Idea amerykańskiego snu została nam odebrana. Ale jego sednem jest coś bardzo ludzkiego, nie ograniczającego się do jakiegoś określonego terytorium, czyli poczucia, że jest się w domu, pośród swoich – mówi PAP amerykański pisarz Kelby Losack, autor wydanej w Polsce „Wypuścić diabły”.
„Rezerwy finansowe wystarczą na trzy dni, a amerykański sen już dawno bardziej przypomina GTA niż karierę od pucybuta do milionera. Ulice zaludniają tymczasem kaznodzieje z bronią i szamani z dziurami w głowach mieszkający w melinach” – tak świat z powieści Kelby’ego Losacka „Wypuścić diabły” opisują wydawcy.
PAP: To pana kolejna książka w dorobku, pierwsza która ukazuje się w Polsce. Czy właśnie ten utwór jest najbardziej reprezentatywny dla pańskiego pisarstwa?
Kelby Losack: Tomasz (S. Gałązka – PAP), który przetłumaczył tę książkę, śledzi to, co ukazuje się nakładem wydawnictwa Broken River. Zabiegał o wydanie rzeczy, które tam wydawaliśmy. Jakiś czas temu mówił, że starał się zainteresować wydawnictwo w Polsce moim pisaniem i pytał, którą z książek powinien zaprezentować. Trudno mi było odpowiedzieć inaczej niż „cokolwiek pasuje, cokolwiek będzie rezonowało. Ty mi powiedz”. Moje rzeczy wydają mi się bardzo amerykańskie, więc jestem szczerze zadziwiony i zachwycony, że się udało i że któraś z moich książek kogokolwiek zainteresowała. Więc Tomasz miał rację. Doskonale rozumie nastrój tej opowieści.
PAP: Z pewnością jest amerykańska, ale bez problemu przyszło mi wyobrazić sobie jej akcję w Polsce.
K. L.: Wszyscy żyjemy w rzeczywistości, która przypomina groch z kapustą, szalony miszmasz. Taki jest Teksas, skąd pochodzę. Jestem jakby wciśnięty pomiędzy zapomniane pustkowie przy granicy z Meksykiem, a Houston – wielkie miasto, największe w stanie, pełne najróżniejszych ludzi z najróżniejszych zakątków świata wrzuconych w tę samą brutalną rzeczywistość, pełną drobnych i większych oszustw i przekrętów. Nie dziwi mnie szczególnie, że taki powieściowy świat może wydać się znajomy czytelnikowi z Polski. Żyjemy w bogatych krajach o ogromnych rozwarstwieniach społecznych, gdzie są wielkie podziały między bogatymi i biednymi.
PAP: Co sprawia, że stacja benzynowa tak dobrze nadaje się na główne miejsce akcji utworu?
K. L.: Sam nigdy nie pracowałem na stacji benzynowej, ale pomyślałem, że byłoby to idealne miejsce na centrum grawitacji tej książki. Praktycznie całe życie pracowałem na budowie i od zawsze życie klasy robotniczej kręciło się wokół stacji. Każdy po prostu musi się na niej zatrzymać, żeby zatankować, nie ma przebacz. Każdy wchodzi do środka, kupuje kawę albo batona, kupuje zdrapkę-los na loterii, napój energetyczny, żeby jakoś dojechać do końca dnia albo sześciopak, żeby go skończyć. A skoro tak to wygląda – a na stację zaglądają także różne dziwaczne postaci – uznałem, że to dobry punkt widokowy, centralne miejsce powieści. Samo jądro robotniczej społeczności.
PAP: Jak wiele z powieściowego świata zostało przez pana zmyślone, a jak wiele jest prawdziwe?
K. L.: Poza zmyślonymi narkotykami i kilkoma nieco mistycznymi elementami wszystko jest prawdziwe. To rzeczy, które naprawdę widziałem, rozmowy, które przeprowadziłem z ludźmi, których poznałem. Lubię pisać w ten sposób. Traktuję pisanie powieści trochę jak pisanie dziennika. Każdego dnia dzieje się tak wiele absurdalnych, szalonych rzeczy, że po prostu koniecznie trzeba to zapisać, udokumentować. Raymond, jeden z bohaterów, to dosłownie mój kuzyn. Wszystko jest jakoś tam prawdziwe, nawet jeśli sama historia jest zmyślona. Stanowi jeden wielki kolaż rzeczy, które naprawdę usłyszałem, zobaczyłem, których doświadczyłem.
PAP: Czy stała praca, niezwiązana z literaturą, to źródło inspiracji czy przeszkoda, utrudniająca pisanie?
K. L.: To ostatecznie kwestia tego, co chce się robić. Czy chcesz pisać, czy nie. Dużo piszę na telefonie, bo zawsze mam go przy sobie i w każdej chwili mogę po niego sięgnąć, coś zanotować. Dużo piszę, gdy doglądam rozlewania cementu albo gdy tkwię w samochodzie, w korku. A nie da się w Stanach nie jeździć, jest się niemal nieustannie w drodze. No a skoro już utknąłem, czekając aż usuną z drogi te dwie ciężarówki, które się zderzyły, mogę przynajmniej coś napisać. A spotykam zbyt wiele barwnych postaci, zapisałem już kilka zeszytów służących mi za dzienniki.
Dorastałem w biedzie, od ponad 10 lat piszę i wydaję i widziałem od dawna jak reagują ludzie ze środowisk artystycznych w Nowym Jorku na tę perspektywę dołów społecznych. Oglądają ją z oddali, są jej ciekawi, może nawet ich jakoś porusza, ale jednocześnie doskonale wiem, że zwiewaliby, gdyby naprawdę doświadczyli tego świata, który trzymają na dystans. Może faktycznie jest to świat jak po apokalipsie. Sam doświadczyłem już kilku takich końców świata – kryzysów politycznych i ekonomicznych, pandemii.
PAP: Przyznawał pan w jednym z wywiadów, że jest pan niespełnionym muzykiem. Czy ma ona jakieś przełożenie na pańską prozę?
K. L.: To poprzez muzykę dotarłem do literatury. Dorastałem w okolicach Houston, każdy marzył o graniu, każdy był w jakimś zespole. Internet był dopiero w swojej początkowej fazie rozwoju, szukało się w nim recenzji gier czy czegoś takiego. Nie wiedzieliśmy jak z niego korzystać, nie wrzucaliśmy do sieci naszej muzyki – nagrywaliśmy ją na kasetach. Opuściłem dom rodzinny, gdy miałem jakieś 17 lat, pracowałem od 12. roku życia, musiałem dość szybko wydorośleć. Nie miałem szczególnych złudzeń, że uda mi się i zostanę zawodowym muzykiem, ale traktowałem moją sztukę poważnie.
Granie w zespole wiązało się z trudnościami – przekonywaniem innych do swojej wizji, użeranie się z kolegami, którzy może nie traktują tego równie serio. Pisząc mogłem zrobić, co tylko chciałem. I znacznie łatwiej było wydać książkę niż płytę. Muzyka jest bardzo ważna dla sposobu, w jaki piszę, w rytmie zdań, melodii. To dla mnie szczególnie ważne, by uchwycić unikatową melodię tego, jak ludzie mówią. Niektórzy z ludzi, z którymi pracuję na budowie są urodzonymi gawędziarzami, prawdziwymi bardami. Nie da się wymyślić tego, jak posługują się mową, jak układają zdania. Tak staram się pisać i to uważam za sposób, w jaki spełniam się muzycznie.
PAP: „Wypuścić diabły” zdawać się może książką napisaną spontanicznie, niemal bez wysiłku, na jednym tchu. Czy tak właśnie było?
K. L.: Zanim przystąpię do pisania staram się wszystko starannie przemyśleć, ale nie poprawiam potem zbyt wiele, staram się zachować naturalność języka. Jeśli popełnię jakiś błąd albo coś będzie niedoskonałe, to nawet lepiej, tak przecież jest bardziej ludzko, zwyczajnie. Nie mówimy przecież literackim językiem. Sporo czytam na głos, sprawdzam w ten sposób czy zdanie brzmi, czy wypada jakoś koślawo, nieprzekonująco.
PAP: Książka, która według opisu wydawcy opisuje „prowincjonalne Stany w drugiej dekadzie kryzysu opioidowego i piątej gospodarczego” i której bohater „sprzedaje eksperymentalne, półlegalne narkotyki włóczęgom kręcącym się wokół dystrybutorów paliwa” jest jednak pełna ciepła, zaskakującej czułości. Ratunkiem jest dla niego rodzina.
K. L.: Staram się być pozytywnie nastawiony do życia, praktycznie. Jako nadzorujący prace budowlane w wielkiej firmie muszę dopilnować, że wszystko się zgadza, każdy element układanki jest na swoim miejscu i w zgodzie z ustalonym harmonogramem i budżetem. Miałem oczywiście gorsze chwile, jakieś myśli samobójcze, tendencje autodestrukcyjne, z których musiałem wyrosnąć i przepracować. Kwestia beznadziei, braku wiary. Potrzebowałem zmiany perspektywy. Jeśli mam stworzyć coś fajnego dla siebie, swojej rodziny, dzieciaka, to muszę przestawić się z zagłębiania się w rozpaczy w szukanie sposobów na wyrwanie się z niej. Skoro nic nie ma sensu, to trzeba ten sens nadać. Myślę, że także w mojej książce występuje optymizm, jej bohaterowie nie są przegrani czy skazani na nieszczęście.
Idea amerykańskiego snu została nam odebrana. Ukradli ją. Ale jego sednem jest coś bardzo ludzkiego, nie ograniczającego się do jakiegoś określonego terytorium, czyli pragnienie bezpieczeństwa, zakorzenienia, poczucia, że jest się w domu, pośród swoich. Gdy mówi się „amerykański sen” przed oczami staje dom z białym płotem albo scena jak z obrazów Normana Rockwella. A rzeczywistość prawie nigdy nie przypomina takiego obrazu. Mój amerykański sen to raczej ten z książek Thoreau. Rockwell malował w gruncie rzeczy po prostu małą wspólnotę, kochającą się rodzinę. Miejsce, w którym twoje dzieci są bezpieczne, dorastają, spełniają marzenia. Nie każdy zostaje astronautą czy gwiazdą rocka, sportowcem czy aktorem. Chodzi mi o spełnianie marzeń na zasadzie: kocham coś robić i robię to, mogę zatroszczyć się o dobro mojej rodziny. Czy nie o to właśnie chodzi?
„Wypuścić diabły” Kelby’ego Losacka w tłumaczeniu Tomasza S. Gałązki ukazała się nakładem wydawnictwa ArtRage. (PAP)
pj/ dki/