HomeMazowieckie

Przyjezdni w Warszawie. Jak poznać “słoika”?

Przyjezdni w Warszawie. Jak poznać “słoika”?

Słoik warszawski – to dobrze już ugruntowane w naszym języku określenie na osoby, które pracują, mieszkają, uczą się w Warszawie, ale nie pochodzą z tego miasta i najczęściej nie są zameldowane w stolicy.

Postanowiliśmy na nich spojrzeć z przymrużeniem oka i poszukać kilku najważniejszych cech, po których zawsze poznacie słoika na ulicach Warszawy. Start!

 

 


Nazwa Warszawskie Słoiki wzięła się stąd, że osoby przyjezdne do Warszawy, najczęściej pracują w stolicy od poniedziałku do piątku, a na weekendy wracają do domów rodzinnych, skąd przywożą ze sobą domowe jedzenie zapakowane w słoiki. Na co dzień są bowiem zapracowani i nie mają czasu gotować, chcą także jak najwięcej pieniędzy zaoszczędzić, więc nie robią w Warszawie dużych zakupów i nie wydają w restauracjach. Ale to nie ich jedyne cechy! Po czym poznasz warszawskiego słoika?

 

 


Nieodłączny atrybut “słoika” w podróży do biura w piątkowy poranek, bo najczęściej zaraz po pracy wsiada w pociąg lub autobus i jedzie do domu rodzinnego. Mordor na Domaniewskiej pełen jest – w piątek – stukotu kółek od walizek o bruk. Setki “walizkowiczów” można zobaczyć także w niedzielne popołudnie i przez cały poniedziałek. Słowem – pracownik biura z walizką w korporacji, to na 99 proc. przyjezdny.

 

 


To najczęstszy – bo najtańszy i stosunkowo najbardziej komfortowy sposób dotarcia z Warszawy do wielu miast w Polsce. Dlatego “słoiki” korzystają z niego na potęgę. Jeśli chcesz załapać się na jedno z czerwonych siedzeń w strategicznych terminach – czyli w okolicy świąt, w piątkowe lub niedzielne popołudnie – bilet musisz rezerwować nawet na kilka tygodni wcześniej.

 

 


Słoika także łatwo poznać po jego….braku. Wyludniające się warszawskie ulice w ferie, wakacje, święta, weekendy to najlepszy znak tego, że zostali w niej tylko miejscowi. Tak więc jeśli Twojego znajomego nie ma w sobotę na ulubionej trasie biegowej w parku – to znak, że może nie jest z Warszawy.

 

 


Większość odgrzewanych, mocno domowych posiłków w biurach to zdobycze “słoików” od mam i babć. Taki prowiant ma wiele zalet – nic nie kosztuje (za prąd do mikrofalówki płaci firma), wprowadza poczucie bezpieczeństwa (znajomy smak) i nostalgię za domem rodzinnym (nikt nie robi takiej zupy jak mama). Więc jeśli kolega obok Was w korpo kuchni je gołąbki – bądźcie czujni, raczej nie zrobił ich sam!

 

 

Duża część “słoików” mieszka w mieszkaniu dzielonym ze współlokatorami, mimo, że czasy studiów już dawno się skończyły. Bo raz, że taniej niż samemu (a koszty mieszkania w Warszawie mogą kruche słoicze serca przyprawić o zawał!), a do tego zawsze można liczyć na towarzystwo. Nawet niechciane. Dla niektórych zawsze to lepsze niż samotność.

 

Dla wielu “słoików” niedostępny obiekt pożądania. Nie wszyscy się na nią decydują, bo wymaga załatwienia formalności, w tym decyzji o tym, by rozliczać podatki w Warszawie. A to niektórych przyprawia o dreszcze.

 

“Słoikom” zdarza się mylić nazwy miejsc w Warszawie. Standardowo obrywa się Polu Mokotowskiemu (nazywane jest Polami Mokotowskimi), odmiana nazw dzielnic (np. “we Włoszech”, nie “we Włochach”) czy ulic (jestem “na Woroniczej”, nie “na Woronicza”).

 

Nawigacja w telefonie to nieodłączne narzędzie poruszania się po mieście. “Słoiki” potrafią sprawdzać trasy pomiędzy np. Placem Teatralnym, a Pałacem Kultury. Reklamodawcy w aplikacjach nawigacyjnych zacierają ręce!

 

Przy “słoiku” nie rzucaj raczej anegdotami, żartami i skojarzeniami związanymi z klubami Powiększenie, Utopia, Le Madame, Kamieniołomy czy 1500 m2 do wynajęcia. Pozwól raczej by upłynęło trochę czasu i wymyśl żarciki na temat bieżących miejscówek. Pawilony czekają.
RED.NM/AIP

COMMENTS