Ujawnienie kolejnej afery korupcyjnej, w którą mogą być zaangażowane władze Ukrainy, jest w ocenie Marcina Jędrysiaka z OSW dowodem na profesjonalizm i niezależność ukraińskich służb antykorupcyjnych NABU i SAP.
Rada Najwyższa Ukrainy zagłosowała we wtorek za odwołaniem Rusłana Krawczenki z funkcji prokuratora generalnego, w związku z kolejną aferą korupcyjną ujawnioną przez Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) i Specjalną Prokuraturę Antykorupcyjną (SAP).
W zeszłym tygodniu Krawczenko złożył rezygnację w związku z dochodzeniem NABU i SAP prowadzonym pod kryptonimem „Kartagina”, które wykazało, że jeden z jego pracowników systematycznie przyjmował łapówki. Miał je dostawać od centrów telefonicznych (call center) w zamian za nieingerowanie w ich przestępczą działalność, polegającą na oszukiwaniu zarówno obywateli Ukrainy jak i cudzoziemców.
– Ujawniając kolejną aferę, służby antykorupcyjne na Ukrainie pokazały, że są niezwykle silne, kreatywne i profesjonalne. Widać, że NABU zostało bardzo dobrze przeszkolone – ocenił w rozmowie z PAP Marcin Jędrysiak, analityk w Zespole Białorusi, Ukrainy i Mołdawii Ośrodka Studiów Wschodnich.
NABU i SAP powstały pod koniec 2015 roku, ale ich działanie napotkało od początku na opór klasy politycznej. Jak podkreślali Piotr Żochowski i Marta Jaroszewicz w swojej analizie dla OSW nt. walki z korupcją na Ukrainie, poszczególne kluby parlamentarne, grupy deputowanych lub nawet pojedynczy deputowani wielokrotnie próbowali ograniczyć mandat NABU.
Najnowszą próbę sparaliżowania instytucji antykorupcyjnych podjęto w ub. roku, kiedy 22 lipca ukraiński parlament przegłosował ustawę pozbawiającą NABU niezależności. Prezydent jeszcze tego samego dnia ją podpisał i od tego momentu NABU miało podlegać prokuratorowi generalnemu.
Jak zauważył Jędrysiak, za NABU murem stanęło wtedy społeczeństwo. W największych miastach Ukrainy wybuchły protesty i rząd musiał się wycofać. Mimo takiego wsparcia NABU nie cieszy się według eksperta – co nazywa paradoksem – zbyt dużym zaufaniem społecznym.
Według badania kijowskiego Centrum SOCIS z sierpnia br. 59,4 proc. ankietowanych uważa, że NABU i SAP są nieskuteczne. W opinii Jędrysiaka Ukraińcy narzekają na zbyt duże koszty działalności biura i fakt, że nie udało się mu odzyskać większości ukradzionych społeczeństwu pieniędzy.
NABU cieszy się za to jego zdaniem wsparciem Zachodu – Unii Europejskiej i Amerykanów, którzy szkolili ukraińskich funkcjonariuszy antykorupcyjnych – co daje mu siłę w konfrontacji z politykami.
Jak podkreślił, dziś nie ma nikogo – ani konkretnej osoby, ani grupy na Ukrainie – która by kontrolowała NABU. Biuro prowadzi działania zarówno przeciwko ludziom władzy z otoczenia prezydenta Zełenskiego jak i przeciwko opozycji.
Jak przypomniał ekspert, w styczniu br. NABU badała np. sprawę kupowania głosów deputowanych Rady Najwyższej Ukrainy. Podejrzaną o organizowanie tego procederu była Julia Tymoszenko, liderka opozycyjnej partii Batkiwszczyna.
– Dlatego większość frakcji politycznych na Ukrainie krytykuje służby antykorupcyjne, a NABU pełni de facto funkcję autentycznego kontrolera władzy i osób z nią związanych – ocenił Jędrysiak.
Przyznał, że działania NABU nie dotyczą tylko jednej osoby na Ukrainie – Zełenskiego. Z ustawy o NABU wynika bowiem, że biuro nie może prowadzić jakichkolwiek działań wobec urzędującego prezydenta. Ma za to wolną rękę, jeśli chodzi o śledztwa przeciwko otoczeniu prezydenta.
W sierpniu br., w ramach operacji „Forest Gump”, NABU i SAPO rozpracowały np. mechanizm przestępczy, w który mieli być zaangażowani urzędnicy z otoczenia prezydenta oraz osoby związane z sektorem bankowym. Mieli oni wprowadzić do legalnego obrotu 150 mln hrywien (ponad 12 mln zł) w gotówce, wykorzystując w tym celu m.in. państwowy Sense Bank, aby wpłacić kaucję za jednego z podejrzanych w innej głośnej aferze korupcyjnej „Midas”.
Jak zauważył Jędrysiak, kolejne afery są ze sobą powiązane i często jedna napędza kolejną. Dlatego „Forest Gump” łączy się z operacją „Midas”.
W listopadzie ub. roku, w ramach prowadzonej przez ponad 15 miesięcy operacji „Midas”, NABU i SAP wykryły, że pod przykrywką państwowej firmy zarządzającej ukraińskimi elektrowniami jądrowymi Enerhoatom urzędnicy i biznesmeni z kręgów bliskich prezydentowi wyłudzili od prywatnych spółek łapówki o wartości co najmniej 100 milionów dolarów.
Jak wynikało z zebranych przez NABU nagrań, wśród osób zamieszanych w korupcję byli m.in. biznesmen Timur Mindicz, współwłaściciel studio Kwartał-95 oraz wspólnik Mindicza, biznesmen Ołeksandr Cukerman.
Jak podkreślił Jedrysiak atutem ukraińskiej antykorupcyjnej krucjaty jest jej szef Semen Krywonos. Przypomniał, że kiedy Krywonos został dyrektorem NABU, wielu ekspertów zajmujących się zwalczaniem korupcji „kręciło na niego nosem”.
– Mówiono, że będzie sterowalny i że sam podejrzewany jest o korupcję. W rzeczywistości Krywonos okazał się bardzo niezależnym szefem NABU – ocenił ekspert.
Krywonos będzie się musiał zmierzyć z zarzutami byłego prokuratora, który w nocy z niedzieli na poniedziałek opuścił Ukrainę, wykorzystując jako pretekst do przekroczenia granicy podróż służbową na Litwę.
Krawczenko poinformował w poniedziałek, że podpisał zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Krywonosa. Wśród nich wymienił fałszowanie dokumentów dla korzyści majątkowej oraz fikcyjną adopcję.
W odpowiedzi na zarzuty, także w poniedziałek, NABU i SAP przekazały w komunikacie zamieszczonym w komunikatorze Telegram, że działania Krawczenki „traktują (…) jako kontynuację systematycznego ataku na niezależne organy antykorupcyjne” na Ukrainie.
W trakcie briefingu dla mediów Krywonos oświadczył, że nie przedstawiono mu jeszcze żadnych zarzutów, pomimo publicznego oświadczenia Prokuratora Generalnego o ich podpisaniu.
Anna Gwozdowska (PAP)






