HomeŚląskie

Powodowali fikcyjne wypadki we Wrocławiu. Tak działała szajka wyłudzająca pieniądze

Powodowali fikcyjne wypadki we Wrocławiu. Tak działała szajka wyłudzająca pieniądze

Fałszywe stłuczki aut we Wrocławiu i okolicach, fikcyjnie okradane i demolowane samochody do tego auta bez wartości, na zakup których wyłudzano kredyty bankowe. Tak działać miała grupa przestępcza rozbita przez wrocławską policję i Prokuraturę Regionalną. Straty firm ubezpieczeniowych i banków to 4 miliony złotych. Niedawno do sądu trafił akt oskarżenia 45 osób zamieszanych – twierdzą śledczy – w tę sprawę. Szajka działać miała dziewięć lat – od 2007 do 2016 roku.

Październik 2008 roku zbieg ulic Orlej i Powstańców Śląskich we Wrocławiu. Samochód marki mercedes próbuje wyminąć cysternę, jadącą prawym pasem ul. Powstańców. Kierowca włącza lewy kierunkowskaz, ale nadal jedzie prawym pasem. Po chwili w tył mercedesa wjeżdża BMW. Uderzone auto jedzie tak blisko cysterny, że wpada na nią. Na miejsce kolizji wzywana jest drogówka. Kierowca BMW płaci mandat. Niedługo później ubezpieczyciel wypłacił odszkodowanie – 100 tysięcy złotych. Taka historię przeczytaliśmy w uzasadnieniu aktu oskarżenia, który trafiła niedawno do wrocławskiego sądu. W mercedesie – twierdzi prokuratura – jechał Michał K. z byłą żoną. Michał to dziś główny oskarżony, szef szajki oszustów. BMW prowadził jego znajomy, zaangażowany do udziału w przekręcie. Spotkali się przy ul. Powstańców Śląskich we Wrocławiu.

 

Zdaniem prokuratury Maciej K. za każdym razem wyszukiwał miejsca dogodne do zorganizowania fikcyjnej stłuczki. BMW i mercedes krążyły po okolicy szukając dogodnej okazji do “zorganizowania kolizji”. Nadarzyła się gdy Maciej – jadący jako pasażer mercedesa – zauważył przed sobą cysternę. Nakazał kobiecie, która prowadziła samochód, by włączyła lewy kierunkowskaz ale nie zmieniała pasa ruchu z prawego na lewy. Zaraz potem doszło do kolizji. Wszystko było w niej przemyślane. Nawet uderzenie mercedesa w tył cysterny. Do wszystkich fałszywych szkód komunikacyjnych Maciej K. wykorzystywał mercedesy. Czasem to samo auto było zgłaszane do różnych ubezpieczalni przez różnych właścicieli. Każdy z nich był związany z szajką oszustów.

 

W 2013 roku policja została wezwana na ul. Marszowicką we Wrocławiu. Tu jechały naprzeciwko siebie mercedes i kia. Gdy się mijały, otarły się o siebie, a mercedes dodatkowo wjechał w drzewo. Wezwana na miejsce policja winnym uznała kierowcę auta marki kia. Bez protestów przyjął mandat. Uszkodzenia w Mercedesie ubezpieczyciel wycenił na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Czasem do kolizji dochodziło poza miastem. Często wykorzystywany był scenariusz podobny do tego z Marszowickiej. Jedno z aut wymijając mercedesa, który miał być uszkodzony, ocierało się o niego. Potem, mercedes dodatkowo wjeżdżał w drzewo, słup czy barierę z boku drogi. Ubezpieczycieli oszukiwano nie tylko pozorując kolizje. Były też zgłaszane dewastacje samochodu.

 

W 2013 roku Maciej K. dostał kolejne 100 tysięcy. Tym razem „nieznany sprawca” miał powybijać szyby w aucie, zaparkowanym w małej wiosce koło Trzebnicy, a potem ostrym narzędziem uszkodzić siedzenia. Oskarżenie jest pewne, że to kolejna fikcyjna szkoda. Prokuratura twierdzi, że sprawca dewastacji najpierw pociął siedzenia a dopiero potem powybijał szyby. Inny wątek tej sprawy top wyłudzanie kredytów na zakup aut.

 

Było to możliwe bo z Maciejem K. związani byli szefowie firmy zajmującej się pośrednictwem w załatwianiu samochodowych kredytów. Dzięki temu w lutym 2011 roku udało się np. uzyskać 25 tysięcy złotych na kupno mercedesa. Auto – według dokumentów – kosztować miało 47 tysięcy ale część ceny kredytobiorca zapłacił gotówką. Przynajmniej na papierze. Na prawdę ten samochód … w ogóle nie istniał. Bo w sierpniu poprzedniego roku doszczętnie spłonął na wrocławskim Psim Polu. Główny oskarżony nie przyznał się do postawionych mu zarzutów. Na przesłuchaniach konsekwentnie odmawiał wyjaśnień. Odezwał się tylko raz przekonując, że wszystkie kredyty na zakup aut zostały uczciwie spłacone.

 

aip

COMMENTS