13.9 C
Chicago
wtorek, 28 maja, 2024

OPINIA. Piotr Zaremba: „Dziś nie można jeszcze przesądzić, jaka przyszłość czeka Andrzeja Dudę”

Popularne

Strony Internetowe / SEO
Realizacja w jeden dzień!
TEL/SMS: +1-773-800-1520

Jedni krytykują Andrzeja Dudę, bo nie jest posłuszny PiS, ale inni naprawdę uważają, że stanął na drodze sprawiedliwości.

Według mojej wiedzy prezydent Andrzej Duda, wetując w Wielki Piątek ustawę nazywaną popularnie degradacyjną, nie miał gotowego scenariusza co dalej. Świadczą o tym niejasne, zbyt enigmatyczne zdania jego stanowiska. Czy chodzi tylko o dodanie formalnych procedur zapewniających prawo do wyjaśnień i obrony ludzi poddanych temu prawu. Czy o jakąś furtkę dla Mirosława Hermaszewskiego? Czy też prezydent zmierza do zakwestionowania jej samego kręgosłupa, czyli pośmiertnej degradacji Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka? Zasugerował przecież moralne opory wobec traktowania w taki sposób zmarłych. Ale niczego nie przesądził.

 

Kłopot z Dudą

 

Prezydent zaskoczył dawnych kolegów i chyba cały czas improwizuje. Można w jego kroku dostrzec prawniczą, szczerą skrupulatność i może nawet zamiar wsparcia obozu rządowego, który w negocjacjach z Brukselą przekonuje, że Polska nie chodzi na prawne skróty. Ale można też dopatrywać się demonstracji – jestem od was niezależny i co mi zrobicie. Czy Andrzej Duda pozyska wystarczająco dużo zwolenników po innych stronach sceny, aby zrównoważyć straty pośród wyborców, a także polityków PiS? Na pewno zafundował sobie sporo doraźnych kłopotów, łącznie z popsuciem relacji z szefem MON Mariuszem Błaszczakiem, z którym ledwie wczoraj byli naturalnymi sojusznikami. Nie myślę, żeby dziś można przesądzić, jaka przyszłość czeka Dudę. Na pewno irytacja na niego w PiS jest szczera, bo w ostateczności przedstawił to ugrupowanie jako tromtadrackie i nieskuteczne. Stąd wysyp spekulacji o zastąpieniu go Beatą Szydło w roku 2020 jako kandydatką prawicy.

 

Są jednak jeszcze interesy obozu rządowego, który musi unikać kolejnych tego typu zatargów „o ustawy”, bo każdy może mu odejmować procenty. I są sondaże, nie dzisiejsze, ale te z 2020 r. Szydło wydaje się bardziej prawowierną pisowską kandydatką, ale to Duda jest kandydatem szerszego spektrum. A zarazem problem odwracania się od niego części wyborców prawicowych jest większy jeszcze niż w momencie weta wobec ustaw sądowych. Dla wielu Polaków to weto dużo boleśniejsze niż te sądowe, bo dotyka fundamentalnych spraw moralnych. Wtedy zarzucano mu wkładanie kija w szprychy rewolucji, ale był to przy ogromnych emocjach zarzut polityczny, nawet jeśli podszyty moralistyką („obrońcy układu kontra czyściciele”). Teraz prezydent jest obsadzany w roli kogoś, kto nie pozwala zatriumfować symbolicznej sprawiedliwości. Oczywiście podziały są tu znów bardziej skomplikowane, skoro z obroną jego prawnych argumentów wystąpił solidarnościowy i propisowski radykał Adam Borowski. Ale obok bezrozumnego hejtu przeciw głowie państwa wielu ludzi powołuje się po prostu na swój zawód i rozgoryczenie. Mają do niego prawo, zważywszy na historię rozliczania PRL w ciągu ostatnich 29 lat. Nie ograniczajmy się w tej dyskusji do doraźnych bilansów, kto zyskał, kto stracił.

 

Krótkie dzieje rozliczeń

 

Pada często zniecierpliwiony argument: czego jeszcze chcieć po tylu latach? Wyraził go choćby prof. Antoni Dudek, ogłaszając, że rozliczać należało w roku 1991. Nie sądzę, aby niezależnie od uwarunkowań politycznych istniała jakaś arbitralna granica dla sprawiedliwości. Nawet jeśli mieszane uczucia budzi w nas zamysł rozliczania zmarłych. Należało w 1991 r.? Więc trzeba przypominać meandry usiłowań, aby tę sprawiedliwość ustanowić. W roku 1992 Sejm zdominowany przez ugrupowania solidarnościowe przyjął uchwałę o nielegalności stanu wojennego wyśmianą przez „Gazetę Wyborczą” i Władysława Frasyniuka. Nie zdążył przeprowadzić długiego i skomplikowanego postępowania zakończonego postawieniem członków WRON i Rady Państwa przed Trybunałem Stanu, bo został rozwiązany. Zdążył Sejm następny, ten jednak zrobił to po to, aby „podsądnych” oczyścić, zgodnie z wolą dominujących wtedy formacji postkomunistycznych. P

 

otem działo się mnóstwo innych rzeczy. Pewien sąd nie był w stanie przez ponad 20 lat osądzić Jaruzelskiego za Grudzień ’70. Ale z kolei inny sąd zdążył uznać WRON za związek przestępczy – o tym warto pamiętać, litując się dziś nad jego członkami. Zmienne były losy kolejnych procesów za strzelanie do górników z kopalni Wujek, jeszcze mniejszą satysfakcję przynosiły próby osądzenia innych zbrodni i nadużyć tamtej władzy. W znacznej mierze oddano to właśnie sądom, z ich nierychliwymi procedurami i brakiem prawnych narzędzi do ustanawiania sprawiedliwości. Choć nawet postkomunistyczny Sejm po części skasował obronę przestępstw komunistycznych przedawnieniem, łatwiej było ustanowić taką generalną zasadę niż z niej skorzystać. Dobrze pamiętam moment, kiedy w roku 1997 liderzy zwycięskiej AWS zaproponowali powołanie jakiegoś Trybunału Narodowego, który sądziłby ludzi dawnego reżymu specjalną ścieżką – za stan wojenny. Rzecz nie wyszła poza debatę publicystyczną.

 

Tamta prawica przelękła się krzyków „Wyborczej” o naruszeniu państwa prawa, ale też uznała, że są ważniejsze sprawy. No i wciąż nie była przekonana do zbyt rewolucyjnej drogi, choć wielu oskarżało ją o rewolucyjność, a dziś często ci sami mówią: „mogliście się bardziej pospieszyć”. Skądinąd AWS powołała do życia IPN, co było ważnym krokiem ku rozliczaniu państwa totalitarnego. Ale warto przypomnieć, że w Grecji właśnie specjalny Trybunał Narodowy osądził raz-dwa „czarnych pułkowników” i nie był to krok ku „nowemu totalitaryzmowi”, jak chciał Michnik, ale ku demokracji. W tych zaniechaniach akurat liderzy PiS mieli udział ograniczony. W latach 90. Jarosław Kaczyński nawoływał do osądzenia Jaruzelskiego, nie tyle pod wpływem emocji, co zimnego rozumowania. Stwierdził celnie w dyskusji z politykami Unii Pracy, że takie osądzenie, nawet jeśli czysto symboliczne, osłabiłoby siłę postkomunistycznych układów we wszystkich sferach życia.

 

Czekający na sprawiedliwość

 

W kolejnych dekadach uznał najwyraźniej temat za mniej palący. Owszem, bywało, że wzywał do degradacji Jaruzelskiego (teraz właściwie nie powiedział na ten temat nic), ale w roku 2010 pozwolił bratu prezydentowi zgodzić się na zabranie tegoż generała do Moskwy na obchody zakończenia wojny. Można do woli epatować taktycznymi zwrotami braci Kaczyńskich wobec PRL. Warto jednak przypomnieć, że poza ich interesami było jeszcze coś takiego jak oczekiwanie sprawiedliwości może nie tak wielkich jak kiedyś, ale wciąż liczących się grup społecznych. Tych, na których skórze w latach 80. Jaruzelski pisał normalizację. Tych, którzy – będąc w opozycji podczas trwającego w istocie całe lata 80. stanu wojennego – tracili okazję na kariery, na rozwój. Pozostawali z tyłu. Doznawali krzywd. Patrząc ich oczami, nie sądzę, aby na sprawiedliwość było za późno, a wcześniejsze opóźnienia coś zmieniały. To z uwagi na nich Kaczyński godził się na inicjatywy, które dla niego były niespecjalnie przydatne, a czasem kłopotliwe.

 

Mowa tu nie tylko o ustawie degradacyjnej, która była chyba „nagrodą pocieszenia” dla zdymisjonowanego Macierewicza, ale o wcześniejszej drastycznej redukcji świadczeń emerytalnych, także tym ludziom, którzy nie mieli wielkich dokonań w aparacie represji, a czasem służyli wolnemu państwu. Właściwie tamta ustawa bardziej była nacechowana odpowiedzialnością zbiorową i dodatkowymi szkodami dla państwa, więc bardziej warta weta prezydenta. Nie byłem nią zachwycony, można ją było napisać lepiej, ale i wtedy rozumiałem satysfakcję tych, którzy na takie regulacje czekali całe dziesięciolecia. Antykomunizm to zresztą jedno z najtrwalszych spoiw tego obozu i próby jego ośmieszania przykładem posła Piotrowicza wydają się w oczach tego wierzącego elektoratu zajęciem jałowym. Z tego punktu widzenia prezydent powinien zrobić coś, aby zapewnić części wyborców PiS choćby ograniczoną satysfakcję. Niezależnie już od tego, że na dokładkę jedzie z całym tym obozem na jednym legislacyjnym wózku.

 

Oczywiście, podgrzewanie antykomunistycznych emocji ma też złe konsekwencje. Kaczyński miał rację w latach 90., widząc związek między losem Jaruzelskiego a bezczelnością klik i mafii wywodzących się ze starego systemu. Dziś ten związek jest o wiele bardziej problematyczny, na ogół pośredni, czasem żaden. W biznesie na przykład duża część pezetpeerowskich czy wywodzących się ze służb biznesmenów przegrała albo została wchłonięta przez większe ekonomiczne potęgi. Niekiedy ci ludzie są paradoksalnymi sojusznikami PiS w walce o „narodowy kapitał”. Jeśli Antoni Macierewicz opowiada dziś wyborcom prawicy, że w Polsce silny jest „układ Jaruzelskiego”, że rządzi polskim wojskiem, robi im wodę z mózgu. Buduje mity, szkodliwe złudzenia. Z tego punktu widzenia weto prezydenta jest może i czymś w rodzaju otrzeźwienia. Dochodzi do tego inna uwaga. Rewolucjoniści, czyściciele muszą być w jakiejś mierze bezinteresowni.

 

PiS pokazuje ostatnio twarz coraz bardziej zachłannych właścicieli państwa – przy wszystkich swoich trafnych decyzjach i ekonomicznych dobrych wynikach. W takich warunkach rozliczenie Jaruzelskiego i Kiszczaka jawi się jako kolejna partyjna sztuczka. Nawet Jan Olszewski, dawny polityczny sojusznik Kaczyńskiego w walce o dekomunizację, tak to chyba odebrał, dowodząc, że chyba na to za późno. A jednak, podkreślę raz jeszcze, na sprawiedliwość nie jest za późno. Nie wiem tylko, czy prezydent ma tyle politycznej siły, aby spróbować nadać jej ustanawianiu bardziej „obiektywną” postać. Sam jest podejrzany o grę, ma kiepskie notowania w PiS, a i nie wydaje się całkiem przejrzysty w swoich komunikatach. Ale może niech przynajmniej spróbuje.

 

- Advertisement -

Podobne

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ostatnio dodane

Strony Internetowe / SEO
Realizacja w jeden dzień!
TEL/SMS: +1-773-800-1520