"> Sprawa Tymoteusza Szydło. Odszedł z powodu politycznego uwikłania, ale czemu inni zrzucają sutanny? - wiadomosci.com

Sprawa Tymoteusza Szydło. Odszedł z powodu politycznego uwikłania, ale czemu inni zrzucają sutanny?

Sprawa Tymoteusza Szydło. Odszedł z powodu politycznego uwikłania, ale czemu inni zrzucają sutanny?

Ks. Tymoteusz Szydło, a właściwie były już ksiądz miał pecha, bo wpadł w machinę medialną tylko z tego powodu, że jego matka była premierem, osobą blisko związaną z Kościołem. A on nie potrafił się sprzeciwić. Mówiąc brutalnie: chciano na nim zbić polityczny kapitał.

W ostatnim okresie w Polsce doszło do kilku spektakularnych aktów porzucenia stanu duchownego przez popularnych księży. Paradoksalnie ci zaś, którzy, który chcieli pozostać w kapłaństwie, ale mieli zdanie inne niż hierarchowie, otrzymywali zakaz wypowiedzi i np. zsyłano ich na krańce diecezji. Np. uwielbiany przez wiernych ks. Jan Lemański najchętniej przez swoich przełożonych byłby służbowo usunięty ze stanu duchownego. Trzeba przyznać – to wyjątkowa hipokryzja. Jednym z pierwszych tzw. medialnych duchownych, którzy odeszli, był dominikanin Tadeusz Bartoś, dziś ceniony komentator. Po 20 latach posługi stwierdził: – Należy odjeść i jeśli to możliwe, zwracać publicznie uwagę na nadużycia, jakie mają miejsce w ukrytym przed oczyma świeckich świecie duchownych. Już w seminarium kleryk ma spełniać oczekiwania przełożonych, ma być pobożnym i gorliwym wedle szablonu.

 

Wcześniej (w 2005 r.) tą drogą poszedł jezuita, Stanisław Obirek. Była to konsekwencja jego publicznej krytyki pontyfikatu Jana Pawła II. Dostał zakaz kontaktów z mediami i wykładania. Obecnie pracuje naukowo. Jego żona, pochodząca z Izraela nauczycielka akademicka, specjalizuje się w hebraistyce i literaturoznawstwie. Bartoś i Obirek są symbolami, intelektualistami, u których za odejściem kryły się głębokie, wieloletnie przemyślenia. Powody rezygnacji są jednak różne. Gdy szczerze i po ludzku swoich wiernych o opuszczeniu stanu duchownego niedawno poinformował ks. proboszcz Michał Macherzyński z parafii Matki Bożej Królowej Aniołów w Wilowyjach (k. Tychów) jeden z jego współbraci ze Szczecina nazwał to zdradą, a wiernych namawiał do sprawienia zdrajcy… łomotu.

 

Tymczasem duchowny wyznał: Rozpoczynam nowy etap życia przy boku Justyny. Dziękujemy za tak liczne słowa wsparcia i serdeczności, które spływają w naszą stronę. On też przyciągał wiernych luzem, otwartością, fascynacją harleyami. Kilka dni później swoją drogą postanowił pójść ksiądz z Lublina, Łukasz Kachnowicz. Aktywny, kreatywny, skupiający wokół siebie młodzież, wykształcony, publikujący mądre prace. Nie mógł już dłużej ukrywać, że jest gejem. Obecnie działa w środowisku LGBT. Wśród kapłanów nie ma też już innej wschodzącej gwiazdy Kościoła – ks. Michała Misiaka (Łódź). Odszedł, bo się zakochał w kobiecie. Jak mało który duchowny zachęcał do bycia w Kościele, we wspólnocie. Chodził nawet z kolędą do agencji towarzyskiej, a podczas organizowanych przez niego dyskotek można się było wyspowiadać.

 

Ks. Misiak mówił, że narastał w nim “konflikt między życiem w celibacie a pragnieniem serca, pragnieniem dobrym, pragnieniem niezwiązanym z seksualnością, ale troski o kobietę, walki o nią, ochronę jej i kochanie, noszenie na rękach”. Chciał być księdzem i mężem, a to w Kościele katolickim nie jest możliwe dopóki istnieje celibat. Każda z historii to osobisty dramat, bo jest nim tak radykalna zmiana życiowej drogi. Każdy z tych duchownych zachował się jednak uczciwie. Ale nie ulega wątpliwości, że ze stanu duchownego odchodzi coraz więcej mądrych kapłanów. Coś jest więc nie tak. Coś szwankuje.

 

Z pewnością na etapie przyjmowania do stanu duchownego. Nie ma właściwej selekcji. Dla wielu rodziców ksiądz w rodzinie to wciąż duma i powołanie schodzi na plan dalszy. A przecież ono powinno być najważniejsze i nie może załamać się nawet pod wpływem medialnej nagonki. Chyba, że jest powołanie owo jest nieszczere, wymuszone, by zadowolić rodziców. Ks. Tymoteusz Szydło, a właściwie były już ksiądz, miał pecha, bo wpadł w machinę medialną tylko z tego powodu, że jego matka była premierem, osobą blisko związaną z Kościołem. Jako duchowny, poza znanym nazwiskiem, nie ma dorobku. Cóż, jako syn – ksiądz wpisywał się w idealny obraz rodziny.

 

Dziś (czemu nie przed wyborami parlamentarnymi, gdy media huczały od domysłów na temat przyczyn kryzysu wiary) Tymoteusz Szydło wydał oświadczenie, przeczekał na urlopie trudny czas. Przyznał, że “w ostatnich miesiącach” przeżywał “głęboki kryzys wiary i powołania”. – Z bólem przyznaję, że z czasem zacząłem tracić sens mojej posługi i coraz częściej nachodziły mnie myśli o odejściu ze stanu duchownego. Po głębszym namyśle postanowiłem jednak dać sobie jeszcze jedną szansę i poprosiłem o kilka miesięcy urlopu, by poukładać swoje życie duchowe. Uznałem, że będzie to uczciwe w stosunku do Wiernych, wobec których zawsze starałem się sprawować posługę szczerze i z przekonaniem – napisał ksiądz Szydło w oświadczeniu.

 

Gdy teraz czytamy te słowa, nie sposób nie przypomnieć sobie medialnego rozmachu, z jakim na Jasnej Górze odbyły się święcenia młodego księdza. W towarzystwie najważniejszych polityków PiS i jeszcze ważniejszego od nich ojca Tadeusza Rydzyka, o którego wsparcie zawzięcie walczą i walczyli zarówno była premier Beata Szydło, jak i obecny premier Mateusz Morawiecki. Tymoteusz Szydło pisze: – Mam świadomość, że rozpoznawalność, której nigdy nie chciałem, jest związana z funkcjami, które pełni moja mama. Oczywiście sam także zdaję sobie sprawę, że sam popełniłem szereg błędów w kontaktach z mediami, zwłaszcza po święceniach, kiedy nie oponowałem, gdy próbowano mnie skojarzyć z określoną opcją polityczną. Cóż, pan Tymoteusz jest dorosłym mężczyzną i chyba zdawał sobie sprawę nie tylko z konsekwencji, jakie wiążą się z medialnością jego posługi. Mógł się nie zgodzić na medialne wykorzystanie!

 

Jeśli nie zdawał sobie sprawy i został przekonany przez mamę, to ona ponosi odpowiedzialność za jego “uwikłanie w wydarzenia, które mogły zostać błędnie odczytane jako udzielenia poparcia politycznego”. Ale jak mogło być inaczej, biorąc pod uwagę listę gości obecnych podczas święceń? Z jednej strony, współczuję synowi premier Szydło. Warto jednak, by i ona wykazała refleksję nad tym, co się wydarzyło, a także okazała współczucie dzieciom polityków z przeciwnych opcji nękanych w tzw. publicznych mediach i hejtowanych. To też są czyjeś dzieci. Nie może się też Tymoteusz Szydło dziwić, że stał się bohaterem plotek o domniemanym romansie i zostaniu ojcem. – Plotki na mój temat podsycane przez media goniące za sensacją, właściwie uniemożliwiły mi refleksję – pisze Tymoteusz Szydło, który uznał, że jego reputacja jako księdza została zdruzgotana. Powinien jednak pamiętać, że to nie media doprowadziły do tej sytuacji, ale jego polityczne koneksje. Mówiąc brutalnie – chciano na nim zbić polityczny kapitał. Jako matce współczuję, ale jako polityk Beata Szydło powinna wiedzieć, czym się to wszystko skończy dla jej syna.

 

Na swoim blogu sytuacje skomentował ks. Tadeusz Isakowicz – Zaleski: Ta sprawa, jak i odejścia wielu innych młodych księży, stawia znak zapytania nad kondycją polskich seminariów duchownych. Kończyłem to samo seminarium w Krakowie, co ks. Tymoteusz, ale za moich czasów od kleryków bardzo wiele wymagano – pisze duchowny i dodaje: – Do tego dochodziły także szykany ze strony władz komunistycznych, w tym dwuletnia służba wojskowa. Dziś natomiast w wielu seminariach panuje atmosfera “cukierkowo-ptysiowa”. Klerycy w niektórych diecezjach są traktowani jak, przepraszam za określenie, “dzieci specjalnej troski”, o których dobre samopoczucie trzeba ustawicznie dbać. Znam taką diecezję na północy Polski, której biskup (skądinąd homoseksualista i były tajny współpracownik SB) ma specyficzne, “nadopiekuńcze” podejście do kleryków, nazywanych przez niego samego “moimi bąbelkami”. Czy przyszli księża, tak formowani, będą w przyszłości gorliwymi duszpasterzami? Z niepełnych danych wynika, że ze stanu duchownego w Polsce rocznie odchodzi do 40 księży. Wszystkich duchownych jest 25 tysięcy.

 

Wykładowca z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu prof. Józef Baniak (dane za Wirtualną Polską) przytoczył własne badania, z których wynika, że przez ostanie 50 lat aż 35 tys. polskich księży zrzuciło sutannę. Głównym powodem była miłość do kobiety i chęć założenia rodziny.

 

 

aip



COMMENTS

WORDPRESS: 0