kilka dni. Dowództwo AK miało nadzieję, że Wehrmacht po wielkich stratach, jakie poniósł w trakcie Operacji Bagration, jest zdemoralizowany i nie stanowi wystarczającej siły.

Nadzieje na to, że takie opinie nie są przesadzone, brały się m.in. z widoku kierujących się przez Warszawę ze wschodu na zachód kolumn z rannymi żołnierzami niemieckimi.

Nawet w dowództwie AK zdawano sobie jednak sprawę z tego, że o zwycięstwie przesądzi nie tylko zaskoczenie, ale też wsparcie ze strony Armii Czerwonej. Oddziały AK w Warszawie dysponowały bowiem zbyt skromnym uzbrojeniem (głównie broń lekka i mało amunicji), żeby mogła stawić opór wrogowi. Opanowanie polskiej stolicy siłami podlegającymi polskiemu rządowi na emigracji (którego Moskwa już w tamtym momencie nie uznawała) miało być kartą przetargową. Liczono na to, że ujawnienie się w Warszawie władz cywilnych związanych z Delegaturą Rządu na Kraj będzie szczególnie istotne w związku z powołaniem pod egidą Stalina Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, czyli komunistycznego ośrodka władzy.

Armia Czerwona jednak powstańcom nie pomogła, a Niemcy nie dali się zaskoczyć ani wyprzeć ze strategicznych punktów. Zawiódł wywiad – informacje o sytuacji na froncie czerpano głównie z niemieckich komunikatów radiowych (przekazywanych z osławionych ulicznych „szczekaczek”. Nie było nawet łączności między naczelnym wodzem Polskich Sił Zbrojnych gen. Kazimierzem Sosnkowskim a dowódcami AK w Warszawie.

Sosnkowski zdawał sobie sprawę z tego, że AK nie jest w stanie podjąć skutecznej walki z Niemcami. Uważał też, że wobec postawy mocarstw zbrojne powstanie pozbawione jest politycznego sensu, bo Stany Zjednoczone i Wielka Brytania nie będą dla Polski ryzykować konfliktu ze Stalinem przed zakończeniem wojny z Niemcami. Miał nadzieję, że prędzej czy później do zatargu jednak dojdzie i trzeba do tego czasu zachować polskie wojsko.

W depeszy do gen. Komorowskiego Sosnkowski pisał: „W obliczu szybkich postępów okupacji sowieckiej na terytorium kraju trzeba dążyć do zaoszczędzenia substancji biologicznej narodu w obliczu podwójnej groźby eksterminacji”. W decydującym o wybuchu warszawskiego powstania momencie Sosnkowski pozbawił się jednak wpływu na wydarzenia, bo pojechał do Włoch na inspekcję 2 Korpusu Polskiego. Przed odlotem z Londynu sporządził instrukcję, w której była mowa o tym, że jeśli podczas niemieckiego odwrotu pojawi się szansa na krótkotrwałe opanowanie Wilna, Lwowa lub „innego większego centrum”, to należy je zająć, by wystąpić wobec Armii Czerwonej w roli gospodarza. Choć w tej instrukcji nie było wzmianki o Warszawie, to dowództwo AK które formalnie Sosnkowskiemu podlegało potraktowało je jako przyzwolenie na wywołanie powstania.

Do chaosu przyczyniła się też postawa premiera rządu emigracyjnego Stanisława Mikołajczyka (następcy gen. Sikorskiego), który w tym samym czasie udał się do Moskwy. Liczył, że w rozmowach ze Stalinem wybuch powstania (i spodziewany polski sukces) będzie atutem w jego staraniach o kształt nowego rządu.

Sytuacja w Warszawie nie ułożyła się jednak po myśli Mikołajczyka i dowództwa AK. Powstańcom nie udało się opanować żadnych ważnych punktów, w tym też mających kluczowe znaczenie mostów na Wiśle. Dostarczana drogą lotniczą (z lotnisk we Włoszech) pomoc aliantów zachodnich była zbyt mała, by mogła wpłynąć na przebieg walki. Mimo to powstanie trwało aż 63 dni – było największą akcją zbrojną podziemia w okupowanej przez Niemców Europie.

1 sierpnia 1944 r. do walki w stolicy przystąpiło ok. 40-50 tys. powstańców. Jednak zaledwie co czwarty z nich liczyć mógł na to, że rozpocznie ją z bronią w ręku.

Na wieść o powstaniu w Warszawie Reichsfhrer SS Heinrich Himmler wydał rozkaz, w którym stwierdzał: „Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców, Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy”.

Przez 63 dni powstańcy prowadzili heroiczny i samotny bój z wojskami niemieckimi. Ostatecznie wobec braku perspektyw dalszej walki 2 października 1944 r. przedstawiciele KG AK płk Kazimierz Iranek-Osmecki „Jarecki” i ppłk Zygmunt Dobrowolski „Zyndram” podpisali w kwaterze SS-Obergruppenfhrera Ericha von dem Bacha w Ożarowie akt kapitulacji Powstania Warszawskiego.

Gen. Komorowski wspominając to wydarzenie pisał: „Po raz drugi w tej wojnie musiała Warszawa ulec przewadze wroga. Na początku i na końcu wojny stolica Polski walczyła sama. Ale warunki walki w roku 1939 były całkiem inne niż w roku 1944. Pięć lat temu Niemcy stały u szczytu swej potęgi. Słabość Sprzymierzonych uniemożliwiała danie pomocy Warszawie. Upadek stolicy Polski był pierwszy w szeregu zwycięstw niemieckich. W roku 1944 sytuacja była odwrotna. Niemcy chyliły się ku upadkowi i my wszyscy mieliśmy gorzkie przeświadczenie, że upadek Warszawy będzie prawdopodobnie ostatnim zwycięstwem Niemców nad Sprzymierzonymi”.

Według postanowień układu kapitulacyjnego żołnierze AK z chwilą złożenia broni mieli korzystać ze wszystkich praw konwencji genewskiej z 1929 r., dotyczącej traktowania jeńców wojennych. Takie same uprawnienia otrzymali żołnierze AK, którzy dostali się do niemieckiej niewoli w czasie walk toczonych od początku sierpnia w Warszawie. Niemcy przyznali prawa jeńców wojennych także członkom powstańczych służb pomocniczych. W podpisanym dokumencie strona niemiecka stwierdzała ponadto, że osoby uznane za jeńców wojennych „nie będą ścigane za swoją działalność wojenną ani polityczną tak w czasie walk w Warszawie jaki i w okresie poprzednim, nawet w wypadku zwolnienia ich z obozów jeńców”.

Odnośnie ludności cywilnej znajdującej się w czasie walk w mieście, Niemcy zapewnili, że nie będzie stosowana wobec niej odpowiedzialność zbiorowa. Dodatkowo gwarantowali, iż: „Nikt z osób znajdujących się w okresie walk w Warszawie nie będzie ścigany za wykonywanie w czasie walk działalności w organizacji władz administracji, sprawiedliwości, służby bezpieczeństwa, opieki publicznej, instytucji społecznych i charytatywnych ani za współudział w walkach i propagandzie wojennej. Członkowie wyżej wymienionych władz i organizacji nie będą ścigani też za działalność polityczną przed powstaniem”.

Zgodnie z żądaniami niemieckiego dowództwa miasto mieli opuścić wszyscy jego mieszkańcy. Akt kapitulacji powstania przewidywał, że ewakuacja „zostanie przeprowadzona w czasie i w sposób oszczędzający ludności zbędnych cierpień”, a „dowództwo niemieckie dołoży starań, by zabezpieczyć pozostałe w mieście mienie publiczne i prywatne”.

W wydanej nazajutrz po kapitulacji odezwie do „Do Narodu Polskiego” Krajowa Rada Ministrów i Rada Jedności Narodowej z goryczą stwierdzały: „Skutecznej pomocy nie otrzymaliśmy. (…) Potraktowano nas gorzej niż sprzymierzeńców Hitlera: Italię, Rumunię, Finlandię. (…) Sierpniowe powstanie warszawskie z powodu braku skutecznej pomocy upada w tej samej chwili, gdy armia nasza pomaga wyzwolić się Francji, Belgii i Holandii. Powstrzymujemy się dziś od sądzenia tej tragicznej sprawy. Niech Bóg sprawiedliwy oceni straszliwą krzywdę, jaka Naród Polski spotyka, i niech wymierzy słuszną karę na jej sprawców”.

W czasie walk w Warszawie zginęło ok. 18 tys. powstańców, a 25 tys. zostało rannych. Poległo również ok. 3,5 tys. żołnierzy z Dywizji Kościuszkowskiej.

Straty wśród ludności cywilnej były ogromne – ok. 180 tys. zabitych.

Pozostałych przy życiu mieszkańców Warszawy, ok. 500 tys., wypędzono z miasta, które po powstaniu zostało niemal całkowicie zburzone. Specjalne oddziały niemieckie, używając dynamitu i ciężkiego sprzętu, jeszcze przez ponad trzy miesiące metodycznie niszczyły resztki ocalałej zabudowy.

Do niemieckiej niewoli poszło ponad 15 tys. powstańców, w tym 2 tys. kobiet. Wśród nich niemal całe dowództwo AK, z generałami Borem-Komorowskim, Pełczyńskim i Chruścielem. Żaden z tych trzech dowódców do Polski już nie wrócił: Bór-Komorowski i Pełczyński zmarli w Wielkiej Brytanii, a Chruściel w Stanach Zjednoczonych. (PAP)

 

Premier: gdy zagraża nam wróg, nie mamy prawa zapomnieć o lekcji, którą dali nam powstańcy warszawscy

Gdy przy polskiej granicy trwa brutalna wojna i zagraża nam wróg, nie mamy prawa zapomnieć o lekcji, którą dali nam powstańcy – mówił premier Donald Tusk w 82. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz dodał, że powstańcy są symbolem bezgranicznego oddania ojczyźnie.

Szef rządu w nagraniu na platformie X zwrócił uwagę, że jest tylko jedno takie miasto na świecie, które raz w roku zatrzymuje się na minutę. – Powietrze wypełnia dźwięk syren i przejmująca wymowna cisza, która mówi więcej niż jakiekolwiek słowa – zaznaczył.

– W tej ciszy wciąż pada pytanie, czy było warto? Tyle śmierci, miasto zmiecione z powierzchni ziemi, czy dowódcy nie popełnili jakiegoś straszliwego błędu? Ale ci, którzy powstali, nie kalkulowali. Odpowiedzieli bohaterstwem i swoją walką na niemiecką okupację, na łapanki, na rozstrzeliwania, na pogardę i nagą przemoc. Powstali do walki, żebyśmy dziś mogli cieszyć się wolnością. Wolnością, która nigdy nie jest dana raz na zawsze, o którą w jakiś sposób zawsze trzeba walczyć – powiedział Tusk.

Podkreślił, że prawdziwym zobowiązaniem, które zostawili nam powstańcy, jest to by dbać o siłę Polski w trudnym czasie. – Gdy przy naszej granicy trwa brutalna wojna, gdy zagraża nam wróg, gdy atakuje nasze wartości i robi wszystko, żeby nas podzielić. Właśnie teraz szczególnie nie mamy prawa zapomnieć o lekcji, którą dali nam powstańcy – dodał premier.

– Tylko wspólnie jesteśmy siłą, która pokona każde zło. Powstańcy szli do walki śpiewając „Jeszcze Polska nie zginęła” i tak się stało. Dziś najsilniejsza w historii jest wzorem dla całej Europy. W godzinę „W” przystańmy, pochylmy głowy, pomyślmy o tych wszystkich, którzy przelali krew za wolną Polskę. Cześć i chwała bohaterom! – podsumował szef rządu.

Wicepremier, minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz także na platformie X podkreślił, że powstańcy, którzy stanęli do walki o wolność i niepodległość Polski pozostają symbolem odwagi, honoru oraz bezgranicznego oddania ojczyźnie. „Ich etos służby, odpowiedzialności i gotowości do najwyższego poświęcenia jest wzorem dla kolejnych pokoleń Polaków. Pamiętamy o ich ofierze. Cześć i Chwała Bohaterom!” – dodał szef MON.

W Warszawie 1 sierpnia 1944 r. do walki stanęło ok. 40-50 tys. powstańców. Powstanie planowane na kilka dni trwało ponad dwa miesiące. W czasie walk w stolicy zginęło ok. 18 tys. powstańców, a 25 tys. zostało rannych. Poległo również ok. 3,5 tys. żołnierzy z Dywizji Kościuszkowskiej, którzy we wrześniu 1944 roku przeprawili się przez Wisłę, aby pomóc walczącemu miastu. Straty wśród ludności cywilnej wyniosły ok. 180 tys. zabitych. Pozostałych przy życiu mieszkańców Warszawy, ok. 500 tys., wypędzono ze zniszczonego miasta, które po powstaniu Niemcy niemal całkowicie zburzyli. (PAP)

Ambasador USA: prezydent Trump i naród amerykański oddali hołd bohaterom Powstania Warszawskiego

Prezydent Trump i naród amerykański – w tym dniu oddajemy hołd i pamiętamy niezwykłe poświęcenie, niezwykłego, niezłomnego ducha narodu polskiego oraz bohaterów Powstania Warszawskiego – powiedział ambasador USA w Polsce Tom Rose na nagraniu zamieszczonym na platformie X.

Tom Rose na swoim profilu na platformie X zamieścił nagranie, odnoszące się do przypadającej w sobotę 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.

– Osiemdziesiąt dwa lata temu, pierwszego sierpnia 1944 roku, mężczyźni, kobiety i dzieci Warszawy powstali przeciwko swoim nazistowskim okupantom w bohaterskiej lecz pechowej próbie odzyskania swojej wolności – powiedział ambasador.

W swoim wystąpieniu dyplomata odniósł się także do obecnej sytuacji.

– Lekcja dla tych, którzy dzisiaj rzucają wyzywanie lub zagrażają Polsce – jeśli Adolf Hitler i Józef Stalin nie zdołali podbić Polski, to oni także nie mogą. Polska może zostać najechana, Polska może być okupowana, a nawet zdobyta, ale Polska nigdy się nie poddaje. Polska nie poddała się wtedy i nie podda się teraz – zaznaczył Rose.

Dodał, że Powstanie Warszawskie inspiruje do walki o wolność.

– Prezydent Trump i naród amerykański – w tym dniu oddajemy hołd i pamiętamy niezwykłe poświęcenie, niezwykłego, niezłomnego ducha narodu polskiego oraz bohaterów Powstania Warszawskiego. Ich przykład nadal inspiruje nas wszystkich, którzy cenimy wolność, i daje nam cel oraz siłę, by nieustannie walczyć o wolność – zadeklarował. – Cześć bohaterom – podsumował ambasador USA po polsku.

W Warszawie 1 sierpnia 1944 r. do walki stanęło ok. 40-50 tys. powstańców. Powstanie planowane na kilka dni trwało ponad dwa miesiące. W czasie walk w stolicy zginęło ok. 18 tys. powstańców, a 25 tys. zostało rannych. Poległo również ok. 3,5 tys. żołnierzy z Dywizji Kościuszkowskiej, którzy we wrześniu 1944 roku przeprawili się przez Wisłę, aby pomóc walczącemu miastu. Straty wśród ludności cywilnej wyniosły ok. 180 tys. zabitych. Pozostałych przy życiu mieszkańców Warszawy, ok. 500 tys., wypędzono ze zniszczonego miasta, które po powstaniu Niemcy niemal całkowicie zburzyli. (PAP)

Prof. Gawin: Nowa Polska, o którą walczyła Armia Krajowa, miała zbudować prawdziwie polską nowoczesność (wywiad)

Nowa Polska, o którą walczyła Armia Krajowa, miała być nie tylko państwem suwerennym i wolnym, lecz miała także stworzyć warunki do uwolnienia społecznego potencjału i zbudować prawdziwie polską nowoczesność – mówi PAP prof. Dariusz Gawin, zastępca dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego.

PAP: „Wierzymy mocno, że z potoku krwi przelanej o wolność, z wysileń najlepszych swych synów wyrośnie wkrótce Polska wspaniała, piękniejsza i potężniejsza niż ta, którą widzieliśmy w 1939 roku” – to fragment artykułu opublikowanego na łamach pisma „Baszta” we wrześniu 1944 roku. O jaką Polskę walczyli powstańcy warszawscy, gdy myśleli o „Polsce wspaniałej”?

Prof. Dariusz Gawin: Przede wszystkim miała to być Polska wolna. Ale Powstanie Warszawskie stanowiło również kulminację tradycji insurekcyjnej zapoczątkowanej 150 lat wcześniej przez powstanie kościuszkowskie. W tej tradycji podjęcie walki i przystąpienie do insurekcji było także deklaracją etyczną. Wolność Polski postrzegano jako dobro, a jej utratę jako niesprawiedliwość i krzywdę. Odbudowanie Polski nie oznaczało zatem tylko odzyskania własnego państwa, lecz także przywrócenie ładu moralnego w świecie. Stąd brało się przekonanie, że nowa Polska będzie nie tylko wolna, ale również etyczna i nowoczesna.

PAP: Co to znaczy?

D.G.: We wszystkich powstaniach chodziło o realizację ideałów nowoczesności: demokratyzację i budowę sprawiedliwego ładu. U niektórych, jak u Zygmunta Krasińskiego, przybierało to formę bardziej chrześcijańską, inni – na przykład działacze związani z Towarzystwem Demokratycznym Polskim – odwoływali się przede wszystkim do ideałów humanistycznych, uniwersalnych i demokratycznych. Powstanie Warszawskie wpisywało się w ten sposób myślenia i była to wizja bliska polskiej inteligencji – przede wszystkim lewicowej i postępowej, tak myślał chociażby Stefan Żeromski – ale także tej, która nie miała wyraźnych afiliacji politycznych. Obraz szklanych domów jest przecież wizją państwa, które wykorzystuje nowoczesność dla dobra Polaków. Potencjał człowieczeństwa, niemożliwy do pełnego rozwinięcia w warunkach niewoli, miał zostać uwolniony i służyć budowie nowoczesnej i sprawiedliwej Polski.

PAP: Czy powstańcy chcieli przywrócenia II RP?

D.G.: W powstających podczas wojny tekstach programowych i politycznych można znaleźć założenie, że II Rzeczpospolita nie była państwem w pełni demokratycznym, a rządy sanacyjne obarczano odpowiedzialnością za klęskę wrześniową. Polityczne rozliczenie sanacji łączono przy tym z rozliczeniem niesprawiedliwości panujących w II Rzeczypospolitej. Pamiętano o brutalnie tłumionych strajkach chłopskich, prześladowaniu opozycji i osadzaniu jej przedstawicieli w Berezie Kartuskiej. Kiedy rodziło się Polskie Państwo Podziemne, uznano, że polityczną podstawę konspiracji będą stanowiły partie, które przed wojną znajdowały się w opozycji. Były to ugrupowania lewicowe i prawicowe: Polska Partia Socjalistyczna, Stronnictwo Ludowe, Stronnictwo Narodowe i Stronnictwo Pracy. Wszystkie chciały rozliczenia sanacji. Na przykład w „Programie Polski Ludowej”, ogłoszonym przez PPS w sierpniu 1941 roku, zapowiadano nawet powołanie trybunału, który miał osądzić „ozonową klikę”. Miało to być bardzo radykalne rozliczenie, bo piłsudczyków oskarżano nie tylko o doprowadzenie do klęski, lecz także o zaprzepaszczenie potencjału, który pojawił się wraz z odzyskaniem niepodległości.

Nowa Polska, o którą walczyła Armia Krajowa, miała być zatem nie tylko państwem suwerennym i wolnym w sensie politycznym, lecz miała także stworzyć warunki do uwolnienia społecznego potencjału i zbudować prawdziwie polską nowoczesność.

PAP: Po wojnie mówienie o Polsce ludowej, sprawiedliwej i demokratycznej stało się częścią rządowej propagandy i dziś może niektórym kojarzyć się wyłącznie z PRL.

D.G.: Komuniści przejęli ten rodzaj dyskursu. Wśród ludzi, którzy doświadczyli awansu społecznego w PRL, rozpowszechniło się przekonanie, że tylko Polska Rzeczpospolita Ludowa mogła być gwarantem tego awansu. Znam osoby, które uważają, że stały się inteligentami i zdobyły wolne zawody wyłącznie dzięki możliwościom stworzonym przez PRL. Nie dostrzegają, że po II wojnie światowej Polska pod władzą inną niż komunistyczna prawdopodobnie przeszłaby podobną drogę jak państwa Europy Zachodniej, a więc przyspieszony proces modernizacji społecznej. W tym kontekście można zupełnie inaczej spojrzeć na Powstanie Warszawskie.

Zazwyczaj jest ono postrzegane przede wszystkim jako wydarzenie militarne. Tymczasem w granicach wyznaczonych przez powstańcze barykady ujawniły się legalne władze państwowe. Gdyby to państwo przetrwało, nosiłoby numer trzy. Ta III Rzeczpospolita już w projektach ogłaszanych podczas okupacji zapowiadała budowę polskiej wersji welfare state, czyli państwa opiekuńczego lub państwa dobrobytu. Był to model społeczny, gospodarczy i polityczny, który zapewnił Europie rozwój i dostatek w trzydziestoleciu między 1945 rokiem a połową lat 70., kiedy nastąpił kryzys naftowy. Był to nieprawdopodobny okres rozwoju Europy, budowania jej bogactwa i integracji. To właśnie wtedy ukształtowało się w dużej mierze to, do czego odwołujemy się dzisiaj, kiedy używamy pojęcia „Zachód”. Polska od początku znajdowała się w samym sercu tego procesu – zarówno w wymiarze politycznym i geopolitycznym, jak i społecznym oraz gospodarczym. Rząd londyński był przecież sygnatariuszem Deklaracji Narodów Zjednoczonych z 1942 roku. W polskich tekstach okupacyjnych pisano o potrzebie powołania nowej organizacji współpracy międzynarodowej. Podkreślano konieczność budowania w Europie federacji i międzynarodowej współpracy, odrzucając narodowy separatyzm. W pewnym sensie przygotowywało to późniejsze myślenie o integracji europejskiej.

PAP: Czy Armia Krajowa walczyła o ideały zbliżone do programu zachodniej lewicy?

D.G.: Tak, zdecydowanie. W czasie okupacji broszura z „Programem Polski Ludowej” została przetłumaczona na język angielski i spotkała się z dobrym przyjęciem wśród labourzystów. Był to czas, kiedy pracowali oni nad założeniami przyszłego państwa opiekuńczego. Brytyjska Partia Pracy wygrała wybory w 1945 roku, a rząd Clementa Attlee wprowadził rozwiązania charakterystyczne dla państwa opiekuńczego: publiczny system opieki zdrowotnej, ubezpieczenia społeczne i budownictwo mieszkaniowe na dużą skalę. Pokazuje to, że oba sposoby myślenia rozwijały się równolegle.

Można postawić hipotezę, że gdyby ludowcy i socjaliści zdobyli władzę w Polsce, musieliby stoczyć polityczną walkę z endekami, którzy byli bardzo krytyczni wobec części tego programu. W Radzie Jedności Narodowej narodowcy zgodzili się wprawdzie na wspólny program, ale nie oznaczało to, że w pełni go popierali. Gdyby doszło do wolnych wyborów, ujawniłyby się bardzo poważne różnice. Lewica chciała nacjonalizacji wielkiego przemysłu, rozwoju spółdzielczości, silnych związków zawodowych i reformy rolnej. Endecy odnosili się do części tych rozwiązań niechętnie. Stawiali w większym stopniu na prywatną przedsiębiorczość, a kapitalizm nie był dla nich pojęciem wyklętym.

PAP: Chodziło im jednak o rodzimą przedsiębiorczość, a nie o kapitał z międzynarodowym akcjonariatem.

D.G.: Oczywiście. Warto w tym miejscu spojrzeć na powstańcze Dzienniki Ustaw. Nie zawierały one ustaw w ścisłym sensie, ponieważ Rada Jedności Narodowej była namiastką parlamentu i nie funkcjonowała w normalnych warunkach. Publikowano więc przede wszystkim rozporządzenia władz cywilnych. Dotyczyły one między innymi Niemców i volksdeutschów, bezpieczeństwa oraz systemu sądowniczego. Znalazło się w nich jednak również miejsce na decyzje dotyczące nacjonalizacji lasów, przejęcia majątków ziemskich o powierzchni przekraczającej 50 hektarów, samorządu terytorialnego czy rad zakładowych. Było to rozwinięcie elementów programu przedstawionego wcześniej przez Radę Jedności Narodowej w deklaracji „O co walczy naród polski” z marca 1944 roku. Niedoszła III Rzeczpospolita, istniejąca w Warszawie przez 63 dni, zdążyła wejść na drogę wyznaczoną przez tamten dokument. Ten aspekt powstania został później zapomniany.

PAP: Dlaczego tak się stało?

D.G.: Kwestie ideowe i programowe zeszły na drugi plan między innymi dlatego, że w PRL pamięć o powstaniu była niszczona lub zniekształcana. Koncentrowano się więc przede wszystkim na opowiadaniu o bohaterstwie, walce i oddziałach powstańczych. Projekty ustrojowe wydawały się utopijne, a ponadto pozostawały właściwie nieznane lub przejęte. Znamienne jest chociażby hasło „Polski Ludowej”, które komuniści po prostu zawłaszczyli.

PAP: Wspomniał pan o deklaracji „O co walczy naród polski”. Co dla powstańców oznaczało pojęcie narodu polskiego? Myślano o nim w kategoriach politycznych i obywatelskich czy raczej etnicznych i kulturowych?

D.G.: Jestem zwolennikiem przykładania do powstania kategorii zaczerpniętych z klasycznej filozofii politycznej. Władysław Siła-Nowicki pisał o jednym z najważniejszych fenomenów powstania: walczyły wszystkie klasy i warstwy społeczne oraz ludzie w różnym wieku. Użył pojęcia demos – lud, bo na ulicach Warszawy można było zobaczyć właśnie lud, który był wspólnotą.

Istotą takiego myślenia o polityczności było miasto rozumiane jednak nie jako pojęcie urbanistyczne czy zbiór budynków, lecz jako wspólnota polityczna. Chodzi o Arystotelesowską koinonia politike – wspólnotę polityczną połączoną wspólną sprawą. Rzymianie nazywali to res publica, a od tego już niedaleko do Rzeczypospolitej. W tym znaczeniu res publica nie jest materialną rzeczą, lecz sprawą publiczną i wspólnym zobowiązaniem. W myśli klasycznej wspólnotę polityczną tworzyli przede wszystkim ludzie oraz łączące ich więzi. Wszystko, co należało do sfery instytucji, rzeczy i materialnych zasobów, miało znaczenie wtórne wobec siły więzi łączącej obywateli zobowiązanych do troski o dobro wspólne. Dlatego Ateńczycy mogli poważnie rozważać, czy w obliczu perskiego najazdu nie porzucić miejsca, w którym mieszkali, i nie odtworzyć swojej wspólnoty politycznej gdzie indziej.

Benjamin Constant wprowadził rozróżnienie między wolnością starożytnych i wolnością nowożytnych. Wolność starożytnych była wolnością do uczestniczenia w polityce. Wolność nowożytnych, liberalna, była natomiast w dużej mierze wolnością od polityki: państwo miało zajmować się sprawami publicznymi, a obywatele mogli poświęcić się własnemu życiu i zarabianiu pieniędzy. U starożytnych wspólnota obywatelska była państwem, co na przykład prowadziło do zatarcia się różnicy między obywatelem a żołnierzem. W Atenach członkowie Zgromadzenia Ludowego głosowali nad podjęciem działań zbrojnych, a następnie sami przeistaczali się w armię hoplitów, która wykonywała te decyzje.

W powstańczej Warszawie także doszło do zatarcia tej granicy. Warszawa stała się wspólnotą polityczną, której wysiłek koncentrował się na wywalczeniu i obronie wolności. Jest to jeden z najbardziej niezwykłych aspektów powstania, trudny do uchwycenia, jeżeli patrzy się na nie z zewnątrz.

Historycy podkreślają rolę ludności cywilnej w pierwszych dwóch lub trzech dniach walk. W panującym chaosie mieszkańcy pomogli Armii Krajowej zbudować sieć barykad. Bez współdziałania cywilów z wojskiem nie byłoby to możliwe. Nastąpiło zlanie się ludności cywilnej i żołnierzy w jeden organizm. To właśnie był naród – poczucie wspólnoty.

W wielu relacjach powtarza się opis pierwszych dni wolności jako absolutnego, niemal ekstatycznego doświadczenia wspólnoty. Naród nie był wówczas wartością niebezpieczną, ponieważ to doświadczenie było pozbawione agresywnego nacjonalizmu. Oznaczało przede wszystkim pozytywne pragnienie bycia razem, wspólnego działania i wywalczenia wolności. Czy wie pan, jakie były hasło i odzew podczas pierwszej powstańczej nocy?

PAP: Nie.

D.G.: Hasło brzmiało: „Warszawa”, a odzew: „Wolność”. Jest w tym wielka symbolika. W granicach wyznaczonych przez barykady biła blaskiem wolność, a na zewnątrz panowała ciemność – czyli Niemcy. Takie rozumienie wspólnoty nie poddaje się prostym oskarżeniom o nacjonalizm. Jest pierwotne i dojmująco głębokie. Być może właśnie stąd bierze się siła mitu powstania. Używam słowa „mit” nie w potocznym znaczeniu nieprawdy, lecz jako określenia archetypu – powtarzającego się wzorca polskości i polskiego losu. Nie chodzi jednak o los rozumiany wyłącznie jako tragedia. Bohaterowie greckich tragedii nie wybierali swojego losu. Przyjmowali go, ponieważ ich decyzje nie były w stanie zmienić jego biegu. Wynikały natomiast z tego, kim byli. Polacy podobnie uporczywie obstają przy idei wolności.

PAP: Czy można wskazać ruchy polityczne, w których przetrwały tak rozumiane idee powstańcze?

D.G.: Kiedy patrzymy na późniejszą historię Polski, dostrzegamy ciągłość pewnego sposobu myślenia o rzeczy wspólnej Polaków. Był on obecny w PSL Stanisława Mikołajczyka, później w Październiku 1956 roku, a następnie w opozycji demokratycznej. Jednak najważniejszym wcieleniem idei, które rodziły się podczas okupacji i ujawniły się w Powstaniu warszawskim, była prawdopodobnie „Solidarność” w latach 1980-1981.

Kulminacją był program przyjęty podczas pierwszego zjazdu związku w 1981 roku, czyli program Samorządnej Rzeczypospolitej. Pojawiały się tam idee samorządu i samoorganizacji oraz założenie, że wolna jednostka jest podstawą dynamicznego i zdolnego do rozwoju społeczeństwa.

Taki sposób myślenia istnieje w Polsce od czasów Edwarda Abramowskiego i Stefana Żeromskiego. W „Solidarności” towarzyszył mu oczywiście silny komponent chrześcijański.

Zachodni, lewicowi dziennikarze nie potrafili w pełni zrozumieć polskiej specyfiki. Podobało im się, że wielkoprzemysłowa klasa robotnicza w Stoczni Gdańskiej walczy z poststalinowską, komunistyczną biurokracją, ale nie pasowało im, że na bramie Stoczni Gdańskiej imienia Lenina wisiał portret papieża, codziennie odprawiano mszę świętą, a pierwszy zjazd „Solidarności” miał właściwie swojego kapelana, którym był ksiądz Józef Tischner. Autor „Etyki Solidarności” głosił kazania o etyce pracy, w której nie chodziło wyłącznie o zatrudnienie i zarabianie pieniędzy. Praca miała być spełnieniem istoty człowieczeństwa – potencjału posiadanego przez każdego człowieka. Należało więc stworzyć system społeczny, polityczny i gospodarczy umożliwiający aktualizację tego potencjału. Ta idea przewijała się jak nić przez kolejne dziesięciolecia.

PAP: Można tylko żałować, że szansa na jej realizację objawiała się wyłącznie w formie krótkotrwałych wybuchów.

D.G.: Polskim problemem jest to, że potrafimy wywoływać eksplozje mocy, ale nie umiemy tej mocy zatrzymywać i kumulować. Społeczeństwa zachodnioeuropejskie posiadają tę umiejętność. Dopiero z niej wynika również zdolność trwałego gromadzenia bogactwa.

Bogactwo rodzi się właśnie z umiejętności kumulowania mocy, a materialny majątek jest tylko jednym z jej przejawów. Społeczeństwa zachodnie potrafią gromadzić mądrość instytucjonalną i budować trwałe struktury państwowe. Są to różne przejawy zachowywania i kumulowania mocy, z czym Polacy radzą sobie gorzej. Chociaż w III Rzeczypospolitej, wbrew powszechnemu narzekaniu, nie wychodzi nam to wcale aż tak źle.

Tradycja łączenia etyki z projektem modernizacyjnym miała jednak dramatyczne losy w ciągu ostatnich trzydziestu kilku lat. To, co przed wojną i podczas okupacji myśleli o świecie Kazimierz Pużak, Stanisław Thugutt czy Adam Ciołkosz, współgrało z tym, co myślał Clement Attlee oraz inni twórcy zachodniego państwa opiekuńczego. Tymczasem myśl „Solidarności” zupełnie nie współgrała już ze światem, który narodził się na Zachodzie z krytyki welfare state i w odpowiedzi na jego kryzys. Był to świat neoliberalizmu wraz z nowym sposobem myślenia o gospodarce i człowieku. Symbolami tej epoki są reformy epoki Ronalda Reagana i Margaret Thatcher. Warunkiem uczestnictwa Polski w tej wersji nowoczesności stało się w znacznej mierze odrzucenie etosu „Solidarności”. Wolna Polska po 1989 roku była nowoczesna i dynamicznie się rozwijała, ale jednocześnie musiała odrzucić część etycznego dziedzictwa, z którego sama się wywodziła.

PAP: Czy mit powstania jest żywy?

D.G.: Mit Powstania Warszawskiego trwa nadal. Być może dlatego, że nie posiada już wyraźnego kształtu politycznego. Przez lata koncentrowano się przede wszystkim na obronie samej możliwości mówienia o powstaniu. W polskim myśleniu pozostaje bardzo istotny element, który można zrozumieć przez odwołanie do klasycznej filozofii politycznej – wątek republikański. I jest on nadal żywy. Polacy wciąż odnajdują się w zdaniu skierowanym do świata 1 września 1944 roku przez Delegata Rządu RP na Kraj Jana Stanisława Jankowskiego: „Chcieliśmy być wolni i wolność sobie zawdzięczać”. Wyrażało to, co stanowiło największy grzech Polaków w oczach zarówno Stalina, jak i Hitlera. I to właśnie nadal gdzieś w Polakach tkwi. Jest to żywy spadek po powstaniu: chcemy być wolni i wolność zawdzięczać samym sobie.

Prof. Dariusz Gawin – historyk idei, redaktor, publicysta. Wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego oraz szef Instytutu Stefana Starzyńskiego. Kierownik Zakładu Społeczeństwa Obywatelskiego w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Autor takich książek jak „Spór o powstanie. Powstanie warszawskie w powojennej publicystyce polskiej”, „Blask i gorycz wolności. Eseje o polskim doświadczeniu wolności”, „Granice demokracji liberalnej. Szkice z filozofii politycznej i historii idei” i „Wielki zwrot. Ewolucja lewicy i odrodzenie idei społeczeństwa obywatelskiego 1956-1976”

Rozmawiał: Igor Rakowski-Kłos (PAP)

 

irk/ jkrz/ dki/

Podobne

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ostatnio dodane