Big D jest dziś biało-niebieskie. Wielki mecz Argentyna–Austria przyciągnął do Dallas tysiące kibiców, a nazwisko Lionela Messiego słychać dosłownie na każdym kroku. Ludzie szaleją w koszulkach reprezentacji Argentyny, niebiesko-białych perukach i czapkach. Jedni mają na ramionach flagi, inni owinięci są szalikami, chustami i ręcznikami w narodowych barwach. Spotkanie oglądają nie tylko ci, którzy zdobyli bilety na stadion w Arlington. Mundialowe emocje przeniosły się także do parków, restauracji i stref kibica rozsianych po całej metropolii Dallas–Fort Worth.
Wystarczy przejść się do Klyde Warren Park w centrum Dallas. W porze lunchu pracownicy okolicznych biur schodzą się tutaj, aby śledzić mecz na wielkich telebimach. Tłumy siedzą na trawie, rozkładają koce i składane krzesełka. Wokół ustawione są food trucki, przy których tworzą się kolejki po tacos, hamburgery i zimne napoje. Z głośników płynie muzyka, a nad wszystkim unosi się charakterystyczny szum rozmów prowadzonych w różnych językach.

Atmosfera jest niesamowita mimo brutalnego teksańskiego upału. Temperatura przekracza 35 stopni Celsjusza, a wysoka wilgotność sprawia, że powietrze wydaje się jeszcze cięższe. Wielu kibiców chroni się pod parasolkami, szuka cienia pod drzewami lub chłodzi się przy kurtynach wodnych. Co chwilę słychać komunikaty przypominające o konieczności picia wody i unikania przegrzania. Jednak nawet żar lejący się z nieba nie jest w stanie ostudzić emocji. Kiedy tylko Messi dotyka piłki, przez park przetacza się głośny okrzyk: „Messi! Messi! Messi!”.
Argentyńczycy przyjechali do Dallas z całego świata. Wielu z nich zaplanowało tę podróż wiele miesięcy temu. Wczoraj setki fanów godzinami czekały pod hotelem reprezentacji w centrum miasta, licząc na choćby krótkie spojrzenie na swoich bohaterów. Gdy autokar z drużyną pojawiał się w okolicy, tłum wybuchał entuzjazmem. Dla wielu kibiców sam widok Messiego był równie ważny jak sam mecz.

Bo kibice Messiego są wszędzie – także tutaj, w Dallas.
Mnie również udzieliła się ta gorączka. Nie mogłam nie odwiedzić strefy kibica w Downtown Dallas. Mundial ma w sobie coś wyjątkowego. Na kilka tygodni zmienia miasta-gospodarzy w miejsca, gdzie spotyka się cały świat. W jednej kolejce po kawę stoją kibice z Argentyny, Meksyku, Polski, Australii i Stanów Zjednoczonych. Wszyscy rozmawiają o jednym- o piłce.
Zawsze kibicuję reprezentacji Polski, niezależnie od tego, w jakim kraju mieszkam. Ale uwielbiam też oglądać Argentynę i Messiego. Mam to po moim tacie, który kochał tę drużynę wielką miłością. Wszystko zaczęło się od Diego Maradony.
Pamiętam mecze oglądane w dzieciństwie. W domu panowała wtedy wyjątkowa atmosfera. Kiedy grała Argentyna, nie wolno było przeszkadzać, hałasować ani odchodzić od telewizora. Pamiętam opowieści taty o wielkich piłkarzach i jego przekonanie, że talent nie ma nic wspólnego ze wzrostem. Wystarczy spojrzeć na Maradonę czy później Messiego. Być może mówił tak dlatego, że sam w młodości grał w piłkę i nie należał do najwyższych zawodników.

Dzisiaj, stojąc wśród tysięcy kibiców w Dallas, wiele razy o nim pomyślałam. Szkoda, że nie może już oglądać tego mundialu i że nie opowiem mu o emocjach, które przeżywam tutaj, tysiące kilometrów od Polski.
Argentyna od lat zachwyca stylem gry. To trzykrotny mistrz świata, drużyna słynąca z techniki, kreatywności i piłkarskiej fantazji. Jej mecze przypominają czasem spektakl, w którym każda akcja może zakończyć się czymś nieoczekiwanym. Nawet osoby, które nie interesują się futbolem na co dzień, potrafią dostrzec piękno tej gry.
A Lionel Messi? Dla wielu kibiców jest już kimś więcej niż sportowcem. Jest symbolem całej epoki w światowym futbolu. Dzisiaj w Dallas miał przejść do historii. Przed meczem z Austrią miał na koncie 16 bramek zdobytych na mistrzostwach świata i dzielił pierwsze miejsce z Miroslavem Klose. Każdy kolejny gol mógł oznaczać ustanowienie nowego rekordu.
Nic więc dziwnego, że każda jego akcja wywoływała eksplozję emocji. Kibice zgromadzeni na stadionie i w strefach kibica mieli poczucie, że uczestniczą w wydarzeniu, które będzie wspominane przez lata. Chóry „Messi! Messi!” nie były przesadą. Były wyrazem podziwu dla zawodnika, którego wielu uważa za najlepszego piłkarza w historii.
Messi to żywa legenda. Są piłkarze, których się ogląda. I są tacy, przy których ma się świadomość, że ogląda się historię. Messi należy właśnie do tej drugiej kategorii.
I właśnie dlatego kocham Dallas podczas Mundialu. Za tę międzynarodową atmosferę, za tysiące ludzi z różnych krajów spotykających się w jednym miejscu, za emocje, które na chwilę łączą wszystkich bez względu na język, pochodzenie czy kolor koszulki. Przez kilka tygodni Dallas staje się centrum piłkarskiego świata. A dziś serce tego świata bije w rytmie jednego nazwiska: Messi.
Ludmiła Mituła Dallas, Teksas





