W sobotę, 2 sierpnia, minęło 40 lat od katastrofy lotu Delta 191. Maszyna należącą do linii Delta rozbiła się wówczas w czasie próby lądowania na lotnisku w Dallas-Fort Worth. Do katastrofy doszło podczas gwałtownej burzy. W wyniku wypadku zginęło 137 osób, a 27 zostało rannych.
Minęły cztery dekady od głośnej katastrofy lotu 191 linii Delta Airlines, do której doszło 2 sierpnia 1985 roku w okolicach lotniska Dallas-Fort Worth w Teksasie. Tego dnia Lockheed L-1011 TriStar w barwach linii Delta zmierzał z Fort Lauderdale na Florydzie do Los Angeles w Kalifornii. Z powodu gwałtownej burzy pilot zdecydował o ominięciu obszaru, gdzie wystąpiły najbardziej niesprzyjające warunki pogodowe. Później kontrola lotów poleciła kapitanowi wylądować na pasie teksańskiego lotniska.
Rozbicie spowodował silny prąd zstępujący, który doprowadził do utraty kontroli pilotów nad samolotem. Pomimo prób opanowania sytuacji, załoga nie dała rady podnieść nosa samolotu, przez co maszyna cały czas opadała w dół.
Piloci podjęli próbę awaryjnego lądowania na autostradzie 114, ale podczas wykonywania manewru maszyna uderzyła silnikiem w jedno z jadących trasą aut. W wyniku tego uderzenia zginął kierowca samochodu. Po oderwaniu się silnika od reszty samolotu maszyna obróciła się, a ostatecznie uderzyła w duży zbiornik wody, rozpadając się na dwie części.
Zachował się tylko tylny fragment samolotu, w którym znaleziono później 27 ocalałych. Pozostali pasażerowie i załoga – w sumie 136 osób – zginęli.
Śledczy ustalili, że przyczyną katastrofy było niepoinformowanie pilotów przez kontrolę lotów o prądzie zstępującym. Jednocześnie zaznaczono, że nie było odpowiednich informacji meteo na ten temat, a piloci nie byli szkoleni w radzeniu sobie z tego typu zjawiskami na niskich wysokościach.
Red. JŁ