Pomimo ostrzału rakietowego w Izraelu utrzymuje się wysokie poparcie dla wojny z Iranem, podczas gdy w USA konflikt dzieli społeczeństwo i spotyka się z ograniczoną akceptacją. W Izraelu wojna jest postrzegana jako warunek przetrwania, w USA – jako decyzja polityczna, której koszty budzą sprzeciw.
Izrael pozostaje pod niemal ciągłym ostrzałem Iranu i wspieranego przez Teheran Hezbollahu, ale poparcie dla rozpoczętej 28 lutego operacji od początku utrzymuje się na poziomie około 80 proc., a wśród żydowskich obywateli przekracza 90 proc.
Szeroka akceptacja społeczna utrzymuje się mimo odczuwalnych kosztów konfliktu. Przez izraelskie systemy antyrakietowe przebiło się jak dotąd kilkanaście irańskich pocisków, w wyniku czego zginęło około 15 osób. Szpitale codziennie przyjmują ponad 100 pacjentów z obrażeniami spowodowanymi bezpośrednio uderzeniami rakiet lub stresem związanym z alarmami. Szkoły pozostają zamknięte, co zmusza część rodziców do pozostania w domach z dziećmi.
Izraelczycy postrzegają jednak Iran jako bezpośrednie zagrożenie dla istnienia państwa i to sprzyja mobilizacji społecznej. Obecny konflikt jest przy tym relatywnie mniej dotkliwy od innych wojen toczonych przez Izrael od początku jego istnienia. Mimo alarmów i zamkniętych szkół placówki medyczne i urzędy działają, sklepy są zaopatrzone, a transport publiczny funkcjonuje bez większych zakłóceń.
Tymczasem w Stanach Zjednoczonych wojna z Iranem nie jest powszechnie postrzegana jako rezultat bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa obywateli. Sondaż portalu Politico z piątku wskazuje na to, że 43 proc. Amerykanów popiera bombardowanie Iranu, 33 proc. jest im przeciwnych, a pozostali nie mają zdania. Z kolei badanie Ipsos, opublikowane w czwartek, pokazuje ogólne poparcie dla wojny na poziomie 37 proc.
Główną linią podziału pozostają sympatie partyjne. Wśród wyborców Republikanów poparcie dla operacji sięga 74 proc., podczas gdy wśród Demokratów wynosi – w zależności od badania – od 24 proc. do 6 proc.
Podczas gdy w Izraelu poparcie dla wojny wynika głównie z obaw o przetrwanie państwa, w Stanach Zjednoczonych znaczna część wyborców wyraża niepokój wobec rosnących cen paliw, a wielu respondentów uważa też, że środki przeznaczane na operację wojskową powinny zostać wydane w kraju.
Około połowa ankietowanych w sondażach CNN i Fox News, przeprowadzonych w trakcie konfliktu, ocenia, że działania militarne czynią USA mniej bezpiecznym krajem i mogą zwiększyć zagrożenie ze strony Iranu. Z kolei według badania CNN około 60 proc. Amerykanów nie ufa prezydentowi Donaldowi Trumpowi w kwestii podejmowania właściwych decyzji dotyczących użycia siły.
W porównaniu z wysokim początkowym poparciem dla wojen w Afganistanie w 2001 r. (około 90 proc.) i Iraku w 2003 r. (70–75 proc.), obecny konflikt z Iranem spotyka się w USA z większą krytyką. Jest on oceniany m.in. przez pryzmat niedotrzymanych obietnic wyborczych prezydenta Trumpa, dotyczących nieangażowania się w zagraniczne konflikty.
Kiedy w Stanach Zjednoczonych wojna pogłębia podziały polityczne, w Izraelu – przeciwnie – odsunęła je na dalszy plan. Dotyczy to m.in. sporów wokół zwolnień ze służby wojskowej dla żydów ultraortodoksyjnych oraz procesu korupcyjnego premiera Benjamina Netanjahu.
Wynika to częściowo z faktu, że rząd w Jerozolimie od początku przedstawił społeczeństwu jasne cele operacji: likwidację irańskiego programu nuklearnego, zniszczenie programu rakiet balistycznych oraz ograniczenie zdolności Iranu do finansowania i uzbrajania regionalnych grup, takich jak libański Hezbollah, palestyński Hamas czy jemeńscy Huti.
Według izraelskich dowódców każdy dzień ostatnich trzech tygodni przybliża realizację tych celów – zarówno w Iranie, jak i na froncie libańskim. Władze na bieżąco informują o postępach operacji, publikując materiały i organizując regularne briefingi. Skuteczność działań ma potwierdzać głęboka infiltracja irańskich struktur władzy przez izraelski wywiad, czego przejawem są m.in. powtarzające się zabójstwa wysokich rangą Irańczyków.
Dodatkowo w kwestii Iranu Netanjahu – który przez całą swoją karierę polityczną ostrzegał przed zagrożeniem ze strony Teheranu – cieszy się relatywnie wysokim zaufaniem społecznym, także wśród osób, które nie popierają go w innych dziedzinach.
W przeciwieństwie do Izraela, w Stanach Zjednoczonych przekaz władz pozostaje niespójny. Dla wielu Amerykanów konflikt był zaskoczeniem, a administracja nie przedstawiła jednolitego uzasadnienia działań. W wypowiedziach różnych przedstawicieli rządu pojawiają się odmienne cele – od zmiany reżimu w Iranie, przez ograniczenie jego programu nuklearnego, po argument, że interwencja była reakcją na działania Izraela.
Podziały widoczne są także w przestrzeni medialnej. W Izraelu media głównego nurtu – niezależnie od profilu politycznego – nie kwestionują zasadności wojny i w dużej mierze przyjmują założenia przedstawiane przez rząd. Natomiast w Stanach Zjednoczonych media konserwatywne zazwyczaj popierają ataki na Iran, a media liberalne pozostają wobec nich krytyczne.
Podziały widoczne są jednak także w samym obozie republikańskim. Część popularnych postaci związanych z ruchami MAGA (Make America Great Again) i America First, w tym Marjorie Taylor Greene, Tucker Carlson czy Megyn Kelly, zdystansowała się od interwencji, która – ich zdaniem – jest rezultatem wpływu środowisk proizraelskich na amerykańską politykę.
W Izraelu wojna jest postrzegana przez zdecydowaną większość społeczeństwa – zarówno żydowskiego, jak i arabskiego – jako wojna państwowa. W USA duża część opinii publicznej traktuje ją jako wojnę Trumpa, a niekiedy jako działania prowadzone w interesie Izraela.
Joanna Baczała (PAP)