Parada zwycięstwa na Placu Czerwonym będzie miała w tym roku ze względów bezpieczeństwa okrojoną formułę, bez sprzętu wojskowego i z mniejszą liczbą uczestników. – To najważniejsze święto w Rosji, dlatego Putin albo się straszliwie boi, albo szykuje prowokację – ocenił dla PAP prof. Roman Baecker z UMK w Toruniu.
9 maja na Placu Czerwonym, w dniu, w którym Federacja Rosyjska obchodzi dzień zwycięstwa Związku Radzieckiego nad III Rzeszą, po raz pierwszy od 18 lat nie pojawi się na defiladzie kolumna pojazdów wojskowych.
Jak podał „Moscow Times”, powołując się na informacje rosyjskiego Ministerstwa Obrony, w paradzie wezmą udział przedstawiciele wszystkich rodzajów sił zbrojnych Rosji i zostaną także wyświetlone filmy pokazujące żołnierzy walczących przeciwko Ukrainie. Planowany jest również pokaz zespołów akrobacyjnych oraz samolotów szturmowych Su-25, podczas gdy w ub. roku w paradzie wzięło udział 11,5 tys. żołnierzy i 180 pojazdów wojskowych.
Tak okrojoną formułę uroczystości, która tradycyjnie wiązała się z pompą i pokazem siły, rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow tłumaczył dziennikarzom względami bezpieczeństwa i zagrożeniem terrorystycznym.
Według politologa z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu prof. Romana Baeckera to dowód, że Kreml obawia się uderzenia Ukrainy. – Dla ekipy Putina zagrożenie atakami ukraińskich rakiet i dronów jest tak realne, że zmienia się specjalnie scenariusz obchodów najważniejszego święta w Rosji – ocenił dla PAP Baecker. Jego zdaniem Putin nie jest pewien, czy rosyjska obrona przeciwlotnicza będzie na tyle skuteczna, że uniemożliwi ewentualny ukraiński atak powietrzny na Moskwę.
Rosjanie mogą się obawiać ukraińskich pocisków manewrujących FP-5 Flamingo, które potrafią razić cele znajdujące się w głębi Rosji. Mają zasięg sięgający 3000 km, a Moskwę w linii prostej dzieli od granicy z Ukrainą 450-500 km. Flamingo zaprojektowane do lotu na niskich wysokościach są trudno wykrywalne przez radary.
Ich pierwsze szeroko komentowane użycie miało miejsce w sierpniu ub. roku, kiedy Ukraińcy zaatakowali obiekty powiązane z rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa na okupowanym Krymie. Z kolei we wrześniu 2025 roku cztery rakiety uderzyły w zakład w Biełgorodzie produkujący rosyjskie myśliwce.
W opinii Baeckera możliwe, że Putin „straszliwie” boi się ataku rakiet dalekiego zasięgu na Moskwę w dniu parady, ale równie dobrze może też szykować na ten dzień prowokację. – I przedstawić ją jako nieudany, terrorystyczny atak ukraiński na pokojową paradę, w największe rosyjskie święto – ocenił Baecker.
Władze na Kremlu tłumaczą jednak, że ograniczenia skali parady, także liczby jej uczestników, wynikają m.in. z faktu, iż w tym roku przypada 81. rocznica zakończenia II wojny światowej, a więc nie jest ona jubileuszowa i nie wymaga takiej oprawy jak ubiegłoroczna.
Według dr Marii Domańskiej, ekspertki Ośrodka Studiów Wschodnich, która w latach 2012–2015 kierowała Wydziałem Politycznym Ambasady RP w Moskwie, takie wyjaśnienie to wykręt.
Domańska przypomniała w rozmowie z PAP, że co roku bez wyjątku obchody 9 maja były przeprowadzane z dużą pompą – nawet jeśli wprowadzano pewne ograniczenia po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę. Podkreśliła, że jest to centralne święto w kalendarzu rosyjskim, tymczasem w tym roku sprzętu wojskowego nie będzie także na paradzie w Petersburgu.
W opinii ekspertki okrojenie obchodów wynika przede wszystkim ze strachu przed ewentualnymi atakami ukraińskimi, ale warto zwrócić uwagę też na fakt, że Rosja nie ma specjalnego powodu do świętowania.
– Parada z 9 maja z upływem lat – zwłaszcza podczas pełnoskalowej wojny przeciwko Ukrainie – była w coraz większym stopniu wykorzystywana do podkreślania potęgi dzisiejszej Rosji i wzmacniania wizerunku Putina. Upamiętnianie wielkiej wojny ojczyźnianej było nie tylko celem samym w sobie, ale też pretekstem legitymizującym putinizm – oceniła Domańska. Zwróciła uwagę, że np. na defiladę w Petersburgu nie zostali według doniesień medialnych zaproszeni w tym roku weterani wielkiej wojny ojczyźnianej, a będą za to fetowani zbrodniarze wojenni walczący przeciwko Ukrainie.
Zaznaczyła, że po 2022 roku defilady z okazji zwycięstwa w 1945 roku miały być także zapowiedzią zwycięstwa nad Kijowem. – Ale w ostatnich miesiącach brakuje postępów na froncie, Rosja ponosi coraz większe straty i doświadcza niemal codziennych ataków ukraińskich dronów na rafinerie i obiekty wojskowe. Widać, że to zwycięstwo się coraz bardziej oddala – zauważyła ekspertka. Jej zdaniem Rosjanie są coraz bardziej zmęczeni wojną, widzą, że nie przynosi ona wymiernych efektów, a za to wywołuje coraz większe koszty dla gospodarki i ich codziennego życia.
Może o tym świadczyć fakt, zwróciła uwagę, że zaczynają się w Rosji pojawiać nawet głosy krytyczne, choć na razie zawoalowane. – Nikt nie krytykuje Putina i bezpośrednio wojny, bo to jest zakazane, ale krytykowana jest np. Elwira Nabiullina, prezes Centralnego Banku Rosji Centralnego za złą politykę walutową, choć ona akurat stara się ratować finanse państwa – oceniła Domańska.
Iskrą dla narastającej fali niezadowolenia były zdaniem Domańskiej także blokady połączeń internetowych, w tym wyłączanie w marcu br. internetu mobilnego w Moskwie i blokada Telegrama, masowego instrumentu komunikacji, w tym komunikacji rosyjskiej armii na froncie.
Według BBC przed i w trakcie defilady zwycięstwa Kreml znowu ograniczy komunikację mobilną. Ograniczenia zaczną się 6 maja i obejmą zarówno centrum Moskwy, jak i jej obrzeża. – Wyłączenia internetu zdarzały się przed dużymi wydarzeniami już wcześniej, ale nie na kilka dni. Widać, że odcinanie Rosji od internetu narasta i władze podjęły decyzję, że to jest kurs, z którego nie zrezygnują – oceniła ekspertka OSW.
Rangę tegorocznych obchodów 9 maja mógłby podnieść udział światowych liderów, ale – jak zauważyła Domańska – spis gości zagranicznych jest na razie bardzo skromny.
Według rosyjskich mediów, m.in. portalu news.ru, w tegorocznej paradzie 9 maja wezmą udział m.in. prezydent samozwańczej Republiki Osetii Południowej Alan Gagłojew, były prezydent Republiki Serbskiej Milorad Dodik i przywódca Abchazji, separatystycznej republiki na terenie Gruzji, Badra Gunba, a więc wasale i sojusznicy Kremla. Lista gości nie jest jednak zamknięta.
Według Łukasza Ogrodnika z Polskiego Instytut Spraw Międzynarodowych w Moskwie może się pojawić premier Słowacji Robert Fico. – To wysoce prawdopodobne, biorąc pod uwagę jego dotychczasową politykę wschodnią i historyczną, choć ostatecznie przekonamy się o tym dopiero 9 maja – powiedział PAP Ogrodnik.
Litwa, Łotwa i Estonia nie zgodziły się na przelot samolotu słowackiego premiera nad ich terytorium w drodze do Moskwy. Także Polska otrzymała od strony słowackiej wniosek o zgodę na przelot Ficy, ale z informacji PAP ze źródeł dyplomatycznych wynika, iż wszystko wskazuje na to, że nie będzie potrzeby wydawania decyzji w sprawie przelotu słowackiego premiera, bo wybierze on inną trasę.
W ubiegłym roku Fico także nie otrzymał zgody krajów bałtyckich na swój przelot do Moskwy. Wówczas premier Słowacji odbył dłuższy lot, korzystając z korytarza nad Węgrami, Rumunią oraz Morzem Czarnym. Fico uczestniczył wówczas w obchodach 80. rocznicy zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami razem z dwudziestoma światowymi przywódcami, w tym prezydentem Chin Xi Jinpingiem.
Anna Gwozdowska (PAP)