27.4 C
Chicago
poniedziałek, 20 maja, 2024

George Saunders – „największy żyjący amerykański pisarz”

Popularne

Strony Internetowe / SEO
Realizacja w jeden dzień!
TEL/SMS: +1-773-800-1520

„Największy żyjący amerykański pisarz”, „pisarz na miarę naszych czasów” – tak George’a Saundersa określili krytycy „New York Timesa”. I człowiek, który na własną rękę rzucił wyzwanie DonaldowiTrumpowi. „Dzień wyzwolenia” to trzeci tom opowiadań Saundersa ukazujący się w Polsce..

Opowiadania George’a Saundersa, pisarza specjalizującego się w „krótkiej formie”, stanowią – czytamy w zapowiedzi Znaku, wydawcy tomu „Dzień wyzwolenia” – diagnozę współczesności. Bohaterowie jego utworów testowani są „na wszelkie sposoby przez absurdalną i nieraz okrutną rzeczywistość”. „Dziadek i wnuczek, znajomi z pracy, dwie kobiety zakochane w tym samym mężczyźnie… Wszyscy oni ze swoimi marzeniami, lękami i traumami są wyrazem naszych tęsknot, obaw i nadziei”.

Są nienadzwyczajni. Nawet, gdy jednym z nich został prezydent Stanów Zjednoczonych Abraham Lincoln, pisarz przedstawił go nie jako człowieka władzy, a ojca, bezradnego w żałobie po śmierci syna. Ameryka z utworów Saundersa to kraina kredytów nie do spłacenia, zmarnowanych szans, agresywnego kapitalizmu i małych dramatów. Życiem jego bohaterów rządzi bezrobocie lub kiepsko płatna, ale za to męcząca praca, uzależnienia, iluzje kreowane przez telewizję i branżę reklamową. Krajobrazy zdominowane przez billboardy.
„Przez lata pieniądze, a ściślej ich brak, były dla mnie podstawową sprawą. Ciągle o nich myślałem: skąd je wziąć? Jak znaleźć następną pracę?” – opowiadał w rozmowie z portalem Dwutygodnik.com. „W naszym kraju nie ma siatki asekuracyjnej. Jeśli powinie ci się noga, lecisz na dno i nie możesz liczyć na współczucie. Ameryka ma mało cierpliwości dla ludzi bez pieniędzy, nawet dla niższej klasy średniej”.
„Dzień wyzwolenia” to trzeci – po „10 grudnia” i „Sielankach” – tom opowiadań Saundersa na polskim rynku. Ukazały się także eseje o literaturze rosyjskiej „Kąpiel w stawie podczas deszczu” oraz „Lincoln w Bardo” – hybryda dramatu i powieści, w 2017 r. wyróżniona nagrodą Bookera. Pisarzem został późno, dopiero w wieku 37 lat. Wcześniej pracował w rzeźni, jako geofizyk, prowadzący na Sumatrze badania dla koncernu naftowego, copywriter, nauczyciel kreatywnego pisania na uniwersytecie Syracuse. Zadebiutował w 1996 r., oczywiście tomem opowiadań pt. „CivilWarLand in Bad Decline”. W 2006 r. otrzymał stypendium Fundacji MacArthura, nazywane „grantem dla geniuszy”.
Ezra Klein z „New York Timesa” nazwał go „największym żyjącym amerykańskim pisarzem”. Joel Lovell w artykule na łamach gazety ocenił, że Saunders jest „pisarzem na miarę naszych czasów”. „Jeśli nas czas to epoka, w której zrzucamy bomby na głowy ludzi, o których życiu nie mamy pojęcia, a których pojęcie o nas jest równie abstrakcyjne; epoka, w której niektórzy z nas desperacko walczą o pracę, która pozwoliłaby im na kupno drobiazgów, które uszczęśliwiłyby ich dzieci, podniosłaby poczucie własnej wartości. Jeśli nasz czas to epoka, w której część populacji od czasu do czas wpada w przerażenie, choć nie potrafią powiedzieć przed czym, albo w głębokie wzruszenie na widok śpiących dzieci, w uniesienie, gdy odsłania się przed kimś i spotyka z życzliwością. Jeśli w ten sposób rozumiemy nasze czasy, George Saunders jest pisarzem na ich miarę”.
W 2017 r., wkrótce po zaprzysiężeniu Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych, podczas spotkania z czytelnikami w księgarni w Waszyngtonie, Saunders odczytał wiersz, jaki napisał o nowym prezydencie. Dobroć, przyzwoitość nie są darem niebios, każdy musi oprawiać je na własną rękę – napisał. Trumpowi i jego wyborcom poświecił esej z 2016 r., w tytule którego pytał: kim oni są?
Są – pisał – przyjaźnie nastawieni, szczęśliwi, że ktoś pyta ich o opinię. Nawet wtedy, gdy dowiadywali się, że pisarz nie jest „jednym z nich”, tylko liberałem, członkiem elity. „Pod spodem, pod tą przyjacielskością, buzuje z trudem powstrzymywana agresja” – zauważał jednak. Jej źródłem, twierdzi, jest Trump; „austriacki książę z XVII-ego wieku, podróżujący w czasie, by nam namieszać”.
W rozmowie z „Guardianem” pisarz wymieniał bolączki współczesnej Ameryki, które wykorzystał Trump. „Nierówności, kiepskie płace, beznadziejny system edukacji, upadek klasy średniej. Ruszasz w kraj i widzisz, że ludziom nie żyje się łatwo i przyjemnie. Krajobraz wokół nich też się zmienia, marnieje. Moim zdaniem Bernie Sanders mógł do nich trafić, ale Trump go wygryzł, zakrzyczał, dokładając do tego rasizm. Te problemy są jednak prawdziwe i nie zniknęły” – mówił Saunders. Esej o „trumpistach” – przyznał – był wyzwaniem nie tyle literackim, reporterskim, co emocjonalnym. Wstrząsnął nim – mówił – zwłaszcza rozdźwięk między życzliwością, jaką okazywali, gdy rozmawiał z nimi w cztery oczy, a agresją, jaką dostrzegał, gdy ci sami ludzie stawali się częścią tłumu.
Opowiadanie „List miłosny” z tomu „Dzień wyzwolenia” to orwellowska wizja Stanów Zjednoczonych. Dziadek pisze do wnuka, prosi jednak „zniszcz ten list zaraz po przeczytaniu”. „Rządy prawa” cechuje inwigilacja, represje, powszechna nieufność. Za stan rzeczy odpowiada „błazeńska figura”, „niszczyciel”. „Wydawał się tak nieudolny i sprawiał (wówczas) wrażenie jedynie komicznego drania, niewiele wiedzącego o tym, co burzył, życie zaś toczyło się dalej, a on i jego stronnicy codziennie obalali kolejną barierę przyzwoitości, niebawem okazało się, że już nie mamy jak okazać szczerego oburzenia”.
Opowiadanie „Elliot Spencer” zainspirowała wizyta na wiecu wyborczym w Arizonie. „Możemy podefiniować? pytam. Jasne, odpowiada Jer” – bohaterowie utworu przystępują do definiowania: „Gnój = każdy, kto stoi naprzeciw nas. Menda = każdy, kto stoi naprzeciw nas. Idiota = każdy, kto stoi naprzeciw nas”. Opisuje wybuch przemocy, starcia między zwaśnionymi frakcjami.
Saunders przyznaje, że doświadczenie trumpizmu wstrząsnęło jego pewnością co do trwałości państwa. „Nigdy nie postrzegałem Ameryki jako słabej, kruchej” – pisze pod koniec swego eseju – „Nigdy nie myślałem o niej jako o eksperymencie, który może – i to jeszcze za mojego życia – się nie powieść. A teraz tak myślę”.
„Najbardziej w życiu żal czy też wstyd mi z powodu 'porażek w życzliwości’. Chwil, gdy druga osoba stała przede mną, cierpiała, a ja zareagowałem… umiarkowanie, w sposób stonowany, z rezerwą” – wyznał w mowie do absolwentów Uniwersytetu Syracuse w 2013 r. „To może banalne, ale niezmiernie trudne do stosowania. Jeśli chodzi o zasady życiowe trudno jednak o lepszą: starajcie się być sobie nawzajem życzliwi”.
„Dzień wyzwolenia” w przekładzie Michała Kłobukowskiego ukazał się nakładem wydawnictwa Znak. (PAP)

Piotr Jagielski

 

George Saunders dla PAP: Literatura składa się z ograniczeń

Staram się pisać, jak to ujął William Faulkner, „historię walki duszy ludzkiej z samą sobą”. Co może okazać się polityczne – mówi PAP amerykański pisarz George Saunders. „Ograniczenia! To z nich składa się literatura!” – podkreśla autor „Dnia wyzwolenia” i „Lincolna w Bardo”.

PAP: Co pociąga pana w formie opowiadania? Ma pan w dorobku już trzy tomy, a także literaturoznawczą „Kąpiel w stawie podczas deszczu”, również poświęconą opowiadaniom.

 

George Saunders: Dobre opowiadanie przypomina dobry dowcip – w tym sensie, że albo zadziała, albo nie. Albo rozśmieszy, albo się nie uda. Zawsze lubiłem też w formie opowiadania to, że pozwala na szybkie dotarcie do sedna sprawy, wtedy gdy nie relacjonuje historii, a mówi o relacji przyczynowo-skutkowej, o napięciu, jakie wytwarza się między jedną a drugą rzeczą, jednym a drugim zdarzeniem. Moim celem jest sprawienie, by opowiadania mówiły o czymś na tyle niedającym się nazwać, jasno określić, że nie będzie się ich również dało zredukować do jakiegoś banalnego „tematu”.

 

PAP: Hunter S. Thompson przepisywał na maszynie opowiadania Fitzgeralda, by wyczuć rytm jego pisarstwa. Czy ma pan podobne sztuczki, ćwiczenia, które poleca pan swoim studentom do rozwijania warsztatu?

 

G.S.: Mam jedno takie ćwiczenie, które zadaję i które – z powodów, których nie potrafię dobrze wytłumaczyć – pozwala im poczuć, że się rozwijają, wskakują na wyższy poziom. Jest bardzo proste. Mówię im, żeby napisali opowiadania na 200 słów – nie 199, nie 201. Ale mają do dyspozycji tylko 50 słów. Jeśli wykorzystają te 50, muszą sięgać po te, których już raz użyli. Polecam wypróbować to ćwiczenie, dzieją się bardzo zaskakujące rzeczy.

 

PAP: W artykule „Pan Vonnegut na Sumatrze” pisał pan, że nie był szczególnie oczytany jako 23-latek. Praca, odosobnienie i nuda po wypełnieniu codziennych obowiązków pozwoliły panu na czytanie klasyków, jak Steinbeck. Czy ta nieznajomość tradycji literatury pomogła panu w wykształceniu swojego własnego stylu?

 

G.S.: Akurat dla mnie okazało się to korzystne. Zamiast naśladować, świadomie czy nie, wielkich pisarzy, cudzy styl, musiałem bazować na instynkcie, być wobec pisania naturalny. Być po prostu sobą.

 

PAP: A podejmowanie się różnych prac w różnych, odmiennych od siebie środowiskach pomagało panu w późniejszym wczuwaniu się w drugą osobę, lepszym rozumieniu cudzych motywacji?

 

G.S.: Nauczyło mnie również niemało na temat sił, jakie oddziałują na ludzi w tym bardzo rzeczywistym i przenikniętym żądzą pieniądza świecie. To siły, które niszczą przyjemność z naszego życia, pozbawiają je treści, godności, smaku. Ograniczenia! To z nich składa się literatura!

 

PAP: Wydaje się, że od pierwszego tomu opowiadań – „CivilWarLand in Bad Decline” z 1996 r. – tematami, jakie porusza pan w swej twórczości, są ludzie przegrani, walczący o miejsce na wyższym szczeblu społecznej drabiny, kryzys kapitalizmu, bogaci i biedni. Z biegiem lat zmieniło się pana postrzeganie tych kwestii?

 

G.S.: Może jeśli chodzi o powierzchowną ornamentykę. Ale tak naprawdę to nie. Jestem zdania, że jeśli umieści się dwóch ludzi w jaskini, szybko pojawią się między nimi konflikty… cóż, o wszystko, wszystkie te sprawy, które właśnie wymieniłeś. To kwestia ludzkiej natury. A już zwłaszcza wtedy, gdy występuje też niedostatek, ubóstwo i egoizm. Innymi słowy – zawsze…

 

PAP: Utwory takie jak „List miłosny” i „Elliott Spencer” z tomu „Dzień wyzwolenia”, choć nie wymieniają Donalda Trumpa wprost, są w dużej mierze na jego temat. Czy Trump jest intrygującym bohaterem literackim?

 

G.S.: Nie wiem, czy jest szczególnie interesujący jako człowiek, natomiast ciekawe wydaje mi się to, jak brutalnie zdominował sposób myślenia całego narodu. W „Liście miłosnym” rozważałem nad tym, jak działanie w czasach przemocy jest, po pierwsze, konieczne, a po drugie, przerażające. Co z tym zrobimy?

 

W utworze „Elliott Spencer” myślałem bardziej o mediach społecznościowych i o tym, jakiej – prawdziwej – kontroli poddawane są nasze umysły. Kontrolę przejęły siły, które czerpią z nas korzyści, a którym w dodatku poddaliśmy się zupełnie dobrowolnie! Ten proces kontroli umysłów rozpoczyna się od języka – od aplikacji w telefonie czy narzędzia, które mówi nam, ilu słów wolno nam użyć, podczas gdy inne decyduje o tym, jakie fakty, wiadomości podstawi nam pod nos. Wszystko to jest bardzo stylowe i modne, ale również zabójcze dla duszy.

 

PAP: Czy pisanie artykułów, wykraczanie poza fikcję – jak to było w przypadku reportaży z wieców wyborczych Trumpa czy z wizyty w Dubaju – daje panu przyjemność?

 

G.S.: Tak. Zmusza mnie do wykroczenia poza swoje własne wizje, koncepcje, wyobrażenia i konfrontuje je z rzeczywistością. Co dla 65-letniego faceta stanowi wielką wartość.

 

PAP: Co sądzi pan o literaturze zaangażowanej w politykę? Czy jest nam potrzebna, by mówiła nie tylko o faktach, zdarzeniach, ale o ich znaczeniu, czy lepiej dla pisarza nie angażować się w bieżące sprawy?

 

G.S.: Staram się pisać, jak to ujął William Faulkner, „historię walki duszy ludzkiej z samą sobą”. Co może się okazać polityczne. Literatura jednak nie przepada za opowiadaniem się po jednej stronie, ponieważ budzi się podejrzenie, że autor generalizuje, a nie uściśla – to grzech w świecie fikcji – i ignoruje dane, czyli prawdę, za cenę pisania w zgodzie z osobistym oglądem rzeczy.

 

PAP: Czy pańska ocena zwolenników Donalda Trumpa zmieniła się od 2016 r., gdy relacjonował pan kampanię przyszłego prezydenta? Wówczas pisał pan o nich niemal z czułością. Czy osiem lat później również myśli pan o nich z empatią?

 

G.S.: Pewnie. To przecież ludzie i wierzą w to, w co wierzą. Moim zadaniem jako pisarza jest próba zrozumienia, dlaczego wierzą akurat w to, co – obiektywnie rzecz biorąc – jest kłamstwem. To właśnie się z nimi dzieje: okłamuje się ich, wykorzystuje i manipuluje nimi. Choć czasem czuję irytację z powodu ich łatwowierności, złoszczę się na ich gotowość do lekceważenia praw innych ludzi – imigrantów, ludzi o innej orientacji seksualnej – wiem też, że najlepszym sposobem sprzeciwiania się temu okropnemu ruchowi jest próba zrozumienia. To daje człowiekowi ogromną siłę oporu. Wierzę, że jest wielu ludzi, którzy w to wierzą. I że wygramy.

 

PAP: Praktykowanie buddyzmu ułatwia przetrwanie w niespokojnych czasach?

 

G.S.: O, tak. Ciągłe rozważanie, przemyśliwanie rzeczywistości, świata wokół nas – prawdziwie szczere otwieranie się na rzeczy takie, jakimi są – to po mojemu jedyna opcja. Nawet jeśli przerazi nas to, do czego ona doprowadzi. Ale świat potrafi być straszny tak czy inaczej, a lepiej jednak próbować go pojąć, niż udawać, że go nie ma albo że nas nie dotyczy.

 

PAP: Co jest dla pana największym wyzwaniem jako dla pisarza? W rozmowie z „Esquire” mówił pan o konieczności ciągłego kwestionowania siebie, walki z instynktami.

 

G.S.: Cóż, chyba sam nie wiem, co miałem wtedy na myśli. Dziś powiedziałbym coś dokładnie odwrotnego – staram się być w zgodzie ze swoimi instynktami, wsłuchiwać się w nie. Być może chodziło mi o to, by nie spocząć na laurach, nie opierać się na tym, co udało mi się zrobić do tej pory. Pisanie musi być świeże, pisarz musi być gotowy i chętny do rozpoczynania kolejnych projektów, do powiedzenia sobie: „Nie mam o niczym pojęcia”. Z wiekiem robi się to coraz trudniejsze, człowiek coraz bardziej polega na sukcesach przeszłości. Staram się walczyć z tym, wykorzystując niewyczerpane pokłady zwątpienia we własne możliwości i wstrętu do samego siebie.

 

PAP: Znajduje pan jeszcze czas na prowadzenie zajęć?

 

G.S.: Uczę na Uniwersytecie Syracuse każdej jesieni. Uwielbiam to, uświadamia mi, że talent, geniusz są czymś wiecznym – z pokolenia na pokolenie mogą się zmieniać, przybierać różne formy, smaki, ale każda kolejna generacja ma do powiedzenia coś od siebie. Ta perspektywa wydaje mi się inspirująca.

 

PAP: Od pewnego czasu kreśli się mroczne wizje kresu zawodu dziennikarza, pisarza, scenopisarza. Wszystkich ma zastąpić sztuczna inteligencja. Jakie rady daje pan swoim studentom marzącym o karierach pisarskich w 2024 r.?

 

G.S.: Wiarę w siebie, niezależnie od wszystkiego. No i pisanie, oczywiście. Istota ludzka – prawdziwa osobowość – podejmująca namysł nad własnym życiem, poszukująca kontaktu z innymi za pomocą słów zawsze będzie na wagę złota, potrzebna, ważna i piękna. Zawsze. Maszyna nie potrafi tego uczynić – sprawia wrażenie, jakby mogła, ale tak naprawdę to poza jej możliwościami. Spytaj sztuczną inteligencję, jakie to uczucie chodzić boso po mokrej trawie, a odpowie ci słowami innych ludzi – tych, którzy tego doświadczyli. Sama tego nie potrafi – nie zwróci się do ciebie z uśmiechem, by zaprezentować oryginalny opis… No, chyba że pewnego dnia sztuczna inteligencja będzie miała stopy. (PAP)

 

autor: Piotr Jagielski

 

pj/ miś/

- Advertisement -

Podobne

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ostatnio dodane

Strony Internetowe / SEO
Realizacja w jeden dzień!
TEL/SMS: +1-773-800-1520