W Sylwestra 1978 roku rozpoczęła się zima stulecia, jedna z najdłuższych w XX wieku

W Sylwestra 1978 roku rozpoczęła się zima stulecia, jedna z najdłuższych w XX wieku

Śnieg zaczął sypać zaraz po Świętach. Wkrótce intensywnym opadom towarzyszyła niska temperatura. W Sylwestra 1978 roku rozpoczęła się zima stulecia – jedna z najdłuższych i najbardziej dotkliwych w XX wieku.

Poranek 31 grudnia przywitał kaliszan opadami wyjątkowo gęstego śniegu. Mało kto jednak przypuszczał, że to początek klęski żywiołowej, która przynajmniej na kilka tygodni dotkliwie utrudni wszystkim życie. Zrazu komunikaty telewizyjne i radiowe nie były alarmujące. Pamiętajmy jednak, że wszystko to działo się pod koniec epoki Gierka, dekady sukcesu, a przede wszystkim „propagandy sukcesu”. Wszyscy więc spokojnie szykowali się a potem wychodzili na bale sylwestrowe i prywatki. W nocy w całym mieście zgasły światła. Ciemność nie zwiastowała tragedii, bo przecież w tamtych czasach wyłączenia były na porządku dzienny. – 20 stopień zasilania – kwitowali mieszkańcy miasta. Tymczasem długa awaria prądu spowodowała wyłączenia dostaw ciepła, co przy rekordowych mrozach, sięgających minus 25 stopni, podwójnie dało się wszystkim we znaki. Śnieg sypał nieprzerwanie od kilkunastu godzin.

W nocy z 31 grudnia na 1 stycznia biała pokrywa przekroczyła pół metra grubości w całej Wielkopolsce Południowej, nie wyłączając miast, choć oczywiście najgorzej było na wsi. Już w nocy do odśnieżania głównych dróg przystąpiły specjalistyczne firmy drogowe. Jak donosiła styczniowa „Ziemia Kaliska” w akcji uczestniczyło 70 pługów, 4 spycharki i 45 piaskarek, cały sprzęt, który wówczas dysponowano. Dzięki temu rano 1 stycznia zwały białego puchu zostały usunięte z dróg pierwszej kolejności odśnieżania. To oczywiście nie znaczy, że jezdnie stały się czarne. Po prostu były przejezdne. Pracę utrudniała niska temperatura, bo posypywany solą śnieg zamieniał się w twardy, trudny do zdarcia lód. W dodatku cały czas sypało i – szczególnie poza miastem – odśnieżone drogi szybko zasypywane były od nowa. W Polesiu koło Liskowa karetka pogotowia nie mogła dojechać do ciężko chorego. Ostatecznie lekarza dowieziono na saniach, a potem tą samą drogą chory powędrował do szpitala. Dzień później ta sama sytuacja powtórzyła się w Przespolewie koło Cekowa. Tam lekarz brnął przez śnieg na nogach, ale na szczęście wystarczyła jego interwencja na miejscu, bo transport do szpitala był niemożliwy. Nie było się bez ofiar. Wieczorem w środę, 3 stycznia w młynie przy ul. Wrocławskiej wybuchł pożar. Teoretycznie nie powinno być problemów z jego ugaszeniem, ale pracę strażaków utrudniał mróz i śnieg. Akcja była więc bardzo trudna i wyczerpująca. Emocji nie wytrzymał jeden ze strażaków, 48-letni Szczepan Kusza, który dostał śmiertelnego w skutkach zawału serca. Pewną stratę poniósł kaliski teatr, z którego odszedł do Radomia znany aktor Włodzimierz Mancewicz. – Byliśmy z żoną w Kaliszu, w teatrze kierowanym przez Waldemara Wilhelma. Była zima stulecia i próbowałem odkopać samochód. Wtedy podszedł do mnie człowiek, mówiąc, że u niego w teatrze nie będę musiał tego robić, bo to zajęcie dozorcy. I tak zostałem aktorem w Radomiu – wspomina. Tymczasem 2 i 3 stycznia kaliszanie zamiast iść do biur, fabryk i szkół wyszli na ulice i… łopatami przebijali się przez zaspy. Śniegu było tyle, że usuwany był tylko z głównych skrzyżowań. Podobnie sytuacja wyglądała w innych miastach. Dzięki temu powszechnemu zaangażowaniu, wieczorem 2 stycznia główne ulice oraz wylotówki z miasta były w miarę przejezdne. Wyjątkiem była zasypana droga Kalisz-Konin. Ataku zimy spowodował kompletny paraliż zakładów pracy. Pracownicy albo odśnieżali ulice, albo siedzieli w domu, bo nie mieli jak dojechać.

Wprawdzie 2 stycznia już kursowały miejskie autobusy, ale według rozkładu niedzielnego, bo wiele z nich w ogóle nie udało się uruchomić. Naprawa nie była możliwa, bo w ogrzewanych w pracującą „na zmniejszonych obrotach” przez kotłownię “Wistilu” warsztatach temperatura spadła poniżej zera. W tym pierwszym tygodniu stycznia zakłady nie mogły liczyć na pracowników spoza miasta, którzy w niektórych przedsiębiorstwach stanowili ponad połowę zatrudnionych, bowiem PKS odwołał większość kursów. W autobusach pozamarzały układy paliwowe, a w zapasie nie było oleju o lepszych parametrach „mrozowych”. CPN wydawał lepszą „ropę” ale tylko na potrzeby akcji odśnieżania. Zresztą część zakładów, szczególnie przemysłu lekkiego a więc duża część kaliskich fabryk, zostało zamkniętych decyzją wojewody. W tym wypadku chodziło o oszczędzanie energii… Kompletnie sparaliżowana była kolej. Tory były zasypane a zwrotnice zamarznięte. W Ostrowie na tory nie mogły wyjechać elektrowozy, bo lokomotywownia nie dostała zamówionych dmuchaw do rozgrzewania. Nie jeździli ludzie, nie jeździł też węgiel, co pogłębiało ogólny chaos. Jeszcze przez kilka dni zimno było w niektórych kaliskich mieszkaniach. Awarię bezpośrednio spowodował brak prądu, co spowodowało zatrzymanie ciepłowni osiedlowej przy al. Wojska Polskiego. Już w noc sylwestrową zaczęły pękać grzejniki w klatkach schodowych. – Gdy rano szedłem na dyżur do pracy, widziałem jak zamarzająca woda wylewa się z klatek schodowych – wspominał Wiesław Mickiewicz, wówczas starszy mistrz sieci i węzłów w WPEC. Nieszczelność a więc brak wody w sieci uniemożliwiał uruchomienie ciepłowni. Pierwsze interwencje pracowników WPEC były chaotyczne i praktycznie polegały na zabezpieczeniu pękniętych grzejników. Odłączano też całe budynki, a ponownie podłączyć ich nie można było, bo dopływ wody rozsadzał zamarznięte grzejniki. Liczba awarii rosła – tylko w budynkach administrowanych przez WPGM pękło 700 grzejników – więc do pomocy „pożyczono” pracowników m.in. z Kombinatu Budowlanego i “Instalu”. Gdy po kilku dniach sieć była szczelna i można było uruchomić ogrzewanie, pojawił się nowy problem. – Mieliśmy problem z dostarczaniem paliwa do kotłów – opowiadał Zygmunt Dudek, wtedy kierownik Zakładu Energetyki Cieplnej. WPEC węgiel miał, ale na hałdach stanęły spycharki, nieprzystosowane do pracy w tak niskich temperaturach. Chętnych do pomocy nie było, więc wykorzystano wojsko, które przez tydzień rozbijało zbrylony węgiel. Nie najlepsze nastroje pogłębiał brak pieczywa i mleka. Gdy 3 stycznia w miarę opanowano sytuację, nawaliła linia do wypieku bułek. Chleba dla Kalisza by starczyło, ale zepsuła się piekarnia w Ostrowie i tam trafiła część pieczywa. Mleko docierało już do sklepów, ale z rana tylko w bańkach, więc trzeba było przychodzić z własną butelką. Jeszcze na początku lutego na ulicach widać było ślady styczniowej klęski. Niewywożone przez tygodnie śmieci utworzyły hałdy nie mniejsze od śniegowych. Pracownicy WPUK powoli rozkuwali odpady, ale mieszkańcy Kalisza dziękowali Bogu, że nie przyszła odwilż a wraz z nią smród i choroby. Cieplej zrobiło się dopiero w marcu i znów władze zostały zaskoczone, tym razem przez… powódź stulecia. Ale to już temat na inną opowieść.

Mariusz Kurzajczyk (aip)

 



COMMENTS

WORDPRESS: 0