Rozporządzenie wykonawcze burmistrza Chicago ws. firm czerpiących zyski z masowych deportacji

0

Burmistrz Chicago Brandon Johnson podpisał rozporządzenie wykonawcze, którego celem jest uniemożliwienie firmom czerpiącym zyski z planowanej przez prezydenta Donalda Trumpa największej w historii USA akcji masowych deportacji zdobywania lukratywnych kontraktów miejskich.

 

„Chicago wydaje co roku miliardy dolarów na zakup towarów i usług” – powiedział dziennikarzom Johnson w siedzibie organizacji non-profit Arise Chicago (działającej na rzecz ochrony praw imigrantów) w dzielnicy West Side. Następnie Johnson nawiązał do swojego ulubionego fragmentu Biblii, Ewangelii według św. Mateusza. „To jest nasz skarb i dziś jasno pokazujemy, gdzie jest nasze serce. Nasze serce jest z rodzinami imigrantów, które musiały zmierzyć się ze strachem i zastraszaniem w wyniku operacji Midway Blitz– ofensywy administracji Donalda Trumpa rozpoczętej niemal rok temu” – mówił Johnson.

Zgodnie z treścią zarządzenia, wykonawcy muszą zadeklarować, że w ciągu ostatnich pięciu lat nie dopuścili się naruszeń zasad uczciwości w życiu publicznym, przepisów antydyskryminacyjnych ani praktyk polegających na niepłaceniu należnego wynagrodzenia (tzw. kradzieży płac). Jak podaje biuro burmistrza, zarządzenie wydane przez Brandona Johnsona zobowiązuje miejskiego urzędnika odpowiedzialnego za zamówienia publiczne do opracowania w ciągu 90 dni nowych przepisów. Wymagałyby one od wykonawców realizujących zlecenia dla miasta ujawnienia, czy w ciągu ostatnich pięciu lat uzyskali oni ponad 500 tysięcy dolarów z tytułu kontraktów z organami władzy lub agencjami ścigania.

Zgodnie z zarządzeniem firmy te będą musiały również ujawnić, czy w omawianym okresie były przedmiotem postępowań wyjaśniających w związku z naruszeniami praw obywatelskich, do których miało dojść podczas realizacji wspomnianych zleceń. Celem nowych regulacji jest zapewnienie miastu Chicago podstawy prawnej do odmowy współpracy z firmami, którym zarzucono nieprawidłowości, nawet jeśli nie zostały one prawomocnie skazane. Obowiązujące przepisy miejskie już teraz zakazują udzielania zamówień publicznych firmom skazanym za naruszenie przepisów dotyczących uczciwości w życiu publicznym.

Zgodnie z treścią zarządzenia, firmy muszą również ujawnić, czy przekazały ponad milion dolarów darowizny na rzecz organizacji charytatywnej kontrolowanej przez urzędnika federalnego. Zarządzenie nakłada na firmy współpracujące z miastem obowiązek ujawniania informacji o różnorodności zatrudnionego personelu – i to w sytuacji, gdy na szczeblu federalnym wycofywane są przepisy wymagające podawania takich danych. Wykonawcy mogą również przedstawić informacje o działaniach podejmowanych przez kierownictwo na rzecz zatrudniania osób, które w przeszłości odbyły karę pozbawienia wolności, a także o innych inicjatywach świadczących o zaangażowaniu na rzecz społeczności Chicago.

Egzekwowaniem nowych przepisów zajmie się powołany w tym celu 12-osobowy zespół zadaniowy ds. etycznych standardów zamówień publicznych. Johnson ogłosił wprowadzenie zarządzenia wspólnie z przedstawicielami grupy „Not With Our Money”, która dąży do tego, by władze lokalne rezygnowały ze współpracy z firmami wspierającymi realizację polityki deportacyjnej administracji prezydenta Trumpa. Grupa ta wskazała kontrakty w Chicago o wartości 3,19 mld dolarów, realizowane przez firmy współpracujące również z ICE a należy do nich m.in. AECOM – międzynarodowe przedsiębiorstwo, które wybudowało ośrodek szkoleniowy dla policji i straży pożarnej oraz kieruje modernizacją lotniska O’Hare.

Johnson podpisał to zarządzenie w obliczu nasilających się głosów wzywających polityków do odrzucania darowizn wyborczych od firm czerpiących zyski z prowadzonej przez Trumpa polityki deportacji. Paru chicagowskich radnych zapowiedziało, że nie dopuści do sprzedaży miejskich parkometrów nowojorskiej firmie Stonepeak, ponieważ jest ona właścicielem przewoźnika Omni Air International, który realizował kontrakt dla administracji Trumpa na przeprowadzanie deportacji.

 

BK

Mieszkańcy Illinois nie należą do najciężej pracujących w USA

0

Illinois nie ma w czołówce najciężej pracujących stanów USA. Tak przynajmniej wynika z najnowszego rankingu WalletHub.

 

Illinois uplasowało się w nim na 40. miejscu. Najciężej pracują mieszkańcy Dakoty Południowej, na drugim miejscu Dakoty Północnej, na trzecim Alaski, na czwartym są mieszkańcy Hawajów a na piątym Wyoming. Najlżej pracują z kolei mieszkańcy Michigan.

Aby ustalić, w których stanach Amerykanie pracują najciężej, WalletHub porównał 50 stanów pod kątem 10 kluczowych wskaźników. Obejmują one m.in. średnią liczbę godzin pracy w tygodniu, odsetek osób wykonujących więcej niż jedną pracę oraz średnią ilość czasu wolnego w ciągu dnia. Przykładowo najwięcej godzin w tygodniu pracują mieszkańcy Alaski a najmniej Utah.

Według Światowego Forum Ekonomicznego Amerykanie ciężko pracują, spędzając w pracy średnio 1800 godzin rocznie. To o 468 godzin więcej niż Niemcy, ale o 405 godzin mniej niż mieszkańcy Meksyku.

 

BK

Pierwsze przypadki zakażenia ludzi wirusem Zachodniego Nilu w Illinois

0

Departament zdrowia publicznego powiatu Cook w Illinois odnotował pierwsze w tym sezonie cztery przypadki zakażenia wirusem Zachodniego Nilu. Przedstawiciele władz poinformowali, że wszystkie stwierdzono u osób dorosłych zamieszkujących przedmieścia powiatu Cook.

 

W ubiegłym roku na w tym rejonie odnotowano łącznie 44 przypadki zakażenia wirusem Zachodniego Nilu oraz cztery zgony. Według służb sanitarnych aktywność wirusa Zachodniego Nilu znacząco wzrosła w 2025 roku w porównaniu z rokiem 2024. W ubiegłym roku w Illinois odnotowano 150 potwierdzonych przypadków zakażenia u ludzi, co stanowiło ponad dwukrotność liczby 69 przypadków zgłoszonych w 2024 roku. W 2025 roku odnotowano dziesięć przypadków śmiertelnych, podczas gdy rok wcześniej było ich trzynaście.

Do zakażenia ludzi wirusem Zachodniego Nilu dochodzi w wyniku ukąszenia przez komary, które przenoszą wirusa. Według przedstawicieli władz Illinois, od zeszłego tygodnia ryzyko zakażenia ludzi wirusem Zachodniego Nilu jest wysokie. Natomiast w miniona środę, 26, departament zdrowia publicznego Illinois poinformował o pierwszym w stanie przypadku zakażenia wirusem Zachodniego Nilu u człowieka. Infekcję stwierdzono u mieszkańca powiatu Piatt.

Zwrócono uwagę, że wiele osób zakażonych wirusem Zachodniego Nilu nie wykazuje żadnych objawów i nie choruje. Jednak u części zakażonych – w okresie od trzech do 15 dni po infekcji – mogą wystąpić łagodne dolegliwości, takie jak gorączka, ból głowy, wysypka czy bóle mięśni. Poważniejsze objawy określane są mianem objawów neuroinwazyjnych, co oznacza, że ​​wirus zaatakował układ nerwowy, w tym mózg i rdzeń kręgowy. Według ekspertów mogą one przejawiać się wysoką gorączką, występuje też sztywność karku, dezorientacja, osłabienie mięśni oraz zapalenie mózgu, co może prowadzić do trwałych uszkodzeń neurologicznych lub śmierci.

W Polsce żyje już prawie 3,5 tys. żubrów, a w niektórych miejscach populacje przekraczają możliwości środowiska

0

W Polsce żyje już prawie 3,5 tys. żubrów, a w niektórych miejscach populacje przekraczają możliwości środowiska – powiedziała PAP prof. Wanda Olech. Jej zdaniem trzeba wrócić do zarządzania liczebnością stad i tworzyć nowe populacje w innych częściach kraju.

Żubr jest dziś symbolem udanej ochrony przyrody, ale jego rosnąca liczebność przynosi też nowe wyzwania. O tym, jak powinno się zarządzać populacją tego największego europejskiego ssaka, gdzie w Polsce jest dla niego miejsce i czy żubrów może być za dużo, PAP rozmawiała z prof. Wandą Olech z Katedry Genetyki i Ochrony Zwierząt Instytutu Nauk o Zwierzętach SGGW, prezesem Stowarzyszenia Miłośników Żubrów.

PAP: W ostatnich dniach znów było głośno o żubrach, które poturbowały ludzi. Czy te zwierzęta stają się coraz bardziej niebezpieczne? A może przestały się bać ludzi?

W.O.: Większość takich przypadków wynika z brawury, a właściwie głupoty ludzi, którzy uważają, że żubr to piękne zwierzątko, do którego można podejść, a nawet je pogłaskać. Tymczasem dorosły samiec waży 800–900 kg, ma około 1,80 m wysokości w najwyższym punkcie i na krótkim dystansie potrafi biec z prędkością około 60 km/h. Człowiek często nie zdaje sobie sprawy, z jak dużym i silnym zwierzęciem ma do czynienia.

Każde zwierzę zaatakuje, jeśli poczuje się zagrożone albo zostanie pozbawione możliwości odejścia czy ucieczki. Tak samo może zachować się pies, krowa czy nawet dużo mniejsze zwierzę. Żubr nie musi więc „zmienić charakteru”, żeby doszło do wypadku – wystarczy, że człowiek przekroczy jego bezpieczny dystans.

PAP: Ale ostatni przypadek kobiety w ciąży, która została uderzona przez żubra na drodze, wyglądał inaczej.

W.O.: Tak. Z tego, co wiem, kobieta po prostu szła drogą przez puszczę. Została kilkanaście minut przed wypadkiem minięta przez leśnika, z którym rozmawiałam. Najprawdopodobniej w pewnym momencie żubr i ta pani nagle się spotkali. To było raczej wzajemne zaskoczenie niż sytuacja, w której żubr celowo zaatakował człowieka.

Teraz mamy jednak okres rui przypadający na sierpień i wrzesień. Dorosłe samce są wtedy mocno pobudzone i walczą o możliwość pokrycia samic. To szczególny okres w roku, zwłaszcza dla dużych samców. Nie sądzę jednak, żebyśmy mieli do czynienia z jakąś trwałą zmianą zachowania żubrów.

PAP: Rosnąca liczebność populacji może zwiększać napięcie między zwierzętami?

W.O.: To jest możliwe. Jeżeli na tym samym obszarze mamy coraz więcej żubrów, dorosłe samce mają więcej konkurentów. Obserwowaliśmy to w zagrodach: jeżeli przez błąd hodowcy zostawało w nich zbyt wiele samców, atmosfera w całym stadzie robiła się bardzo nerwowa.

A dzisiaj mamy miejscami po prostu za dużo żubrów. W Puszczy Boreckiej na koniec ubiegłego roku naliczono 155 zwierząt, podczas gdy według naszych kalkulacji powinno ich być tam najwyżej setka. Nie chodzi wyłącznie o ilość pokarmu. Chodzi również o relacje między zwierzętami, działalność ludzi, interakcje z innymi gatunkami i oczywiście o szkody.

PAP: W Polsce mamy dziś żubry nie tylko w Puszczy Białowieskiej. Jak liczna jest ich populacja?

W.O.: Mamy osiem wolnych populacji. Ta białowieska liczy około 1100 żubrów, ale tylko około 400 z nich przebywa w samej Puszczy Białowieskiej. Reszta żyje poza nią. Żubr potrzebuje przestrzeni, a puszcza ma określoną pojemność.

Mamy też populację w Puszczy Knyszyńskiej, Puszczy Boreckiej, Puszczy Augustowskiej, Puszczy Rominckiej, Lasach Janowskich, Bieszczadach i na Pomorzu Zachodnim. Bieszczadzka populacja istnieje od ponad 60 lat – powstała w 1962 roku – i liczy już ponad 800 zwierząt. To również więcej, niż jest w stanie pomieścić obszar, na którym te zwierzęta bytują.

PAP: Czyli paradoksalnie sukces restytucji żubra zaczyna być dla nas problemem?

W.O.: Tak. Odnieśliśmy spektakularny sukces, ale teraz musimy zaakceptować konieczność zarządzania populacją, która jest już znacznie większa. W tej chwili na świecie żyje około 13 tys. żubrów, z czego w Polsce mamy prawie 3500. To dane z końca ubiegłego roku, więc po tegorocznym sezonie urodzeń zwierząt jest oczywiście więcej.

Polska jest dziś najbardziej na zachód wysuniętym krajem, w którym występują wolno żyjące żubry. Na Białorusi i w Rosji ich liczebność jest podobna do naszej. Żubry są także m.in. na Litwie, Słowacji, Ukrainie, w Rumunii i Bułgarii. W Niemczech jest około 500 żubrów, ale są one utrzymywane w 70 różnych zagrodach.

PAP: Cofnijmy się do początku XX wieku. Jak to się stało, że żubr wówczas niemal zniknął?

W.O.: Żubr był najpierw zwierzęciem królewskim, a później carskim. To właśnie szczególny status i możliwość ochrony dużych obszarów sprawiły, że przetrwał dłużej niż tur. Już w XVI wieku objęto żubry ochroną i zakazano ich zabijania, choć jednocześnie były utrzymywane po to, żeby organizować królewskie polowania.

Prawdziwa katastrofa przyszła wraz z I wojną światową. Skończyła się dotychczasowa ochrona, do puszczy weszły armie, a żubry były łatwo dostępnym źródłem mięsa. Zaczęto kłusować i je zabijać. Ostatni żubr w Puszczy Białowieskiej padł w 1919 roku.

PAP: W jaki sposób udało się uratować ten gatunek?

W.O.: To jest niezwykła historia. Po I wojnie światowej w Polsce nie było już żubrów na wolności. W 1923 roku na międzynarodowym kongresie w Paryżu Jan Sztolcman wygłosił apel o ratowanie gatunku. W tym samym roku powstało Międzynarodowe Towarzystwo Ochrony Żubra. Zrobiono inwentaryzację i okazało się, że na świecie żyją zaledwie 54 żubry – 29 samców i 25 samic.

Potem rozpoczęła się mozolna odbudowa populacji. Pierwsze żubry sprowadzono do Polski w 1924 roku, a pięć lat później trafiły do Puszczy Białowieskiej. Po II w. św. populacja zaczęła się powoli odbudowywać i pod koniec XX wieku mieliśmy około 3000 żubrów.

PAP: Fantastycznie, że udało się uratować gatunek, ale co poszło nie tak, że dziś rozmawiamy o problemie z żubrami?

W.O.: Na początku tego wieku przygotowaliśmy strategię, która zakładała tworzenie wielu niewielkich populacji w różnych częściach Polski. Żubr nie powinien być skoncentrowany w kilku miejscach. Chodziło o to, żeby tworzyć grupy liczące kilkadziesiąt, do stu zwierząt, zależnie od możliwości danego terenu.

Wsiedlenia miały być przeprowadzane spokojnie. Najpierw wybieraliśmy miejsce, przygotowywaliśmy siedlisko i ludzi, którzy mieli z żubrami żyć. Potem sprowadzaliśmy 8–10 zwierząt, głównie samic, do zagrody adaptacyjnej. Zwierzęta były wyposażane w obroże telemetryczne i wypuszczane zimą. W ten sposób uczyły się terenu i wracały do zagrody na dokarmianie.

Plan zakładał stworzenie takich miejsc w wielu regionach Polski. Niestety, kiedy zaczęły narastać problemy ze szkodami i liczebnością żubrów w już istniejących populacjach, zaczęła się obawa przed przyjmowaniem kolejnych zwierząt.

PAP: Dlaczego szkody zaczęły być aż takim problemem?

W.O.: Jednym z powodów jest to, że mniej więcej dziesięć lat temu niemal całkowicie zaprzestano selekcji populacji. Od lat 70. XX wieku żubry były pod opieką człowieka i prowadzono selekcję – usuwano zwierzęta stare, chore i dbano o właściwą strukturę populacji. W niektórych latach odstrzał obejmował nawet 20 proc. populacji. Nie chodziło o polowanie dla samego polowania, tylko o utrzymanie zdrowej populacji i odpowiedniej struktury wiekowo-płciowej. Kiedy zaczęła się presja organizacji ekologicznych przeciwko zabijaniu żubrów, decydenci zaczęli się wycofywać. W efekcie populacja zaczęła rosnąć znacznie szybciej.

PAP: Co się dzieje, kiedy żubrów jest za dużo?

W.O.: Problem polega na tym, że żubry nie są gatunkiem migrującym. Gdyby po zwiększeniu liczebności krowy po prostu przenosiły się kilkadziesiąt kilometrów dalej i tworzyły nowe populacje, sytuacja byłaby znacznie łatwiejsza. Tymczasem one raczej pozostają w tym samym miejscu.

Wtedy zamiast naturalnych stad liczących 20–30 zwierząt mamy grupy po sto osobników i więcej. To zwiększa stres między zwierzętami. Do tego dochodzi presja ludzi. Żubry są dobrze widoczne, więc przyciągają fotografów i turystów. Ludzie zatrzymują samochody, podchodzą, próbują je fotografować.

PAP: I wtedy żubry zaczynają być przepłaszane?

W.O.: Tak. Rolnik, który chce pracować na swoim polu, ma według mnie, prawo to robić i żubr musi zejść mu z drogi. Natomiast czym innym jest rolnik wykonujący swoją pracę, a czym innym fotograf czy turysta, który wjeżdża samochodem na pole tylko po to, żeby pooglądać zwierzę.

Jeżeli duże stado zostanie zmuszone do biegu, może dojść do tragedii – to przecież tłum – np. jeżeli jeden żubr się potknie, kolejne mogą go zadeptać. Zdarzały się też przypadki zwierząt, które wpadały do rowów melioracyjnych i tonęły. Coraz częstsze są również wypadki komunikacyjne, bo przepłoszone żubry mogą wybiec na drogę.

PAP: Co zatem trzeba zrobić?

W.O.: Przede wszystkim trzeba zmniejszyć liczebność tych populacji, które są już zbyt duże, i wrócić do normalnej selekcji. W mojej ocenie około 20 proc. populacji powinno być wyselekcjonowane – przede wszystkim zwierzęta stare i chore. Druga rzecz to użytkowanie: trzeba zacząć żubry odstrzeliwać i wykorzystywać ich mięso, bo to jest majątek. Jeżeli zastrzelimy zwierzę dlatego, że jest stare, chore czy niepełnosprawne, a jego mięso nadaje się do spożycia, nie widzę powodu, żeby je utylizować i jeszcze za to płacić.

PAP: To brzmi kontrowersyjnie – mówimy przecież o gatunku chronionym.

W.O.: Żubr nie jest już gatunkiem zagrożonym w takim sensie, jak był sto lat temu. Musimy zacząć myśleć o nim jak o populacji, którą trzeba racjonalnie zarządzać. Ochrona gatunku nie może oznaczać tylko zakazu zabijania. W ustawie o ochronie przyrody jest przecież mowa o właściwym stanie ochrony gatunku. Moim zdaniem sytuacja, w której ogromne stada wychodzą na tereny otwarte, powodują szkody, są przepłaszane i narażane na wypadki, nie jest właściwym stanem ochrony.

PAP: Uważa pani, że mięso żubra powinno być dostępne na rynku?

W.O.: Tak. Żubr ma bardzo dobre mięso, o wysokich walorach dietetycznych. Jeżeli mamy zwierzę, które z powodów zdrowotnych musi zostać wyeliminowane, jego mięso jeśli jest zdatne do spożycia, powinno być wykorzystane. W Białowieży były kiedyś w restauracjach serwowane potrawy z żubra i do takiego rozwiązania można by wrócić.

PAP: A co z rozwiązaniem drugiego problemu – czyli zbyt małą liczbą miejsc, w których żyją żubry?

W.O.: Trzeba szukać nowych miejsc i wrócić do programu tworzenia małych populacji. W naszym planie było ich znacznie więcej. Właściwie w wielu nadleśnictwach, które mają wewnątrz kompleksów leśnych tereny otwarte, można byłoby stworzyć warunki dla żubrów.

Nie chodzi o wypuszczenie kilkudziesięciu zwierząt w przypadkowym miejscu. Trzeba znaleźć odpowiedni teren, przygotować go, zadbać o bazę pokarmową i zagwarantować, że populacja będzie utrzymywana na poziomie odpowiednim dla danego obszaru. Wtedy żubry mogą żyć spokojnie, a ludzie nie muszą mieć z nimi problemu.

PAP: Na koniec wróćmy jeszcze do samych żubrów. Co tak naprawdę wiemy o ich życiu? Na przykład o młodych?

W.O.: Żubr jest zwierzęciem stadnym. Samice żyją w grupach z cielętami i młodymi, natomiast dorosłe samce są bardziej samotne. Mogą przechodzić dziesiątki kilometrów i nagle pojawić się w miejscu, w którym wcześniej żubrów nie było.

Ciąża trwa 8,5 miesiąca. Samica przed porodem odchodzi od stada i przez dwa–trzy dni pozostaje z cielęciem sama. To ważny czas, kiedy matka i młode muszą się wzajemnie rozpoznać. Potem wracają do stada i powstaje coś w rodzaju żubrzego „przedszkola” – cielęta są razem, a dorosłe samice wspólnie ich pilnują.

To także bardzo skuteczna strategia obrony. Kiedy pojawiają się wilki, samice ustawiają się na zewnątrz, a młode pozostają w środku. Dorosłego byka wilki praktycznie nie mają szans zaatakować. Mogą próbować odłączyć od stada słabszego osobnika, ale zdrowy dorosły żubr jest dla nich zbyt silnym przeciwnikiem.

PAP: A kiedy żubr przestaje być dzieckiem?

W.O.: Około trzeciego roku życia młode byki opuszczają stado i zaczynają żyć w tzw. grupach kawalerskich. Samice wcześniej osiągają dojrzałość i mogą być kryte. W hodowli musimy więc pilnować, żeby dorastające córki nie pozostały z ojcem w okresie rui, ponieważ u żubrów nie ma silnej bariery behawioralnej, która zapobiegałaby kojarzeniu blisko spokrewnionych zwierząt. To szczególnie ważne, ponieważ gatunek przeszedł w swojej historii bardzo silne „wąskie gardła” genetyczne.

PAP: Sto lat temu walczyliśmy o to, żeby żubr nie zniknął. O co powinniśmy walczyć dzisiaj?

W.O.: Największym problemem jest dziś to, że wciąż traktujemy żubra jak gatunek, który trzeba wyłącznie chronić przed człowiekiem. Tymczasem sytuacja się zmieniła. Mamy tysiące zwierząt i musimy zapewnić im odpowiednie warunki, a jednocześnie ograniczyć konflikty z ludźmi.

Jeżeli chcemy, żeby żubr pozostał w Polsce na kolejne stulecia, musimy przestać bać się zarządzania jego populacją. Ochrona nie polega na tym, żeby niczego nie robić. Polega na tym, żeby populacja była zdrowa, miała odpowiednią strukturę i odpowiednią przestrzeń do życia.

Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)

Memoriał Wagnera: Triumf Polski po wygranej 3:1 z Francją

0

Polscy siatkarze wygrali 23. edycję Memoriału Jerzego Huberta Wagnera. W ostatnim meczu rozgrywanego w Krakowie turnieju pokonali Francję 3:1 (22:25, 25:17, 25:15, 25:20). „Trójkolorowi” zajęli drugie miejsce. Trzecia lokata przypadła USA, a czwarta Słowenii.

Polska – Francja 3:1 (22:25, 25:17, 25:15, 25:20).

Polska: Marcin Komenda, Kamil Semeniuk, Tomasz Fornal, Bartłomiej Bołądź, Jakub Nowak, Szymon Jakubiszak – Jakub Popiwczak (libero) oraz Artur Szalpuk, Wilfredo Leon, Kewin Sasak, Jakub Majchrzak, Jan Firlej.

Francja: Antoine Brizard, Theo Faure, Mathis Henno, Trevor Clevenot, Daniel Iyegbekedo, Francois Huetz – Benjamin Diez (libero) oraz Stephen Boyer, Amir Tizi-Oualou, Simon Magnin, Antoine Pothron, Noa Duflos-Rossi.

Mecz aktualnych mistrzów i wicemistrzów olimpijskich lepiej zaczęli ci pierwsi. Francuzi szybko objęli prowadzenie 7:3 i 10:6. Trener Nikola Grbić poprosił o czas i jego podopieczni odrobili cześć strat, m.in. dzięki zatrzymaniu trzech kolejnych akcji rywali blokiem.

Francuzi nie oddawali jednak prowadzenia i dopiero po autowym ataku Theo Faure był remis po 19. W następnej akcji po zablokowaniu Mathisa Henno biało-czerwoni objęli pierwsze prowadzenie – 20:19. Kolejne trzy punkty padły jednak łupem Francuzów. Przy stanie 22:24 trener Grbić wprowadził na zagrywkę Wilfredo Leona, ale nie przyniosło to efektu i Polacy przegrali pierwszego seta.

W drugiej partii biało-czerwoni od początku kontrolowali jej przebieg, zbudowali kilku punktową przewagę i bez problemów wygrali ją do 17.

W trzecim secie początkowo gra była wyrównana. Przy stanie 7:6 Polacy zdobyli trzy kolejne punkty, a potem prowadzili 14:8, 18:10 i 20:11. Rywale nie mogli w żaden sposób powstrzymać grających z ogromną swobodą biało-czerwonych.

Obraz gry nie zmienił się w czwartej partii. Wprawdzie Francuzi starali się utrzymywać kontakt punktowy, lecz widać było, że nie wierzą już nawiązanie wyrównanej walki. Spotkanie zakończył, przy trzeciej piłce meczowej, serwis Stephena Boyera w siatkę.

Najwięcej punktów dla Polski zdobyli Bartłomiej Bołądź – 20, Kamil Semeniuk – 13 i Tomasz Fornal – 11.

Biało-czerwoni przystąpili do tego meczu bez Bartłomieja Lemańskiego, który w piątkowy spotkaniu ze Słowenią skręcił kostkę. Były obawy, czy ten uraz nie wykluczy środkowego z udziału w zbliżających mistrzostwach Europy, ale wszystko wskazuje na to, że czarny scenariusz się nie spełni i Lemański będzie do dyspozycji trenera Grbicia.

Najlepszym zawodnikiem zawodów został wybrany Bartłomiej Bołądź. Pozostałe indywidualne nagrody otrzymali: Bołądź – najlepszy atakujący, Jakub Majchrzak – najlepszy blokujący, Antoine Brizard (Francja) – najlepszy rozgrywający, Cooper Robinson (USA) – najlepszy przyjmujący, Benjamin Diez (Francja) – najlepszy libero.

Dla Polski, Francji i Słowenii krakowski turniej był jednym z ostatnich sprawdzianów formy przed wrześniowymi mistrzostwami Europy. Polacy zagrają jeszcze jeden mecz towarzyski 5 września z Finlandią w Gdańsku.

Memoriał Wagnera rozgrywany jest od 2003 roku z przerwą w 2020 roku, kiedy nie odbył się z powodu pandemii COVID-19. Od 2016 r. gospodarzem jest krakowska Tauron Arena. Jego celem jest uhonorowanie pamięci najwybitniejszego polskiego trenera siatkówki – Huberta Jerzego Wagnera, który doprowadził reprezentację biało-czerwonych do mistrzostwa świata w 1974 roku i złotego medalu olimpijskiego w 1976 roku.

Polacy 12-krotnie triumfowali w tej imprezie – w latach 2006, 2008-2009, 2012-2013, 2015, 2017-2018, 2021-2022 oraz 2024 roku.

Grzegorz Wojtowicz (PAP)

 

gw/ bia/

Eliminacje MŚ koszykarzy/ Polska – Niemcy 94:96. To pierwsza porażka biało-czerwonych w eliminacjach

0

Reprezentacja Polski koszykarzy przegrała w Ergo Arenie z mistrzami świata i Europy Niemcami 94:96 po dogrywce (15:28, 16:13, 27:29, 25:13, dogr. 11:13) w drugim meczu 2. etapu eliminacji mistrzostw świata Katar 2027. To pierwsza porażka biało-czerwonych w eliminacjach.

Polacy mają w grupie K bilans 7-1, identyczny jak Niemcy i Chorwacja.

Polska – Niemcy 94:96 (15:28, 16:13, 27:29, 25:13, dogr. 11:13)

Polska: Mateusz Ponitka 20, Igor Milicić 18, Jordan Loyd 16, Andrzej Pluta 14, Dominik Olejniczak 12, Michał Sokołowski 5, Aleksander Balcerowski 4, Przemysław Żołnierewicz 4, Kamil Łączyński 1, Jarosław Zyskowski 0, Kuba Piśla 0, Szymon Zapała 0.

Niemcy: Dennis Schroeder 18, Johannes Thiemann 14, Maodo Lo 13, Isaac Bonga 10, Tristan da Silva 9, Louis Olinde 8, Daniel Theis 7, Oscar Da Silva 6, Malte Delow 6, David Kramer 5, Kay Bruhnke 0.

Komplet publiczności w Ergo Arenie przez 40 minut zagrzewał biało-czerwonych do walki, stwarzając fantastyczna oprawę pojedynku z mistrzami świata i Europy. Spotkanie było zacięte, ale to Niemcy dyktowali częściej warunki. W drugiej połowie podopieczni trenera Igora Milicicia zagrali z większą determinacją i walecznością, doprowadzili w końcówce do remisu i dogrywki, ale ostatecznie okazali się minimalnie gorsi od rywali.

Biało-czerwoni rozpoczęli spotkanie w identycznym składzie jak zwycięski, czwartkowy mecz w Rydze z Izraelem – z kapitanem Mateuszem Ponitką, naturalizowanym Jordanem Loydem, Igorem Miliciciem juniorem, Michałem Sokołowskim i Aleksandrem Balcerowskim.

Od początku meczu iskrzyło między zawodnikami, Lloyd i lider Niemców Dennis Schroeder zostali ukarani po kilku sekundach meczu faulami technicznymi, potem były spięcia Balcerowskiego z wysokimi graczami rywali, czy walka na parkiecie – przypominająca bardziej zapasy niż koszykówkę – Sokołowskiego z Johannesem Thiemannem.

Było 5:5, 8:7 dla Polaków, a po chwili 12:9 dla mistrzów globu. Niemcy mieli przewagę pod koszami, w zbiórkach defensywnych i ofensywnych, co pozwalało im zwiększać prowadzenie. Lepiej trafiali też z dystansu (5 razy w pierwszej kwarcie), dzięki czemu prowadzili 17:13, 21:15, a nawet 28:15 po dwóch rzutach za trzy punkty Maodo Lo w końcówce pierwszej kwarty.

Twarda defensywa Niemców sprawiała, że biało-czerwonym trudno przychodziło zdobywanie punktów, ale i konstruowanie akcji. Aktywny Ponitka i Loyd mieli za mało wsparcia podkoszowych (obydwaj do przerwy cztery punkty), a i rezerwowi, którzy wchodzili na parkiet nie dokładali tyle, co rezerwowi przyjezdnych. Goście prowadzili już 34:18 w 14. minucie spotkania i sztab trenerski musiał wziąć czas. Po nim lepsza obrona Polaków – akcje Igora Milicica czy Przemysława Żołnierewicza pozwoliły zmniejszyć dystans do Niemców. Po rzucie Andrzeja Pluty było 29:36, ale błyskawiczne trzy punkty Thiemanna ponownie dały 10-punktowe prowadzenia.

Do przerwy było 41:31 dla gości i dziesięciopunktowa różnica utrzymywała się przez trzecią kwartę, choć udało się zniwelować straty do sześciu punktów 40:46 w 23. min., gdy za trzy punkty trafił Loyd. Naturalizowany Amerykanin grał coraz lepiej, ale w 28. minucie został ukarany przewinieniem technicznym i musiał zejść z parkietu. Potem taki sam faul otrzymała polska ławka. Nerwowa atmosfera służyła rywalom, którzy potrafili zachować więcej spokoju i wykorzystywali to, że momentami sędziowie pozwalali na twardą grę na granicy przepisów. Po 30 minutach Polska przegrywała 58:70.

Zryw biało-czerwonych na początku czwartej kwarty to dwa rzuty za trzy punkty Pluty i Milicicia i w 32. minucie Niemcy mieli jedynie dwa punkty przewagi 72:70. Pluta wykorzystał tylko jeden rzut wolny i było 71:72, ale w kolejnej akcji kapitan Schroeder trafił zza linii 6,75 m, następnie wykorzystał dwa wolne i Niemcy znowu odskoczyli 80:73. Mimo to biało-czerwoni potrafili jeszcze raz wykrzesać z siebie maksimum energii. Po akcjach Ponitki i rzutach Sokołowskiego Polacy doprowadzili na dwie minuty przed końcem do remis 83:83.

Przez 120 sekund żadnej z drużyn nie udało się zdobyć punktów, błędy popełnili i liderzy Polski i Niemiec, w tym Schroeder, który nadepnął na linię autu naciskany przez polską obronę. W ostatniej akcji na 16,7 sekund biało-czerwoni mieli szansę na punkty, ale popełnili stratę.

Potrzebna byłą więc dogrywka. Rozpoczął ją dwoma punktami Schroeder, a potem mistrzowie prowadzili nawet 90:83. Za pięć fauli spadli kolejno Sokołowski, Ponitka i kilka sekund przed końcem dogrywki Olejniczak, ale ci, którzy mogli, dalej walczyli.

Milicić dobijał rzuty kolegów i sam decydował o akcjach. To właśnie po jego trafieniach Polacy przegrywali 90:92, a po chwili 92:94. Młody Kuba Piśla wymusił u Schroedera błąd kroków. Do remisu 94:94 po dwóch ofensywnych zbiórkach Olejniczaka doprowadził Przemysław Żołnierewicz. Zegar wskazywał 38 sekund do końca dodatkowego czasu gry.

Faulowany Schroeder wykorzystał obydw wolne. Polacy mieli 17 sekund na odwrócenie losów meczu, ale nie zdołali umieścić piłki w koszu.

Niemcy wygrali walkę pod tablicami 40:38, ale to Polacy mieli mniej strat – 14 (przy 16 rywali) i lepszą skuteczność za dwa punkty (59,4 proc.), przy 51,7 proc. Niemców. Jednak to mistrzowie świata wyjechali z Ergo Areny ze zwycięstwem.

Kapitan Ponitka, który w sobotę obchodził 33. urodziny, miał 20 pkt, 8 zbiórek i 5 asyst, Milicić 18 pkt i 8 zbiórek, a Olejniczak zakończył spotkanie z double-double.

Kolejne spotkanie w eliminacjach MŚ odbędzie się 27 listopada w Gliwicach z Chorwacją.(PAP)

olga/ bia/

Unia Europejska nie atrakcyjna dla Islandczyków. 52,8 proc. biorącychy udział w referendum przeciwko wznowieniu rozmów z Brukselą

0

Jest zupełnie jasne, że sprawa dalszych negocjacji z UE nie będzie kontynuowana, to naturalny bieg wydarzeń – skomentowała przegrane referendum premierka Islandii Kristrun Frostadottir. W sobotę 52,8 proc. Islandczyków sprzeciwiło się wznowieniu rozmów z Brukselą na temat członkostwa we Wspólnocie.

Reprezentująca socjaldemokratyczny Sojusz, Frostadottir przekazała na konferencji prasowej w Reykjaviku, że skontaktowała się z przewodniczącym Rady Europejskiej Antonio Costą. – Unia Europejska jest świadoma, że nadal istnieje potrzeba utrzymania silnych relacji – podkreśliła.

Premierka pytana, czy Islandia wycofa wniosek o członkostwo w UE, nie odpowiedziała wprost. Kwestia ta ma być przedmiotem rozmów z komisją spraw zagranicznych parlamentu Islandii. – Omówimy, w jaki sposób najlepiej zamknąć ten rozdział – zaznaczyła Frostadottir.

Islandia złożyła wniosek o członkostwo w UE w 2009 r., w szczytowym momencie światowego kryzysu finansowego. Prace w ramach procesu akcesyjnego zostały zamrożone w 2013 r., gdy eksperci ostrzegali przed potencjalnym rozpadem strefy euro. Do sprawy powrócono, gdy w 2024 r. wybory parlamentarne wygrał socjaldemokratyczny Sojusz. Referendum w sprawie wznowienia negocjacji z UE ogłoszono na początku br.

Frostadottir zapowiedziała konsultacje z parlamentem również na temat wzmocnienia obronności, a także stosunków dwustronnych z innymi krajami. Premierka chce także skontaktować się z rządem Norwegii, państwa podobnie jak Islandia należącego do Wspólnego Obszaru Gospodarczego, lecz nie do UE.

Ministra spraw zagranicznych Islandii, Thorgerdur Katrin Gunnarsdottir z prounijnej partii Odrodzenia, wyraziła zadowolenie z wysokiej frekwencji w referendum, wynoszącej 82,5 proc. Zwróciła uwagę na duże zainteresowanie społeczeństwa sprawami międzynarodowymi.

– Czeka nas dużo pracy – powiedziała, przypominając że UE nie jest celem samym w sobie, a środkiem do podtrzymania dobrobytu.

Daniel Zyśk (PAP)

 

zys/ mal/

Nawrocki: Polska nie zapomina o tych, którzy zginęli na Wołyniu tylko za to, że byli Polakami

0

Polska nie zapomina o tych, którzy zginęli na Wołyniu tylko za to, że byli Polakami. Wszyscy powinni być należycie pochowani i upamiętnieni – napisał prezydent Karol Nawrocki w liście do uczestników uroczystego pogrzebu szczątków ofiar zbrodni wołyńskiej w Ostrówkach na północnym zachodzie Ukrainy.

W niedzielę na starym polskim cmentarzu w Ostrówkach w rejonie Lubomla pochowano szczątki 55 Polaków, ofiar zbrodni wołyńskiej z Ostrówek i Woli Ostrowieckiej. Tragedia tych dwóch, nieistniejących dziś wsi, rozegrała się 30 sierpnia 1943 r. Szczątki ofiar ekshumowano na przełomie lipca i sierpnia.

Niedzielnej pogrzebowej mszy przewodniczył przewodniczący Konferencji Episkopatu Ukrainy, ordynariusz diecezji łuckiej Kościoła rzymskokatolickiego, bp Witalij Skomarowski. Uczestniczyli w niej duchowni ukraińskich kościołów katolickich i prawosławnych.

List od prezydenta Nawrockiego odczytał jego doradca społeczny, prezydent Chełma Jakub Banaszek.

„Nigdy nie zapominamy o tych, którzy skonali w męczarniach tylko dlatego, że byli Polakami. Nie zaprzestaniemy starań o to, aby wszyscy nasi rodacy zgładzeni przez członków OUN-UPA (Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów – Ukraińskiej Powstańczej Armii) zostali należycie pogrzebani i upamiętnieni” – podkreślił prezydent.

Nawrocki pozytywnie ocenił zgodę władz ukraińskich na prowadzenie ekshumacji w kolejnych miejscach na terenie Ukrainy. Uznał także, że „pamięć o barbarzyńskich zbrodniach członków OUN-UPA popełnionych na Polakach jest i musi pozostać częścią powszechnej edukacji dla pokoju”.

„Przestrzegam tych, którzy mienią się kontynuatorami tradycji banderyzmu i haniebnej kolaboracji ukraińskich nacjonalistów z hitlerowską III Rzeszą. Tego rodzaju deklaracje to stawianie się poza wspólnotą obywateli wolnego, cywilizowanego świata. Oraz czytelny znak nieprzyjaźni wobec Polski i Polaków” – oświadczył.

„A tym samym droga ku niesławie, izolacji i upadkowi. Ufam, że wszyscy, którzy dobrze życzą Polsce i Ukrainie, stawiają na ich współpracę i chcą pokrzyżować plany odwiecznego wroga wolności naszego regionu” – zaznaczył Nawrocki.

Ekshumowane szczątki złożono w niedzielę w jednej z dwóch istniejących już mogił zbiorowych, powstałych w wyniku poprzednich ekshumacji w 1992, 2011 oraz 2015 roku. Znajduje się ona na lewo od krzyża, upamiętniającego ofiary zbrodni, który został odsłonięty w 2011 r.

W uroczystościach uczestniczyły rodziny pomordowanych i przedstawiciele władz. Obecni byli m.in.: wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski, ministra kultury i dziedzictwa narodowego Marta Cienkowska i zastępca prezesa Instytutu Pamięci Narodowej dr hab. Karol Polejowski. Stronę ukraińską reprezentował wiceminister kultury Iwan Werbycki.

Wicemarszałek Sejmu Zgorzelski, zwracając się do zgromadzonych podkreślił, że relacje między narodami powinny być budowane w oparciu o prawdę. „Zbrodnię trzeba nazwać ludobójstwem ze szczególnym okrucieństwem. Oczekiwać należy, że zaprzestanie się gloryfikacji oprawców i ciągłych prowokacji” – mówił.

Zaznaczył także, że dziś Polska i Ukraina nie są dla siebie wrogami. „Ukraina nie jest wrogiem Polski, a Polska nie jest wrogiem Ukrainy. Ukraina i Polska mają od wieków jednego, wspólnego wroga. Kiedyś była to Imperialna Rosja, dzisiaj nazywa się Federacja Rosyjska. To jest prawdziwy wróg” – oświadczył Zgorzelski.

Według IPN zagłada Ostrówek i Woli Ostrowieckiej była jednym z najtragiczniejszych epizodów zbrodni wołyńskiej. 30 sierpnia 1943 r. o świcie kureń (ukraiński pododdział) UPA Iwana Kłymczaka „Łysego” oraz sotnia Iwana Zareczniuka „Worona”, przy wsparciu ukraińskich mieszkańców okolicznych wsi, otoczyli obie polskie wsie szczelnym kordonem. Mieszkańców zgromadzono na placach szkolnych pod pretekstem zebrania.

W Ostrówkach mężczyzn zapędzono do szkoły i zabudowań, gdzie w grupach po 10 osób byli mordowani uderzeniami siekier, drewnianymi maczugami i strzałami w tył głowy. Kobiety z dziećmi i starców zamknięto w kościele. Podobny los spotkał mieszkańców Woli Ostrowieckiej – mężczyzn zabijano za stodołą w gospodarstwie Aleksandra Strażyca, a później podpalono budynek ze zgromadzonymi kobietami i dziećmi, wrzucając granaty przez okna.

W ciągu zaledwie kilku godzin Ukraińcy zabili w obu wsiach ok. 1050 osób, w tym setki dzieci i kobiet. Ocalałych uratowało niespodziewane pojawienie się niemieckiego patrolu, który wywołał panikę wśród napastników. Po rzezi wsie splądrowano i spalono, a ciała pomordowanych wrzucano do masowych dołów, studni i rowów. Dziś na miejscu dawnych polskich osad rozciągają się pola i łąki – przypomniał IPN.

 

Z Ostrówek Jarosław Junko (PAP)

Trump zapowiedział, że użyje wenezuelskiej ropy do uzupełnienia rezerw USA

0

Prezydent USA Donald Trump zapowiedział w niedzielę, że jedną z pierwszych rzeczy, które zrobi po objęciu kontroli nad złożami wenezuelskiej ropy będzie uzupełnienie amerykańskiej Strategicznej Rezerwy Naftowej (SPR). Nazwał to „darem” Wenezueli dla USA.

„Jedną z rzeczy, które zamierzam zrobić z wenezuelską ropą, jest uzupełnienie Strategicznych Rezerw Narodowych, które z powodu śpiącego Joe Bidena zostały praktycznie opróżnione” – napisał Trump we wpisie na Truth Social. „Proces uzupełniania zapasów rozpocznie się wkrótce i jest darem Wenezueli dla narodu Stanów Zjednoczonych. Dziękuję!” – dodał.

Jego wypowiedź odnosi się do ogłoszonego w piątek porozumienia, wedle którego Stany Zjednoczone mają objąć większościową kontrolę nad ponad 65 mld baryłkami potwierdzonych rezerw wenezuelskiej ropy naftowej. Według Departamentu Stanu, Wenezuela ma otrzymać w zamian 100 mld dolarów prywatnych inwestycji z USA.

Według „Wall Street Journal”, kontrolę nad wenezuelskimi złożami objąć ma specjalna spółka rządu USA oraz wenezuelskiego operatora, w której USA ma objąć 55 proc. udziałów. Ma to uczynić nowy państwowy podmiot drugą największą spółką naftową pod względem posiadanych złóż po saudyjskim Aramco.

Obydwie poprzednie administracje wypuszczały ropę ze Strategicznej Rezerwy Naftowej na rynek, by ustabilizować światowe ceny ropy naftowej po szokach związanych z wojną w Ukrainie, a ostatnio wojną z Iranem. O ile administracja Bidena częściowo uzupełniła rezerwy, interwencja Trumpa uszczupliła je do poziomu poniżej 300 mln baryłek, najniższego od 1982 r.

Niecodzienna umowa o przejęciu wenezuelskiej ropy wzbudziła falę krytyki, m.in. ze strony Demokratów, ale – jak zaznacza „New York Times” – również części wenezuelskiej opozycji, niezadowolonej z braku demokratycznych zmian w Wenezueli.

„Teraz widzimy, dlaczego Trump najechał Wenezuelę. Odsunął dyktatora Maduro, ale utrzymał jego wiceprezydentkę u władzy, jednocześnie blokując powrót do domu liderki opozycji i laureatki Nagrody Nobla Marii Coriny Machado, a także opóźniając wszelkie rozmowy o wyborach (…) po to, aby Stany Zjednoczone mogły kontrolować wenezuelską ropę, łamiąc jej konstytucję!” – napisał senator Demokratów Tim Kaine.

Dodał, że pewne jest, że umowa wzbogaci ludzi powiązanych z Trumpem. „Wykorzystywanie naszych żołnierzy do prywatnego przejęcia ropy to korupcja na ogromną skalę!” – dodał.

Z Waszyngtonu Oskar Górzyński (PAP)

osk/ mal/

Amerykańscy dowódcy: Dalsze operacje na dużą skalę przeciwko Iranowi osłabią gotowość sił USA

0

Szereg dowódców wojskowych ocenił w dokumencie dla szefa Pentagonu Pete’a Hegsetha, że dalsze operacje na dużą skalę przeciwko Iranowi są nie do utrzymania i osłabią gotowość sił USA do odpowiedzi na inne kryzysy – podał w niedzielę „Washington Post”.

Jak pisze gazeta, takie ostrzeżenie znalazło się w regularnie wydawanym dokumencie Secretary of Defense Orders Book (SDOB), opisującym dostępność sił USA na całym świecie. Z powodu żądania prezydenta Donalda Trumpa, by w wojnie z Iranem mieć dostępne do zachowania „wszelkich możliwych opcji”, od miesięcy ponad 50 tys. wojsk USA jest utrzymywanych w stanie wysokiej gotowości. Dokument z 14 sierpnia rozkazuje przedłużenie tego stanu do końca września dla niektórych sił, a do 2027 r. dla innych.

Sprzeciw wobec dalszego wykorzystywania ich sił do wojny z Iranem zasygnalizowali w dokumencie z 14 sierpnia szefowie dowództw odpowiedzialnych za Europę, Azję i Pacyfik oraz Amerykę Południową, a także dowódca Marynarki Wojennej. Wszyscy jednak zadeklarowali, że mimo to będą dalej wykonywać polecenia.

Według urzędników, na których powołuje się gazeta, dowódcy zdecydowali się zaznaczyć swój sprzeciw z powodu obaw o to, że dalsze utrzymywanie obecnego stanu osłabi zdolności wojska do odpowiedzi na inne kryzysy. Chodzi o zużywanie się sprzętu i zmęczenie wojskowych. Dotyczy to zwłaszcza Marynarki Wojennej, która jest zmuszona utrzymywać m.in. blokadę irańskich portów.

Jak pisze „WP”, dowództwo sił lądowych i sił powietrznych zgodziło się z wolą Hegsetha, aby przedłużyć gotowość swoich wojsk do wojny z Iranem, ale każde z nich podkreśliło, że wiązałoby się to ze znacznym ryzykiem.

Choć zgłaszanie obiekcji dotyczących ryzyka poszczególnych decyzji ze strony dowódców nie jest niczym niezwykłym, to według cytowanego przez dziennik urzędnika krytyczne komentarze zawarte w dokumencie były bardziej dosadne. Najbardziej krytyczny miał być dowódca Marynarki Wojennej adm. Daryl Caudle. Zaznaczył on, że jego siły nie są w stanie podtrzymać obecnego poziomu wsparcia misji w Iranie, bo nie ma perspektyw jej zakończenia. Miał też ocenić, że jedynie ok. 1/4 floty niszczycieli jest gotowa do rozmieszczenia, co według rozmówców gazety stanowi ostry spadek wobec stanu sprzed wojny.

„Ogólnie rzecz biorąc, dowództwo wojskowe stwierdziło, że trwająca już sześć miesięcy operacja w Iranie jest zbyt intensywna i trwa zbyt długo” – podsumował jeden z informatorów gazety.

Na publikację artykułu ostro zareagował Pentagon, oskarżając gazetę o popełnienie przestępstwa.

„Publikowanie ściśle tajnych ocen z książki rozkazów Sekretarza jest przestępstwem. To zdrada sił zbrojnych. A wiele z tego, co publikują, jest nieścisłe” – napisał na X rzecznik resortu Sean Parnell. Zapewnił przy tym, że wojsko jest „w świetnej formie na całym świecie”, a dziennikarze „nienawidzą prezydenta Trumpa i sekretarza Hegsetha bardziej, niż kochają Amerykę”.

Z Waszyngtonu Oskar Górzyński (PAP)

Szaleństwo ukryte w normalności. „Blue Velvet” ma 40 lat

0

40 lat temu, 30 sierpnia 1986 r., na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Montrealu premierę miał „Blue Velvet” w reżyserii Davida Lyncha. „Anomalia”, „szaleństwo ukryte w normalności”, „jedyny w swoim rodzaju”, „obrzydliwy”, „musisz go obejrzeć” – pisali o nim krytycy filmowi.

Akcja filmu dzieje się w Lumberton – niewielkim amerykańskim miasteczku w Karolinie Północnej. Tom Beaumont (Jack Harvey), podlewając swój trawnik, dostaje zawału. W szpitalu odwiedza go syn – Jeffrey (Kyle MacLachlan). Podczas powrotu chłopak znajduje odcięte ludzkie ucho, które jako praworządny obywatel przekazuje detektywowi Williamsowi (George Dickerson). Jego córka Sandy opowiada Jeffreyowi o prowadzonym przez ojca śledztwie. W sprawę zamieszana jest Dorothy Vallens (Isabella Rossellini), tajemnicza piosenkarka z nocnego klubu. Zaintrygowany Jeffrey postanawia przeprowadzić własne śledztwo.

 

„Tajemnice stanowią sedno filmu Davida Lyncha »Blue Velvet« – najbardziej niepokojącego obrazu, jaki kiedykolwiek czerpał inspirację z życia w małym amerykańskim miasteczku” – recenzowała w 1986 r. Sheila Benson. „Szokujący, wizjonerski, zachwycająco opanowany – jego obrazy niewinności oraz mrocznej, bolesnej seksualności wbijają się prosto w naszą podświadomość, gdzie pozostają niczym bomby głębinowe” – oceniła krytyczka w „Los Angeles Times”.

Zdaniem Pauline Kael z „New Yorkera” tematem filmu jest „tajemnica i szaleństwo ukryte w normalności”, a „Blue Velvet” to „anomalia – dzieło genialnego naiwniaka”. „Kiedy wychodzisz z kina po obejrzeniu filmu Davida Lyncha, z całą pewnością wiesz, że widziałeś coś wyjątkowego” – pisała, dodając, że „przesycona erotyzmem atmosfera filmu sprawia, że ogląda się go niemal jak w transie, ale jego humor także stale się przebija”. „Film jest świadomie przesadzony i świadomie zabawny, a te dwa elementy współgrają ze sobą w oryginalny sposób” – czytamy w „New Yorkerze”.

 

Nie każdy jednak odbierał najnowszy film Lyncha tak entuzjastycznie. „To nie jest film dla każdego – podkreślał reżyser. – Niektórzy będą nim naprawdę zachwyceni, ale spotkaliśmy się też z wyjątkowo negatywnymi reakcjami. Mieliśmy przedpremierowy pokaz w Valley, który okazał się katastrofą. Ludzie uznali go za obrzydliwy i chory. I oczywiście taki jest, ale ma też swoją drugą stronę” – wspominał w rozmowie z krytykiem Davidem Chute’em.

Zdaniem Rogera Eberta dzieło Lyncha „przypomina faceta, który doprowadza cię do szału, sugerując przerażające wiadomości, a potem mówi: »Nieważne«”. „W tym filmie Rossellini musi wykonać zadania wymagające prawdziwej odwagi. W jednej ze scen zostaje publicznie upokorzona, gdy zostaje wyrzucona nago na trawnik przed domem detektywa policyjnego. W innych scenach musi odgrywać emocje, których – jak sądzę – większość aktorek wolałaby raczej nie doświadczać. Jest poniżana, policzkowana, upokarzana i rozbierana przed kamerą” – zaznaczył Ebert, podsumowując, że „kiedy prosi się aktorkę, by znosiła takie doświadczenia, należy dotrzymać umowy i obsadzić ją w ważnym filmie”.

„Blue Velvet” to czwarty pełnometrażowy film w dorobku Lyncha. Pierwszym była „Głowa do wycierania” (1977), niskobudżetowy czarno-biały horror nakręcony dzięki wsparciu Amerykańskiego Instytutu Filmowego. Drugi – „Człowiek słoń” (1980) – pokazał, że w Lynchu drzemie nieprzeciętny talent. Obraz otrzymał aż osiem nominacji do Oscara, w tym za reżyserię i najlepszy scenariusz adaptowany – obie dla Lyncha.

Trzecim była głośna i nieoszczędzona przez krytyków „Diuna” (1984), którą sam reżyser uznał za swoją porażkę. „Filmy powinny mieć moc – moc dobra i moc ciemności – żeby dostarczać widzom dreszczyku emocji i wstrząsać ich świadomością” – wyznał w rozmowie z magazynem „Film Comment” Lynch. Takim bez wątpienia jest nakręcony dwa lata później „Blue Velvet”.

„Lynch ma ten najbardziej nieuchwytny z artystycznych darów – zdolność do przenoszenia halucynogennych faktur i nastrojów świata snów na jasno oświetloną arenę fabuły i postaci” – ocenił w 1987 r. na łamach „Vanity Fair” amerykański scenarzysta Stephen Schiff, dodając, że filmy Lyncha to dzieła „typowo amerykańskiego wizjonera, najbardziej pewnego siebie i pomysłowego stylisty filmowego, jakiego ten kraj wydał od czasów Martina Scorsese”.

W podobnym tonie wypowiedziała się Janet Maslin z „York Timesa”. „Inni reżyserzy długo i ciężko pracują, by osiągnąć tę gorączkową perwersję, która tak naturalnie przychodzi Davidowi Lynchowi. Jego film »Blue Velvet« natychmiast stał się klasykiem” – napisała po amerykańskiej premierze krytyczka, podkreślając, że co prawda „perwersja jest jego główną cechą, ale »Blue Velvet« ma też beznamiętny humor i szczerość, która sprawia, że jego ekscentryczność jest jeszcze bardziej szalona”. „Jest jedyny w swoim rodzaju” – podsumowała w „New York Timesie” Maslin.

„»Blue Velvet« to niezwykła podróż w głąb umysłu Davida Lyncha, ale na tym się kończy – jest to raczej zbiór obrazów niż ich nagromadzenie. Lynch ma umysł na miarę Felliniego, ale jego wyobraźnia wyprzedza umiejętności. Po chaotycznej »Diunie« film ten pozwala Lynchowi wrócić na teren, który jest wyłącznie jego” – zauważył w „The Washington Post” scenarzysta Paul Attanasio.

Światowa premiera filmu odbyła się 30 sierpnia 1986 r. podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Montrealu. Wcześniej „Blue Velvet” prezentowano podczas pokazów w Stanach Zjednoczonych, gdzie do kin – choć w ograniczonej dystrybucji – trafił 19 września. Od samego początku wywołując skrajne reakcje. „Lubię warstwy, gdy wewnątrz jednej rzeczy można odnaleźć inną. Jak w »Człowieku słoniu«. Była tam zewnętrzna warstwa i była wewnętrzna, zupełnie inna. »Blue Velvet« też jest taki. Pokazuje piękną powierzchnię, ale gdy zajrzeć pod spód, robi się dziwniej i dziwniej” – tłumaczył po premierze Lynch. „Klimat jest dla mnie superważny, bo w nim się zawiera poczucie miejsca, zapachu i w ogóle całe odczucie filmu, więc musi być dokładnie jak trzeba. Dopiero wtedy film staje się realny” – zaznaczył.

Obraz przyniósł reżyserowi kolejną nominację do Oscara, został jednak odrzucony przez dyrektora festiwalu w Wenecji. „Z jednej strony Lynch stara się szokować, z drugiej nie obawia się dosłowności, która może wydać się naiwna, gdyby nie wynikała tak harmonijnie z tonacji całego filmu. (…) W gruncie rzeczy reżyser rzuca widzowi wciąż na nowo wyzwanie, każąc zapomnieć o nawyku wciąż metaforycznego odczytywania filmu. A jest to tym trudniejsze, że dosłowność nie oznacza bynajmniej jednoznaczności” – ocenił na łamach „Filmu” Andrzej Kołodyński.

„Film jest inteligentny i przemyślany, funkcjonuje zarówno na poziomie absolutnej rzeczywistości, jak i kompletnego koszmaru – recenzował w „Guardianie” angielski krytyk Derek Malcolm. – Myślę jednak, że jego prawdziwe znaczenie nie leży w żadnym ogólnym komentarzu, ale w serii konkretnych spostrzeżeń dotyczących naszych obaw o to, kim moglibyśmy się stać, gdyby znane nam ograniczenia zniknęły” – dodaje krytyk. „Niezależnie od wszystkiego musisz go obejrzeć” – podsumował Malcolm.

Pomimo upływu lat film Lyncha wciąż jest przypominany i nadal potrafi elektryzować. „Erotyczny, neurotyczny, euforyczny, a przy tym zawsze niewypowiedzianie pokręcony i dziwaczny – film »Blue Velvet« to obraz w pełni oddający klimat lat 80., oparty na schemacie noir z lat 40. – zagadkowa i niepowtarzalna mozaika stylów i skojarzeń. Z onirycznej, niepokojąco intensywnej wizji Ameryki z białymi płotkami wyłania się makabryczny dramat” – ocenił z okazji 30-lecia premiery filmu Peter Bradshaw z „Guardiana”.

„Moje myślenie bierze się raczej z inspiracji miejscami, które kiedyś odwiedziłem, i ludźmi, których kiedyś spotkałem. A czasami przychodzą mi do głowy pomysły i w ogóle nie wiem, skąd się one biorą. Siedzę sobie na krześle i pomysły same wpadają mi do głowy. I często nie są nawet z niczym powiązane. To bardzo przypomina chodzenie z wędką na ryby. Wyciągasz jakąś rybę i nie ma znaczenia, czy się podoba, czy nie – taka ci się trafiła, taką złowiłeś, i tak właśnie jest z moimi pomysłami” – opowiadał w 1986 r. Lynch.

„Blue Velvet” uznawane jest – obok „Mulholland Drive” (2001) i serialu „Miasteczko Twin Peaks” (1990–1991) – za jedno z najważniejszych dzieł w dorobku zmarłego w 2025 r. reżysera. „Tworzył formy, które wydawały się na samej krawędzi rozpadu, ale jakimś cudem nigdy się nie rozpadały. Przenosił na ekran obrazy całkowicie odmienne od wszystkiego, co ktokolwiek inny kiedykolwiek widział – czynił wszystko dziwnym, niesamowitym, odkrywczym i nowym. I był absolutnie bezkompromisowy, od początku do końca” – powiedział po śmierci Lyncha Scorsese.

 

Mateusz Wyderka (PAP)

Naukowiec: Miedze znikają z polskiego krajobrazu; warto je chronić

0

Wąskie, ciągnące się pasami pola, oddzielone miedzami i polnymi drogami, tworzą charakterystyczny krajobraz dużej części Polski. Są też ostoją bioróżnorodności oraz śladem dawnych tradycji. Dziś ten krajobraz zanika wskutek scalania gruntów i intensyfikacji rolnictwa – zwraca uwagę prof. Andrzej Wuczyński.

Naukowiec z Instytutu Ochrony Przyrody PAN przekonuje, że warto ten krajobraz chronić – zarówno ze względu na walory przyrodnicze, jak i znaczenie kulturowe.

W najnowszej publikacji, która ukazała się w czasopiśmie „Landscape Ecology”, dr hab. inż. Andrzej Wuczyński, prof. IOP PAN, zaprezentował interdyscyplinarną charakterystykę miedz oraz możliwości wykorzystania ich biokulturowego znaczenia dla ochrony unikalnego krajobrazu Polski. Jak wyjaśnił w rozmowie z PAP, układ długich, wąskich działek rolnych, biegnących równolegle obok siebie i oddzielonych pasami nieuprawianej ziemi bywa określany nazwą pól wstęgowych.

– Krajobraz ten powstawał przez pokolenia wraz z dzieleniem ziemi między kolejnych spadkobierców, z czasem został uświęcony tradycją i sposobami gospodarowania. Przetrwał nawet okres powojennej kolektywizacji, wyróżniając Polskę spośród innych państw postkomunistycznych. Dziś tworzy unikalny, mozaikowy i niezwykle malowniczy system ekstensywnego rolnictwa, zajmujący ogromne przestrzenie, zwłaszcza we wschodniej i środkowej części Polski – powiedział.

Liniami oddzielającymi wąskie pola są tzw. pasma śródpolne. Mogą być to miedze, rowy, polne drogi, skarpy, tarasy czy szpalery drzew. Choć zajmują niewielką powierzchnię, ich znaczenie przyrodnicze i krajobrazotwórcze jest bardzo duże.

Zespół prof. Wuczyńskiego przebadał na Dolnym Śląsku 70 półkilometrowych odcinków takich pasm, wykazując ich duże zróżnicowanie strukturalne oraz bogactwo flory i fauny (roślin, mszaków, ptaków, owadów). Naukowcy ustalili, że w intensywnie użytkowanym krajobrazie rolniczym pasma bywają najważniejszymi ostojami roślin i zwierząt, w tym tych objętych ochroną. Pełnią funkcję banków nasion, barier lub korytarzy ekologicznych, miejsc rozrodu, żerowania i schronienia, m.in. ptaków, bezkręgowców, nietoperzy.

– Ich znaczenie wynika właśnie z tego, że różnią się od otaczających upraw. Przyroda bardzo chętnie zagospodarowuje sobie takie strefy – wytłumaczył prof. Wuczyński.

Historycznie najważniejszymi strukturami śródpolnymi były miedze, które oprócz znaczenia przyrodniczego mają jeszcze inne funkcje. Przez stulecia wyznaczały nienaruszalne granice własności, traktowano je też jako miejsca o szczególnej duchowości, z którą wiązał się system zakazów, nakazów, obrzędów i wierzeń.

Np. w dawnych czasach przesuwanie granic traktowano jako grzech przeciwko Bogu i ludziom. Spory graniczne ciągnęły się przez pokolenia, bywały dziedziczną klątwą, a nierzadko były krwawo rozstrzygane. W zachodniej Polsce w XV w. powołano nawet specjalny sąd, który zajmował się wyłącznie sprawami o granice dóbr szlacheckich i funkcjonował aż do rozbiorów.

Graniczne usytuowanie miedzy sprawiało, że w tradycji ludowej była przez ludzi religijnych traktowana jako magiczny, nieprzekraczalny i święty fragment przestrzeni. Z tego powodu miedze były miejscami pochówków specjalnej kategorii ludzi: nieślubnych dzieci i samobójców, a także typowym obszarem przebywania dusz pokutujących.

– Bogate wątki wierzeniowe opisują miedze jako siedlisko i obszar działania rozmaitych istot nadprzyrodzonych, np. demona polnego znanego jako południca. Zjawy te miały ludzi straszyć i napastować, przyprawiać o choroby, zamieniać lub porywać dzieci pozostawiane na miedzach. Wierzono więc, że kobiety krótko po porodzie nie powinny przekraczać miedz, że nie wolno kłaść tam niemowląt ani rozpalać ognisk – wymienił naukowiec.

Z czasem siła tych wierzeń osłabła, ale duchowy wymiar miedz nie zniknął całkowicie. Część ich symbolicznego znaczenia przejęły praktyki religijne. – To dlatego przy granicach pól i polnych drogach do dziś stawiane są kapliczki i krzyże, a teren wokół tych obiektów jest przez miejscową ludność pielęgnowany i traktowany z szacunkiem – zauważył prof. Wuczyński.

Przytoczył też zapomnianą wypowiedź Melchiora Wańkowicza o szczególnej pozycji miedzy w polskiej kulturze. Pisarz wskazał pięć „świętych M” tworzących symbole polskości: Matka Boska, Mickiewicz, Moniuszko, Matejko i miedza.

– Zaliczenie miedz do największych świętości Polaków nakłada szczególną powinność ich ochrony – podkreślił ekolog. Dlatego w swojej publikacji postuluje, aby krajobraz pól wstęgowych postrzegać jako część polskiego i europejskiego dziedzictwa kulturowego i krajobrazowego.

– W Europie istnieją pewne charakterystyczne krajobrazy znaczone siecią struktur liniowych, posiadające własne nazwy, a często też status ochronny, np. krajobrazy żywopłotowe w Anglii, Francji czy Czechach. My także mamy swój charakterystyczny i uświęcony tradycją krajobraz, ale go nie cenimy i nawet nie potrafimy nazwać. Odkurzone tu określenie „krajobraz pól wstęgowych” jest nieznane i niezakorzenione w oficjalnej terminologii – powiedział badacz.

Obecnie krajobraz ten szybko zanika. Główną przyczyną są względy ekonomiczne: gospodarowanie na niewielkich działkach jest nieopłacalne, a współczesne maszyny rolnicze wymagają dużych, otwartych i jednolitych powierzchni. Grunty są więc scalane, a drobnołanową mozaikę różnych upraw zastępują rozległe pola obsiane tymi samymi gatunkami roślin.

Wraz z granicami pól znikają szpalery drzew, krzewy, przydrożne skarpy i inne niewielkie elementy różnicujące krajobraz i kluczowe dla bioróżnorodności.

Proces nie dotyczy wyłącznie Polski. Pod koniec XX w. setki tysięcy kilometrów liniowych elementów krajobrazu usunięto m.in. we Francji, Finlandii i Wlk. Brytanii.

Naukowiec uważa jednak, że ochrona krajobrazu pól wstęgowych jest w Polsce możliwa, wymaga jednak motywacji wykraczających poza względy ekonomiczne.

Jego główną propozycją jest sięgnięcie po koncepcję „świętych miejsc przyrodniczych” (ang. Sacred Natural Sites). – Chodzi o obszary zachowywane przede wszystkim dlatego, że określona społeczność przypisuje im szczególne znaczenie kulturowe lub duchowe. Ochrona przyrody jest w takim przypadku efektem pielęgnowania wartości ważnych dla miejscowej ludności – wyjaśnił.

Jak dodał, początkowo do takich miejsc zaliczano święte gaje, źródła czy pojedyncze drzewa i skały. Z czasem koncepcję rozszerzono na całe rzeki, góry i krajobrazy. Znalazła też miejsce we współczesnych międzynarodowych systemach ochrony przyrody.

– „Święte miejsca przyrodnicze” stanowią najstarszą formę ochrony przyrody w historii ludzkości, choć dopiero w ostatnich dwóch dekadach zyskały znaczenie jako globalna koncepcja konserwatorska. Jej wymiar religijny może mieć szczególne znaczenie w Polsce – kraju o mocno zakorzenionym katolicyzmie – powiedział naukowiec.

Równocześnie zaznaczył, że ochrona pól wstęgowych nie może sprowadzać się do próby zatrzymania współczesnego rolnictwa ani do przekształcenia wsi w skanseny. Nie wystarczy również samo przekonywanie, iż na miedzach żyją rzadkie rośliny czy zwierzęta. Pola nadal muszą być użytkowane, a ich właściciele muszą mieć możliwość utrzymania się z gospodarowania.

Takie założenia leżą też u podstaw innych mechanizmów polityki konserwatorskiej, nieobecnych w Polsce. Przykładem jest program ONZ ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) o nazwie „Globally Important Agricultural Heritage Systems” (GIAHS). Został stworzony z myślą o ochronie tradycyjnych systemów rolniczych wraz z ich bioróżnorodnością, praktykami gospodarowania i wartościami kulturowymi.

Innym użytecznym rozwiązaniem mogą być tzw. OECMs (ang. Other Effective Area-Based Conservation Measures), czyli pomocnicze formy ochrony obszarowej. Ochrona przyrody nie jest tam podstawowym celem, ale sposób zarządzania nimi zapewnia długoterminową ochronę bioróżnorodności.

Zdaniem prof. Wuczyńskiego polskie pola wstęgowe są dobrym kandydatem do zastosowania tego typu rozwiązań, ponieważ łączą bogactwo przyrodnicze ze śladami tradycji i wielopokoleniowego gospodarowania. – Należy przy tym mieć świadomość, że ich wdrożenie jest niełatwe, wymaga dostosowania rozwiązań do polskich warunków, zmian prawnych, a także współpracy głównych uczestników: społeczności wiejskich, administracji, instytucji religijnych, naukowych i innych – podkreślił.

W jego opinii w Polsce część tych założeń można realizować z pomocą parków krajobrazowych. – Ich granice mogłyby obejmować w większym niż obecnie stopniu także tradycyjne krajobrazy rolnicze. Atutem parków jest też sprawność organizacyjna, rozbudowana działalność edukacyjna i bezpośredni kontakt ze społecznościami lokalnymi – zauważył.

– Najważniejsza zmiana musiałaby jednak nastąpić wcześniej w świadomości Polaków. Trzeba najpierw dostrzec i docenić wartość otaczającego krajobrazu. Zauważyć, że wąskie pasy pól i biegnące pomiędzy nimi miedze są czymś więcej niż nieefektywnym reliktem dawnego rolnictwa – podsumował.

Katarzyna Czechowicz (PAP)

Działająca na superkomputerach symulacja ASTRID zbadała 13,5 miliarda lat historii Wszechświata

0

Na superkomputerach trwają obliczenia ewolucji galaktyk i czarnych dziur. Uniwersytet Teksański w Austin (USA) informuje, że symulacja o nazwie ASTRID dotarła z obliczeniami zaczynającymi się 13,5 miliarda lat temu do współczesnych czasów Wszechświata.

Do badań kosmosu astronomowie używają teleskopów, ale także i superkomputerów. Dzięki tym drugim można wywnioskować i zrozumieć, co oznaczają dane zebrane przez Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba czy inne wielkie obserwatoria.

Jedną z największych kosmologicznych symulacji hydrodynamicznych jest ASTRID. Śledzi ona ewolucję Wszechświata od najdawniejszych początków do chwili obecnej.

„Najważniejsza informacja z naszych najnowszych badań jest następująca: wyewoluowaliśmy symulację ASTRID do z = 0 i mamy dostępne dane” – skomentowała Yihao Zhou, doktorantka w Carnegie Mellon University’s (CMU), pierwsza autorka publikacji, która ukazała się w „The Astrophysical Journal”.

Litera z oznacza przesunięcie ku czerwieni, czyli miarę wydłużenia światła (fal elektromagnetycznych) podróżującego przez kosmos. Gdy odbieramy światło przez teleskop, jego długość jest inna niż w momencie emisji przez obiekt. Wynika to m.in. z rozszerzania się Wszechświata i pozwala na określanie odległości w badaniach kosmologicznych. Im większa wartość z, tym dalej jest od nas obiekt i tym wcześniejszy okres istnienia Wszechświata widzimy.

Chwila obecna to z = 0. Symulację ASTRID rozpoczęto dla z = 99, co odpowiada 13,5 miliarda lat wstecz historii Wszechświata. Symulacja badała wzrost czarnych dziur od czasów, gdy powstawały, do chwili obecnej. Analizowano także ewolucję galaktyk.

Obliczeń dokonywano na superkomputerze Frontera w Texas Advanced Computing Center (TACC). Symulacja modelowała 166 miliardów komórek w objętości kosmosu mierzącej 815 milionów lat świetlnych. Uwzględniała złożone interakcje fizyczne, w tym grawitację i hydrodynamikę, dla każdego kroku czasowego. Również dane wejściowe i wyjściowe były obliczeniowo wymagające – każda migawka z symulacji zajmuje 30 terabajtów.

W najnowszej publikacji opisano rezultaty dla z = 0. W szczególności funkcja mas czarnych dziur pasuje do danych obserwacyjnych dla czarnych dziur o masach większych niż 10 milionów mas Słońca, a dla mniej masywnych występuje nadwyżka takich obiektów w stosunku do obserwacji. Symulacja poprawnie odwzorowała wspólną ewolucję masywnych czarnych dziur i galaktyk macierzystych. Dobra jest również zgodność funkcji masy gwiazdowej galaktyk.

Symulacja będzie pomocna przy różnych badaniach Wszechświata, w tym przy interpretowaniu obserwacji przez Teleskop Webba obiektów z wczesnych etapów jego ewolucji. Umożliwia też m.in. przewidywanie fal grawitacyjnych (w jakich środowiskach znajdują się źródła tych fal najbardziej prawdopodobne do wykrycia) i będzie przydatnym narzędziem do planowania przyszłych detektorów fal grawitacyjnych.

Naukowcy planują dalsze obliczenia na nowym superkomputerze Horizon, który powinien zacząć działanie jeszcze w tym roku. Dotychczasowa symulacja działała tylko z wykorzystaniem procesorów CPU. Nowy model będzie korzystał też z procesorów graficznych (GPU).

Superkomputer Frontera ma blisko 450 tysięcy rdzeni i teoretyczną szczytową moc obliczeniową 38,75 PF, a stabilnie osiąga 23,52 PF. Są to wyniki porównywalne do najszybszego superkomputera działającego w Polsce (Helios). Rezultat ten plasuje superkomputer Frontera pod koniec pierwszej setki superkomputerów na świecie, na liście prowadzonej przez Top500.org. Nowy superkomputer Horizon ma mieć 360 PF, czyli będzie około dziesięciokrotnie szybszy. We wspomnianym rankingu dałoby mu to miejsce w drugiej dziesiątce. (PAP)

Szef CIA zaproponował w Moskwie spotkanie Trump-Zełenski-Putin

0

Szef CIA John Ratcliffe podczas nieoczekiwanej wizyty w Moskwie zaproponował rosyjskim władzom zorganizowanie trójstronnego spotkania z udziałem przywódców USA, Ukrainy i Rosji: Donalda Trumpa, Wołodymyra Zełenskiego i Wladimira Putina – poinformował w niedzielę portal Axios.

„Podobne propozycje pojawiały się już wcześniej, ale były odrzucane przez stronę rosyjską” – przypomniał amerykański portal, powołując się na dwa źródła zaznajomione ze sprawą. Nie jest jasne, jaka była reakcja Moskwy na pomysł przedstawiony przez szefa CIA.

Jak zauważył Axios, Ratcliffe po raz pierwszy został zaangażowany w działania dyplomatyczne mające na celu zakończenie wojny Rosji przeciwko Ukrainie.

Szef CIA zjawił się we wtorek z niespodziewaną wizytą w Moskwie, gdzie rozmawiał z szefem Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji (SWR) Siergiejem Naryszkinem i szefem Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandrem Bortnikowem. O treści rozmów została poinformowana strona ukraińska – przekazał w piątek prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski.

Negocjacje pokojowe w formacie trójstronnym, w których stronę amerykańską reprezentowali najczęściej wysłannicy prezydenta USA Steve Witkoff i Jared Kushner zostały wstrzymane w połowie lutego w związku z napięciem na Bliskim Wschodzie i późniejszym wybuchem wojny USA i Izraela z Iranem.(PAP)

mad/ akl/

Ostatni moment na tańsze paliwo. Z końcem września koniec CPN

0

Niższe ceny paliw w ramach pakietu Ceny Paliwa Niżej będą obowiązywać do końca sierpnia, bo na tyle pozwoliło finansowanie z budżetu – poinformował w sobotę minister energii Miłosz Motyka. Dodał, że rząd nie przewiduje przedłużenia tego pakietu.

Minister Miłosz Motyka, który był w sobotę gościem Campusu Polska Przyszłości w Olsztynie, był pytany przez PAP o kontynuację programu Ceny Paliwa Niżej (CPN).

– Zaplanowaliśmy program CPN do końca sierpnia, na tyle pozwoliło nam finansowanie z budżetu. Program działałby dalej, gdybyśmy mieli podpisaną, a nie odesłaną do Trybunału Konstytucyjnego ustawę o ponadnormatywnych, nadzwyczajnych zyskach koncernów naftowych. To było działanie polityczne pana prezydenta. Prezydent zablokował finansowanie pakietu CPN na kolejne tygodnie i miesiące – powiedział minister energii. I dodał: „z tego tytułu i z powodu napiętego budżetu, czyli wydatków na obronność, infrastrukturę, edukację zdrowie czy pomoc społeczną nie przewidujemy przedłużenia tego pakietu”.

Prezydent Karol Nawrocki w lipcu skierował do Trybunału Konstytucyjnego (TK) w trybie kontroli prewencyjnej ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych. Przewidziana w ustawie nowa danina, tzw. windfall tax, miała obciążyć producentów i importerów paliw, którzy osiągnęli ponadprzeciętne dochody w wyniku destabilizacji rynków energii po wybuchu konfliktu na Bliskim Wschodzie. W ocenie prezydenta przepisy ustawy łamią zasadę, zgodnie z którą prawo nie działa wstecz.

Szef ME wskazał w sobotę, że „gdyby pan prezydent zmienił zdanie i podpisał ustawę, to niewykluczone, że pakiet działaby dalej”.

Motyka podkreślił jednocześnie, że ostatnie dwa tygodnie pakietu CPN kosztowały budżet państwa pół miliarda złotych, a cały pakiet – około 5 mld zł. – To były wydatki nieplanowane, bo były w trakcie roku i są wysiłkiem dla budżetu, na który się wszyscy składamy. Szkoda, że pan prezydent wolał stanąć po stronie koncernów naftowych. Od 1 wrześnie obowiązują ceny Karola Nawrockiego na stacjach benzynowych – powiedział szef ME.

Poniedziałek 31 sierpnia ma być ostatnim dniem obowiązywania pakietu CPN, czyli niższej, 8-proc. stawki VAT i maksymalnych ceny benzyny i oleju napędowego. Od 1 września nastąpi przywrócenie 23-proc. stawki VAT, co automatycznie spowoduje podwyżki cen paliw objęte pakietem w sprzedaży detalicznej. Analitycy rynku spodziewają się podwyżek cen benzyn i oleju napędowego o 60-90 groszy na litrze.

Pierwsza odsłona pakietu CPN wprowadzona była pod koniec marca br. Był on odpowiedzią na gwałtownie rosnące ceny ropy w związku z konfliktem USA i Izraela z Iranem, który wybuchł 28 lutego. CPN obowiązywał do końca czerwca i obejmował przepisy, na mocy których stosowana była obniżona stawka VAT na benzynę i olej napędowy – oraz ustalana była cena maksymalna tych paliw na stacjach benzynowych. W ramach pakietu wprowadzono też czasową obniżkę akcyzy na paliwa, która obowiązywała do połowy czerwca.

Ponownie pakiet zaczął obowiązywać 17 sierpnia. Cena maksymalna była ustalana według określonej formuły, obejmującej średnią cenę hurtową paliw na rynku krajowym, powiększoną o akcyzę, opłatę paliwową, marżę sprzedażową w wysokości 0,30 zł za litr oraz podatek VAT. Sprzedaż powyżej ceny maksymalnej jest zagrożona karą do 1 mln zł.

Na początku sierpnia minister energii mówił, że jest zwolennikiem tego, by ponownie pracować nad projektem ustawy dot. podatku od nadmiarowych zysków koncernów paliwowych. Motyka ocenił wówczas, że decyzja prezydenta w tej sprawie to był „totalny odjazd”. – Jak można było stanąć po stronie koncernów, kiedy nawet jego (prezydenta Nawrockiego – PAP) idol polityczny, Donald Trump, mówi, że to koncerny w takiej sytuacji nadmiarowe zyski generują i powinny się zyskami właśnie tymi podzielić – wskazywał. Dopytywany o to, czy jego zdaniem prezydent Nawrocki odsyłając ustawę do TK „uległ lobbingowi”, Motyka odpowiedział: „Wiele na to wskazuje. Tak, w tej sprawie uległ lobbingowi koncernów, niekoniecznie polskich”.

Wpływy z nowej daniny miały częściowo zrekompensować stratę dochodów budżetowych, która powstała w wyniku obniżenia stawki podatku VAT na paliwa do 8 proc. oraz redukcji akcyzy do minimalnych poziomów unijnych, w ramach pakietu osłonowego Ceny Paliwa Niżej. Skierowana do TK ustawa zakłada, że producenci i sprzedawcy paliw ciekłych zapłacą łącznie 4 mld zł podatku od nadzwyczajnych zysków osiągniętych w okresie podwyższonych cen paliw z czego 3,8 mld zł w tym roku, a resztę – w 2027 r.

Resort finansów informował, że dotychczasowy koszt programu CPN wyniósł ok. 4,7 mld zł. Wznowienie na ostatnie dwa tygodnie sierpnia obniżki VAT na paliwa będzie kosztować budżet państwa, według szacunku MF, 495 mln zł. (PAP)

Czarzasty na Campusie Polska: Ani kroku wstecz przed polską prawicą!

0

Marszałek Sejmu i lider Lewicy Włodzimierz Czarzasty apelował do uczestników Campus Polska, by nie przestawali krytycznie myśleć i nie kapitulowali przed polską prawicą. Najważniejsza jest wolność, niech każdy żyje, jak chce, ale błagam, obudźcie się i ani kroku wstecz przed prawicą – mówił.

Włodzimierz Czarzasty podczas Campusu Polska przekonywał, że ludzie, którzy głosowali na Koalicję 15 października, nie powinni tracić nadziei na zwycięstwo w kolejnych wyborach i nie powinni poddawać się narracji polskiej prawicy, która posługuje się kłamstwami, manipulacją i szczuje na innych.

– Skąd się bierze ta nienawiść? Czy my pozwolimy, żeby autorytety takie jak Turski czy Traczyk-Stawska zamienić na Bąkiewicza, Mateckiego i Czarnka? Obudźcie się wszyscy! Wszyscy się obudźmy! – mówił Czarzasty. W innej wypowiedzi lider Lewicy dopytywał, jak to się stało, że ludzie, którzy po wybuchu wojny na Ukrainie przyjęli milion uchodźców, w tym dzieci, dziś na te dzieci plują.

– My jako koalicja dostaliśmy ponad 11 mln głosów. To jest więcej, niż dostał Nawrocki. Dlatego mówię do tej koalicji: podnieście do cholery głowy! Zwycięstwo jest przed wami! Ludzie chcą od nas skuteczności, uczciwości, realizacji tego, o czym mówiliśmy. I musimy to zrobić! Za to, co zrobiliśmy źle, przepraszam, drugi raz chcę przeprosić za to, czego nie zrobiliśmy. Chcę was prosić jeszcze raz o to, żebyście nam dali szansę, żeby za rok wygrać wybory i zrobić porządek z upiorami przeszłości i upiorami braku wolności w Polsce – mówił Czarzasty i sugerował liderom partii, by mieli w swych szeregach ludzi młodych i starszych, by była ciągłość wartości i myślenia, by wspierać się pokoleniowo.

Kwestiami, które – jak mówił – Lewica chce dowieźć, są kwestie społeczności LGBT. – Już 85 par dokonało transkrypcji aktów zawartych za granicą – podał i przekonywał, że to Lewica pilnowała tej sprawy. Kolejną kwestią, jak przyznawał, jest świeckie państwo.

– Nie może być tak, że pedofil nauczyciel idzie do więzienia, a pedofil ksiądz idzie do innej parafii – mówił Czarzasty i dodawał, że w środowiskach lokalnych rolę liderów powinni pełnić nie księża, ale sołtysi. – Jak będę miał 60 posłów, to nie podpiszę koalicji, która nie będzie realizowała idei świeckiego państwa – mówił marszałek Sejmu.

Czarzasty wiele razy prosił uczestników Campusu, by nie cofali się ani o krok przed prawicą. Jednocześnie też apelował do członków Koalicji 15 października, by się do prawicy nie podlizywali. – Nie ma prawa nasza koalicja zgadzać się na to, żeby z edukacji zdrowotnej wykreślić naukę o seksie. To nie jest wina Barbary Nowackiej, że tę naukę wykreślono, ale to wina sposobu myślenia. Niektórym się wydaje, że jak się podliżemy prawicy, to ona to uzna. Nie! Tak nie będzie! My siadamy do szachów z biblioteką za plecami, a po drugiej stronie siedzą ludzie z kijami bejsbolowymi – mówił Czarzasty.

Marszałek Sejmu zaapelował, by nie kierować się relatywizmem. – Żadnego relatywizmu. Dobro znaczy dobro, zło znaczy zło. To ważna sprawa dla wszystkich, a szczególnie dla młodego pokolenia – mówił.

– Ameryka jest wielkim państwem. Prezydent Stanów Zjednoczonych jest prezydentem największego państwa. Ameryka to jest NATO, Ameryka to jest bezpieczeństwo. Ale nigdy się nie zgodzę na głupotę, w ten sposób formułowaną, żeby przed kimkolwiek klęczeć. Trump nie zasługuje na Pokojową Nagrodę Nobla – powiedział.

Czarzasty dodał, że „wszystkim tym, którzy jeżdżą (do Ameryki – PAP), by (Trump – PAP) ich pogłaskał”, mówi, żeby się zastanowili.

Wiele miejsca w wystąpieniu na Campusie Polska Czarzasty poświęcił relacjom z Ukrainą. Zaczął od tego, że prezydent Zełenski źle zrobił ws. nadania jednostce wojskowej imienia UPA. Wskazał jednak, że Ukraińcy wypracowują ok. 3 proc. polskiego PKB, płacą 13 mld zł na ZUS i 3,8 mld zł na NFZ, a wymiana handlowa Polski z Ukrainą wynosi 27 mld zł na plus dla Polski.

– Ukraińcy to są ludzie, którzy świadczą usługi w każdym miejscu, w którym są. To oni opiekują się naszymi rodzicami, dziadkami, to jest całą nasza budowlanka. Pytam się Mentzena, Brauna, Nawrockiego: skąd weźmiecie pracowników? Ukraińcy to ludzie o podobnej do naszej kulturze, wierzący, z podobnym jak my poglądem na świat – mówił Czarzasty.

Gdy jedno z pytań zadała Ukrainka, Czarzasty podziękował jej za obecność na spotkaniu i zaapelował do liderów polskiej prawicy, by popatrzyli na tę kobietę i zobaczyli, że jest taka sama, jak my. – Kocham panią – powiedział marszałek do uczestniczki Campusu.

Czarzasty wielokrotnie apelował do uczestników spotkania o krytyczne myślenie. – Niektórzy mówią, że zbieranie opakowań to hańba. Ludzie się hańbią, bo zbierają butelki. Czy myśmy rozum stracili? Widzicie dziś po lasach czy w wodzie butelki? Tu chodzi o klimat, o ochronę środowiska – mówił Czarzasty i prosił, by młodzi ludzie nie rezygnowali z walki o klimat, bo to właśnie zmiany klimatyczne zmuszają ludzi do migracji, do poszukiwania lepszych miejsc do życia.

Czarzasty odniósł się też do wet prezydenckich. – Te weta krzywdzą ludzi. Ci ludzie się kiedyś o siebie upomną – powiedział. (PAP)

W niedzielę ma zostać wyniesiony w kosmos Teleskop Nancy Grace Roman. Możliwe nawet 100 tys. planet pozasłonecznych do odkrycia

0

W niedzielę, z Centrum Kosmicznego im. Johna F. Kennedy’ego na Florydzie (USA), ma zostać wyniesiony w kosmos Teleskop Nancy Grace Roman. NASA spodziewa się, że może on doprowadzić do odkrycia nawet 100 tys. planet pozasłonecznych.

Planowana godzina startu rakiety Falcon Heavy, która ma wynieść teleskop, to 13.26 (czasu środkowoeuropejskiego). Gdyby start nie był możliwy w niedzielę, może odbyć się w poniedziałek o godz. 13.22.

Naukowcy spodziewają się, że dzięki teleskopowi może dojść do odkrycia nawet 100 tys. planet. Dla porównania obecnie potwierdzonych jest około 6,3 tys. egzoplanet. Większość z nich znajduje się w promieniu kilku tysięcy kilometrów od Układu Słonecznego.

Kluczowe przeglądy nieba, które przeprowadzi Teleskop Nancy Roman, „spojrzą” poprzez zgrubienie galaktyczne, centralną część Drogi Mlecznej, gdzie gwiazdy rozmieszczone są znacznie gęściej, niż w naszych peryferyjnych rejonach.

Teleskop będzie monitorował wąski przekrój przez galaktykę, poszukując zmian w jasności gwiazd. Przyczyny takich zmian mogą być różne; są wśród nich m.in. tranzyty (przejścia) planet przed gwiazdami, minimalnie zmniejszające blask gwiazdy, czy chwilowe pojaśnienia spowodowane mikrosoczewkowaniem grawitacyjnym.

Pierwszy ze wspomnianych mechanizmów (tranzyty) pozwala na masowe odkrywanie planet. Najlepiej działa dla dużych, gorących planet, ponieważ blokują one większy ułamek światła gwiazdy. W ten sposób naukowcy znajdą być może nawet 100 tys. planet.

Z kolei mikrosoczewkowanie jest skuteczniejsze dla planet na rozległych orbitach, na przykład takich, jakie znamy z Układu Słonecznego, gdyż łatwiej wtedy odseparować grawitacyjny efekt planety od grawitacyjnego efektu gwiazdy. Metodą mikrosoczewkowania można odkrywać planety o wielkości nawet Ziemi czy Marsa, które są trudne do znalezienia innymi metodami. Szacunki mówią o możliwości odkrycia 1000 planet metodą mikrosoczewkowania.

Kosmiczny Teleskop Nancy Grace Roman będzie skupiać się w szczególności na badaniach planet oraz ciemnej energii. Główne zwierciadło będzie mieć średnicę 2,4 m (czyli tyle samo co zwierciadło Teleskopu Hubble’a).

Głównymi międzynarodowymi partnerami NASA w tym projekcie są Europejska Agencja Kosmiczna (ESA), której członkiem jest Polska, japońska agencja kosmiczna JAXA, Francuska Agencja Kosmiczna (CNES) oraz niemiecki Instytut Maxa Plancka ds. Astronomii (MPIA). (PAP)

 

bar/ mal/

Premier Słowacji Robert Fico: Nie można demonizować Rosji i wypychać jej z Europy

0

Nie można demonizować Rosji i wypychać jej z Europy – oświadczył premier Słowacji Robert Fico w sobotę podczas uroczystości w Bańskiej Bystrzycy w 82. rocznicę wybuchu Słowackiego Powstania Narodowego. Skrytykował również Ukrainę za jej decyzją o utworzeniu Panteonu Narodowego.

– Każde państwo musi szanować uzasadnione interesy bezpieczeństwa innego państwa. Rosję należy krytykować, gdy popełnia błędy, ale nie można jej demonizować i wypychać z Europy – stwierdził Fico.

Jego zdaniem Unia Europejska jest projektem pokojowym i nie powinna być narzędziem walki przeciwko Rosji. – Unia Europejska nie potrzebuje więcej broni i rusofobii – powiedział i dodał, że UE potrzebuje więcej dyplomacji.

Słowacki premier, który od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę w lutym 2022 roku trzykrotnie spotkał się z Władimirem Putinem, stwierdził też, że pokój i bezpieczeństwo w Europie można osiągnąć tylko Rosją. – To, co obecnie robi Unia Europejska w kwestii wsparcia wojny na Ukrainie, jest ogromnym błędem strategicznym – oświadczył Fico.

Fico podniósł też kwestię budowy przez Kijów pomnika bohaterów narodowych. – Budując pamięć narodową, trudno jest tworzyć panteon osób, których nie da się oddzielić od ideologii faszystowskiej. Nie da się oddzielić tych osób od faktu, że byli oni częścią Holokaustu, że mordowali tysiące polskich, a także innych cywilów. Nie można wyciągać „banderowców” i czynić z nich bohaterów tylko dlatego, że walczyli o niepodległość narodową. Niebezpieczne jest mieszanie ról ofiar i sprawców – powiedział.

Dla Słowaków rocznica wybuchu Słowackiego Powstania Narodowego 29 sierpnia 1944 r. jest świętem państwowym, a samo powstanie jest jednym z najważniejszych wydarzeń współczesnej historii Słowacji. Zbrojny opór przeciwko niemieckiej okupacji i krajowemu reżimowi kolaborującemu z III Rzeszą po dwóch miesiącach zakończył się klęską, ale powstańcom dość długo udało się wiązać część sił niemieckich, których nie można było wykorzystać na froncie wschodnim.

Piotr Górecki (PAP)

 

ptg/ mal/

Izrael: Netanjahu niespodziewanie skrytykował żydowskich osadników na okupowanym Zachodnim Brzegu Jordanu

0

Premier Izraela Beniamin Netanjahu dość niespodziewanie skrytykował w sobotę żydowskich osadników na okupowanym Zachodnim Brzegu Jordanu. Wcześniej tego dnia kilkudziesięciu Żydów zaatakowało palestyńskie domy w okolicach wsi Qusra w pobliżu Nablusu, na północy Zachodniego Brzegu.

„Stanowczo potępiam akty przemocy, które popełniono w wioskach Qusra i Dżalud przez garstkę buntowników, którzy łamią prawo, wyrządzają wielkie szkody przestrzegającej prawa społeczności żydowskiej, utrudniają IDF (armii) wypełnianie jej misji i szkodzą międzynarodowej pozycji Izraela” – powiedział Netanjahu w specjalnym oświadczeniu. Szef izraelskiego rządu stwierdził, że ataku dokonała „garstka uczestników zamieszek”.

Oświadczenie Netanjahu było reakcją na przeprowadzone tego dnia ataki kilkudziesięciu zamaskowanych osadników na domy Palestyńczyków w okolicach miejscowości Qusra i Dżalud. Cytując świadków zdarzenia, Reuters napisał, że w pierwszym wypadku napastnicy otoczyli palestyński dom i zaczęli rzucać weń kamieniami; w środku przebywało siedem osób.

Według relacji jednego z uwięzionych, izraelska armia miała w tym samym czasie ostrzelać budynek gazem łzawiącym. Podkreślono, że służby porządkowe nie zatrzymały żadnego z napastników. Reuters cytuje też właściciela domu, który powiedział, że żołnierze izraelscy skuli kajdankami jego i domowników i pobili ich.

W swoim komunikacie izraelska armia zapewniła, że żołnierze i funkcjonariusze straży granicznej przybyli na miejsce, by „usunąć chuliganów” i „chronić mieszkańców przebywających w domu”.

Reuters podkreślił, że były to pierwsze tak poważne akty przemocy od początku miesiąca, kiedy ataki osadników ściągnęły na Izrael międzynarodową krytykę. Agencja przypomniała, że w czerwcu br. ONZ opublikowała raport, w którym zarzuciła władzom Izraela bezpośrednie zaangażowanie w ataki osadników, w wyniku których palestyńscy mieszkańcy okupowanego przez Izrael terytorium zginęli, zostali ranni lub wysiedleni.

Na Zachodnim Brzegu Jordanu i we Wschodniej Jerozolimie, gdzie żyje ok. 3,8 mln Palestyńczyków, a które Izrael zajął podczas wojny sześciodniowej w 1967 r., wybudowano od tego czasu setki osiedli, w których zamieszkało ok. 700 tys. Żydów. Rząd Netanjahu wspiera rozbudowę osiedli, a motywem działania nowych osadników, oprócz kwestii religijnych, są też niższe niż w Izraelu koszty życia oraz zachęty finansowe ze strony państwa.

Palestyńczycy uważają ekspansję żydowskiego osadnictwa za próbę faktycznej aneksji i przeszkodę w budowie przyszłej niepodległej Palestyny.(PAP)

piu/ mal/

Lotnisko w Nashville może otrzymać imię Dolly Parton

Gubernator Tennessee Bill Lee poparł inicjatywę nadania międzynarodowemu lotnisku w Nashville imienia zmarłej w miniony wtorek Dolly Parton. Petycję w tej sprawie podpisało już ponad 150 tys. osób, w tym piosenkarka Sheryl Crow – podał w piątek „New York Times”. Portal Page Six podaje, że przedstawiciele zmarłej gwiazdy wyrazili uznanie dla autorów tego pomysłu i go akceptują.

 

Internetową petycję zainicjowali jeszcze w ubiegłym roku – aktorka komiczna i stand-uperka Lydia Popovich oraz fotograf Dan Dion. – Dolly reprezentowała to, co najlepsze w Tennessee, i to, co najlepsze w nas jako ludziach – powiedziała Popovich. Jak dodała, chodzi o to, by podróżni przybywający do Tennessee doświadczali „miłości, akceptacji i dobrej atmosfery”, które uosabiała artystka.

 

Dolly Parton urodziła się w 1946 roku w Pittman Center w stanie Tennessee. Po jej śmierci prezydent USA Donald Trump zarządził opuszczenie flag do połowy masztów w miejscach publicznych na terytorium całego kraju. „To prawdziwa strata dla milionów ludzi. Nigdy nie było i już nie będzie drugiej takiej jak ona” – napisał Trump na platformie Truth Social.

 

Gubernator Lee zapowiedział przedstawienie propozycji nadania imienia Dolly Parton zarządzającej lotniskiem firmie Metropolitan Nashville Airport Authority na posiedzeniu 17 września. Przeszkodą są jednak przepisy: obiekt może otrzymać imię danej osoby dopiero co najmniej dwa lata po jej śmierci, a patron powinien mieć zasługi dla lotnictwa w Tennessee lub wnieść znaczący wkład w działalność lotniska. We wrześniu ma być więc rozważona także zmiana tych zasad – informuje „NYT”.

 

Sprawę komplikuje spór między władzami stanowymi i lokalnymi o kontrolę nad portem. Zdominowany przez Republikanów parlament Tennessee przyjął w tym roku ustawę przekazującą stanowi władzę nad największymi lotniskami miejskimi, ale władze Nashville zakwestionowały ją i nie uznają stanowego zarządu.

 

Lotniska w USA noszą m.in. imiona Louisa Armstronga, Johna Wayne’a i Muhammada Alego, lecz kobiety są patronkami znacznie rzadziej. Należą do wyjątków Amelia Earhart Memorial Airport w Kansas oraz terminal im. Barbary Jordan na lotnisku w Austin w Teksasie.

 

Z Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski (PAP)

 

ad/ san/

Gubernator Illinois napisał kolejny list do prezydenta USA. JB Pritzker staje w obronie farmerów, odczuwających skutki wojny z Iranem

0

„Farmerzy z Illinois nie powinni być zmuszani do pokrywania kosztów wojny z Iranem, która spowodowała gwałtowny wzrost cen nawozów” – czytamy w kolejnym liście gubernatora JB Pritzkera skierowanym do prezydenta Donalda Trumpa. Pritzker przypomniał, że wojna USA i Izraela przeciwko Iranowi trwa już od sześciu miesięcy a prezydent Trump zapewniał wcześniej Amerykanów, że konflikt potrwa zaledwie parę tygodni.

 

Mimo wielokrotnych deklaracji prezydenta o zwycięstwie, wciąż nie udało się jednak osiągnąć trwałego porozumienia kończącego działania wojenne. Jak podkreślił Pritzker w liście do Trumpa, konsekwencje tej sytuacji ponoszą farmerzy z Illinois uprawiający kukurydzę i korzystający z nawozów azotowych. „Prowadzona przez Pana wojna i wprowadzone cła obciążają farmerów z Illinois wyższymi kosztami, na które nie mają oni wpływu i o które nigdy nie zabiegali” – napisał JB Pritzker. „Nie powinni oni być zmuszani do ponoszenia kosztów Pana decyzji” – podkreślił gubernator Illinois.

Powołując się na ekonomistów z Uniwersytetu Illinois, Pritzker podał, że koszt tony nawozu azotowego wzrósł od kwietnia o 36%. „Wielokrotnie obiecywał Pan obniżenie kosztów dla amerykańskich farmerów” – napisał Pritzker. „Tymczasem Pana bezprawna wojna oraz wprowadzone przez Pana nielegalne cła podniosły ceny jednego z najważniejszych produktów kupowanych przez farmerów, a także niemal wszystkich innych środków produkcji” – czytamy dalej w liście gubernatora.

JB Pritzker, który ubiega się o trzecią kadencję gubernatora Illinois, nie wykluczył startu w wyborach prezydenckich w 2028 roku. Dał się poznać jako zdecydowany krytyk prezydenta w niemal każdej kwestii. Na nieco ponad dwa miesiące przed wyborami Pritzker i inni liderzy Demokratów wykorzystują wciąż trwającą wojnę z Iranem, by zwrócić uwagę na utrzymującą się inflację oraz rosnące obawy Amerykanów o koszty zakupu żywności, paliwa i innych towarów. „Droższe nawozy oznaczają droższą żywność dla wszystkich mieszkańców Illinois” – stwierdził Pritzker.

Wezwał też Donalda Trumpa do natychmiastowego przedłużenia obowiązywania ogłoszonego 29 czerwca stanu wyjątkowego, który umożliwiał bezcłowy import do Stanów Zjednoczonych mocznika, roztworu mocznika i azotanu amonu (UAN), bezwodnego amoniaku oraz siarczanu amonu. Gubernator napisał również, że należy zezwolić na bezcłowy import nawozów fosforowych z Maroka do czerwca 2027 roku.

Kilka godzin po tym, jak w lutym Sąd Najwyższy USA uchylił wprowadzone przez prezydenta cła, Pritzker zażądał od administracji Donalda Trumpa zwrotu 8,7 mld dolarów, a więc kwoty, którą według gubernatora mieszkańcy Illinois zapłacili z tytułu tych opłat. Pritzker ponowił to żądanie w osobnym liście do liderów Kongresu USA, wzywając ich do przyjęcia ustawy nakazującej zwrot zapłaconych ceł wraz z odsetkami w terminie 180 dni. Jak podkreślił gubernator, priorytetem powinny być „małe przedsiębiorstwa, które ucierpiały najbardziej i dysponują najmniejszymi zasobami, by samodzielnie przejść przez skomplikowany proces ubiegania się o zwrot”.

 

BK

Przez Illinois przeszły w tym roku 243 tornada

0

W stanie Illinois odnotowano w tym roku 243 tornada, co – jak podkreśla agencja UPI – jest wynikiem wyższym niż roczna liczba tornad w skali kraju od 1950 roku. Illinois nie należy do tradycyjnego obszaru „Tornado Alley”, jednak tegoroczna dynamika atmosferyczna sprzyjała powstawaniu gwałtownych burz.

Według wstępnych statystyk powadzonych od 2004 roku przez Centrum Przewidywań Burz (SPC)dotychczasowy rekord należał do Teksasu, gdzie w 2015 roku odnotowano 229 tornad. Ostateczne dane za bieżący rok zostaną opublikowane dopiero w 2027 roku. Wstępny bilans dla Illinois obejmuje pięć tornad o sile EF3; najsilniejsze z nich przeszło 10 marca przez Kankakee i Roselawn, osiągając prędkość wiatru ok. 257 km/h i pozostawiając ścieżkę zniszczeń o długości blisko 57 km. Zginęły trzy osoby.

 

Pozostałe tornada EF3 wystąpiły w rejonach Washburn, Long Point–Streator, Effingham oraz Dix. W całych Stanach Zjednoczonych odnotowano dotychczas 1395 wstępnych zgłoszeń tornad, powyżej historycznej średniej wynoszącej 1162. Wśród stanów o podwyższonej aktywności znajduje się Indiana, gdzie zgłoszono 94 tornada – najwięcej w kraju poza Illinois. Pensylwania i Wisconsin również plasują się w pierwszej piątce pod względem liczby tornad w tym roku.

 

Tegoroczne tendencje odbiegają od historycznych wzorców. Zwykle pod koniec lipca to Teksas, Oklahoma i Kansas – stany tworzące „Tornado Alley” – dominują w statystykach. Tymczasem w Teksasie wstepnie odnotowano jedynie 60 przypadków tornad, co czyni 2026 rok drugim najspokojniejszym dla tego stanu od początku prowadzenia wstępnych zestawień.

 

Meteorolog AccuWeather Peyton Simmers wskazuje, że susza w zachodnich USA doprowadziła do napływu ciepłego powietrza w wyższe partie atmosfery nad Teksasem i Oklahomą, ograniczając liczbę gwałtownych zjawisk pogodowych na południu.

 

Najsilniejsze tornado w USA w 2026 roku uderzyło 23 kwietnia w Enid w stanie Oklahoma. Był to żywioł o sile EF4, z wiatrem wiejącym z prędkością ok. 290 km/h, który spowodował rozległe zniszczenia w mieście. W kategorii innych zjawisk burzowych Pensylwania, Illinois i Wirginia przodują pod względem liczby zgłoszeń silnego wiatru (od 925 do 955 przypadków). W statystykach dotyczących gradu na czele znajdują się Kansas i Teksas.

 

Z Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski (PAP)

 

ad/ san/

Rośnie sprzeciw wobec systemu monitoringu Flock. Do legislatury Illinois wpłynął projekt regulujący działanie tych kamer

0

W co najmniej dwóch departamentach policji w rejonie Chicago trwają dochodzenia dotyczące funkcjonariuszy oskarżonych o nadużywanie systemu Flock. Służy on do automatycznego odczytu tablic rejestracyjnych.

 

Kamer Flock pojawia się zaraz coraz więcej i wywołały one już społeczny sprzeciw. Szeryf powiatu Porter w stanie Indiana zdegradował funkcjonariusza i zawiesił go w obowiązkach bez prawa do wynagrodzenia za sprawdzenie w systemie tablicy rejestracyjnej jednego z mieszkańców.

Również w Channahon w Illinois funkcjonariusz został odsunięty od służby na czas prowadzonego przez tamtejszy departament dochodzenia. Nadkomisarz policji w Channahon, Adam Bogart, przypisuje wykrycie domniemanego nadużycia wewnętrznym procedurom. „Podczas audytu wewnętrznego wykryliśmy nieprawidłowości w niektórych przeszukaniach przeprowadzonych przez policjanta” – powiedział Bogart. „Sukcesy związane z tym rozwiązaniem zdecydowanie przeważają nad przypadkami funkcjonariuszy podejmujących niewłaściwe decyzje” – zaznaczył.

Organizacja ACLU, broniąca praw cywilnych również bije na alarm, argumentując, że wykorzystanie tych kamer wymaga szeroko zakrojonego nadzoru na szczeblu stanowym. „Dane o naszej lokalizacji zawierają mnóstwo informacji, dlatego warto je chronić” – powiedział Ed Yohnka z oddziału ACLU w Illinois. „To potężny system inwigilacji, wdrożony w całym stanie i w całym kraju w sposób, który w dużej mierze pozostaje nieuregulowany i nie podlega żadnej kontroli potwierdzającej, że faktycznie realizuje on założony cel” – dodał.

To temat dyskusji toczącej się w całym kraju. W tym tygodniu senator Josh Hawley, Republikanin z Missouri zainicjował dochodzenie w sprawie firmy Flock, określając ją mianem „ogólnokrajowej sieci inwigilacji na niespotykaną skalę”. Sieć ta obejmuje ponad 120 tysięcy kamer w 49 stanach i każdego miesiąca przeprowadza 20 miliardów skanów pojazdów.

Obawy związane z tą technologią podzielają przedstawiciele zarówno partii republikańskiej jak i demokratycznej. „Należy uwzględnić kwestię prywatności obywateli” – powiedział kongresmen Suhas Subramanyam, Demokrata z Wirginii. Jednak policja przekonuje, że jest to narzędzie pomagające w rozwiązywaniu spraw kryminalnych i jako przykład wymienia przypadek dotyczący zdarzenia, do którego doszło w tym tygodniu w Oak Lawn, na południowych przedmieściach Chicago.

W Izbie Reprezentantów Illinois procedowany jest projekt ustawy, który miałby ustanowić standardy obowiązujące wszystkie służby w zakresie sposobu użytkowania tych czytników, dostępu do zgromadzonych danych oraz okresu ich przechowywania.

 

BK

Władze Chicago chcą pomóc mieszkańcom w dostępie do świeżej żywności

0

Chicago wprowadza nowy program grantowy mający zwiększyć dostęp do świeżej żywności w dzielnicach dotkniętych brakiem inwestycji, które stały się tzw. pustyniami żywnościowymi. Właściciele małych firm oraz organizatorzy targów farmerskich mogą ubiegać się o środki w wysokości do 10 tysięcy dolarów w ramach Neighborhood Market Grant Program, na który przeznaczono blisko pół miliona dolarów.

 

Te jednorazowe fundusze można przeznaczyć na zakup wyposażenia, działania marketingowe i promocyjne oraz inne ulepszenia umożliwiające całoroczne funkcjonowanie placówek handlowych. Aby zakwalifikować się do programu, przedsiębiorcy pełniący rolę „filarów gospodarczych i punktów zapewniających dostęp do żywności” muszą prowadzić działalność na terenie określonych obszarów Chicago dotkniętych brakiem inwestycji.

Program uruchomiony przez burmistrza Brandona Johnsona oraz chicagowski departament ds. przedsiębiorczości i ochrony konsumentów (Chicago Department of Business Affairs and Consumer Protection) jest finansowany w ramach planu Chicago Road to Recovery, a także stawy American Rescue Plan Act oraz przez organizację Allies for Community Business. „Zamierzamy zainwestować środki miejskie bezpośrednio w małe firmy i operatorów targowisk, którzy działają na rzecz niwelowania nierówności i zwiększania dostępu do świeżej żywności we wszystkich naszych społecznościach” – powiedział Brandon Johnson.

Wnioski można już składać na stronie Chicago.gov/BACPRecoveryPlan.

 

BK

Nadzorował łapanki nieudokumentowanych imigrantów w Chicago. Teraz Gregory Bovino obawia się o swoje życie

0

Były szef Straży Granicznej, który dowodził operacją służb imigracyjnych w Chicago Midway Blitz, Gregory Bovino stwierdził, że administracja Białego Domu chce jego śmierci. Bovino wysunął te szokujące oskarżenia podczas długiego wywiadu z konserwatywnym twórcą podcastów Tuckerem Carlsonem.

 

Opublikowano je w środę wieczorem. „Czy uważam, że chcą mnie zabić? Zdecydowanie tak” – powiedział Bovino Carlsonowi w rozmowie, która tylko w serwisie X została wyświetlona dwa miliony razy. Biały Dom określił jego wypowiedzi mianem „absurdalnych”. 56-letni Bovino był jedną z kluczowych postaci związanych z zaostrzoną polityką imigracyjną prowadzoną podczas drugiej kadencji Donalda Trumpa. W Chicago wraz z podległymi mu funkcjonariuszami niejednokrotnie używał wobec protestujących gazu łzawiącego a za brutalne metody musiał także stawić się przed sędzią.

Jako dowódca operacyjny Straży Granicznej (Border Patrol) kierował następnie działaniami w Minnesocie, gdzie także zasłynął stosowaniem agresywnych środków, w tym użyciem gazu łzawiącego wobec protestujących. Opuścił swoje stanowisko w styczniu, po tym jak agenci federalni zastrzelili w Minnesocie dwoje obywateli USA, co, jak wskazują sondaże, wywołało rosnący sprzeciw wobec przyjętego przez administrację Trumpa podejścia do egzekwowania przepisów imigracyjnych. Parę miesięcy później Bovino przeszedł na emeryturę ze służby federalnej.

W wywiadzie udzielonym Carlsonowi, który również z popierającego stał się krytykiem Donalda Trumpa, Bovino stwierdził, że jego ochronę wycofano natychmiast po odejściu z administracji rządowej, mimo – jak to określił – lawiny gróźb śmierci. Powiedział, że jego zdaniem ochronę cofnięto w ramach prób „uciszenia go”. „Uciszenia, czyli doprowadzenia do twojej śmierci? Bo tak to właśnie brzmi: – zauważył Carlson. „Czy uważam, że chcą mojej śmierci? Na tym etapie – tak” odparł Bovino. „Za każdym razem, gdy wychodzę z domu, toczy się wokół mnie nieustanna walka” – kontynuował.

„Mam na myśli to, że mieszkańcy mojej własnej społeczności ciągle pytają: Co się z tobą dzieje? Podchodzą do mnie różni ludzie. Są wśród nich szaleńcy. Wiesz o tym, Tucker – i to doskonale. Czy uważam, że chcą mojej śmierci? Zdecydowanie tak” – mówił dalej Bovino. Wyjaśnił, że nie uważa, by za tymi rzekomymi działaniami stał Trump. Winą obarczył natomiast „koszmarnych strażników” z otoczenia administracji, wymieniając z nazwiska Toma Homana, odpowiedzialnego za kwestie graniczne.

„To absurd” – powiedziała dziennikowi „The Independent” rzeczniczka Białego Domu, Lauren Bis. „Tom Homan to amerykański patriota i zawodowy funkcjonariusz organów ścigania z wieloletnim doświadczeniem w skutecznej ochronie amerykańskich społeczności oraz deportacji nielegalnych imigrantów” – podkreśliła.

 

BK