Właściciel Finroyal obiecywał wielkie zyski, zrobił przekręt na 100 mln

Właściciel Finroyal obiecywał wielkie zyski, zrobił przekręt na 100 mln

Obiecywał wielkie zyski z inwestycji w wielką międzynarodową firmę. Oszukał aż 1716 osób! We Wrocławiu rozpoczął się proces Andrzeja K., właściciela znanego w Polsce parabanku działającego pod nazwą Finroyal. Ta sprawa przypomina głośną aferę Amber Gold.

Najpoważniejszy zarzut to oszustwo na przeszło 100 mln zł. Pokrzywdzonych jest 1716 osób z całej Polski. Drugi zarzut oskarżenia: prowadzenie działalności bankowej bez wymaganych polskim prawem zezwoleń.
Oszukał seniorów
Gmach wrocławskiego sądu. Czwartkowe przedpołudnie. Rzadko spotykany widok. Wszystkie ławy dla publiczności w jednej z największych sal zajęte. Głównie przez starszych ludzi. To pokrzywdzeni. Przekazali swoje oszczędności, licząc na oprocentowanie wyższe niż na zwykłej bankowej lokacie. Uspokajano ich zapewnieniami, że firma jest ubezpieczona od ewentualnych szkód, jakie mogłaby wyrządzić swoim klientom. – Wpłaciłem 250 tys. zł – opowiada nam pan Adam. – Przeczytałem ogłoszenie w jakiejś gazecie. Poszedł do wrocławskiego biura przy ul. Piłsudskiego. Zachwalali, mówili, że pewna firma, ubezpieczona. Potem było spotkanie z przedstawicielem. Mówił, że inwestują pieniądze pożyczane od klientów. Gdzie, jak? Tego nie zdradził, bo to tajemnica. Mówił tylko, że w Niemczech i w Szwajcarii. W maju 2012 r. w telewizji pokazano reportaż ostrzegający przed Finroyal, bo to piramida finansowa. Zaczęła się panika wśród klientów. – Napisałem do nich z pytaniem, czy mogę odzyskać pieniądze. Nie odpisali. Ich biuro zniknęło. Znalazłem je w innym miejscu. Kazali jakieś dokumenty wypełnić. Potem już nikt się nie kontaktował – relacjonuje pan Adam. Andrzej K. w czwartek przed sądem nie przyznał się do zarzutów. Nie był też specjalnie rozmowny. Odmówił wyjaśnień tłumacząc, że bardzo obszernie swoją wersję wydarzeń przedstawiał podczas śledztwa.
Siedziba poza Polską
Co wynika z tych przesłuchań? Po pierwsze, firma została założona w Wielkiej Brytanii, a tam nie potrzebuje zezwoleń. Nie podlega polskiemu prawu. Zdaniem oskarżonego, w żadnym wypadku nie przyjmowała lokat jak banki. Po prostu pożyczała pieniądze na swoje inwestycje od drobnych ciułaczy. Im oferowała wyższe oprocentowanie niż w banku, a sama płaciła odsetki mniejsze, niż gdyby chciała wziąć bankowy kredyt. W co inwestowano? Nic wielkiego. Jakiś młyn, kilka firm w Polsce i w Niemczech produkujących wyroby z drewna. Oskarżenie będzie przekonywać sąd, że te inwestycje nie przynosiły zysków. Były też inwestycje na rynku walutowym, ale niezwykle ryzykowne. Prokuratura utrzymuje, że część pieniędzy z „pożyczek” od klientów Andrzej K. przeznaczał na swoje własne potrzeby. W opinii oskarżenia stworzył strukturę przypominającą piramidę finansową. Z jego wyjaśnień ze śledztwa wynika, że pod koniec swojej działalności, w połowie 2012 r., negocjował połączenie się z innym znanym parabankiem – Amber Gold. Słynna spółka z Trójmiasta miała przekazywać Finroyalowi 12 mln zł co tydzień. Dzięki temu wystarczyłoby pieniędzy na spłacenie długów wobec klientów. Ale lato 2012 to początek końca Amber Gold. Firma zdążyła wpłacić Finroyalowi tylko 1,2 mln zł. Zaraz potem wstrzymała płatności, a potem zbankrutowała.

, foto Tomasz Hołod



COMMENTS

WORDPRESS: 0