Arizona pozostaje jednym z nielicznych stanów USA, w których liczba zgonów z powodu przedawkowania narkotyków nadal rośnie, mimo że w skali kraju obserwowany jest ich spadek. W ubiegłym roku stan odnotował rekordowy wskaźnik śmiertelności wynoszący 43,5 zgonu na 100 tys. mieszkańców, czyli około dwukrotnie więcej niż średnia krajowa.
Zdaniem ekspertów główną przyczyną pogorszenia sytuacji jest zmiana na czarnym rynku opioidów. Około dwa lata temu fentanyl w proszku w dużej części wyparł tabletki fentanylowe. W wielu przypadkach kończy się to tragicznie, bo proszek charakteryzuje się znacznie większą zmiennością stężenia substancji, co istotnie zwiększa ryzyko nagłego i śmiertelnego przedawkowania.
Na wzrost liczby zgonów wpływają także inne czynniki. Według ekspertów problem nasilają ekstremalne upały (najwięcej śmiertelnych przedawkowań odnotowuje się w najgorętszych miesiącach roku) oraz bezdomność. Dodatkowo od 80 do 90 proc. osób używających fentanylu sięga także po metamfetaminę, co zwiększa ryzyko zgonu. Specjaliści podkreślają również, że „przestawienie się” czarnego rynku z tabletek na proszek nastąpiło na tyle szybko, iż wielu nadużywających nie zdążyło dostosować swoich zachowań do nowego zagrożenia.
Eksperci zwracają uwagę, że podobna zmiana na rynku narkotykowym nastąpiła wcześniej w większości stanów USA. Arizona i Nowy Meksyk należą do tych regionów, w których proces ten nastąpił później, a obecnie oba odnotowują najwyższe wskaźniki zgonów z przedawkowania w kontynentalnej części USA, nie licząc Alaski i Hawajów.
Pojawiają się jednak pierwsze sygnały możliwej poprawy. W powiecie Maricopa liczba przedawkowań, które nie zakończyły się zgonem, była do połowy czerwca niższa niż w analogicznym okresie 2025 roku. Spadła również liczba zgonów narkotykowych odnotowanych do marca, co – zdaniem części specjalistów – może oznaczać, że kryzys zaczyna stopniowo słabnąć. Zastrzegają oni jednak, że pełna ocena sytuacji będzie możliwa dopiero po zakończeniu lata, ponieważ ostateczna klasyfikacja przyczyn zgonów trwa zwykle wiele miesięcy.
Red. JŁ