Amerykanie we wtorek zagłosują w wyborach, które zdecydują o nowym składzie Kongresu USA i władzach w większości stanów. Dotychczasowe wskaźniki sugerują rekordową frekwencję i zwycięstwo Demokratów, co może pokrzyżować plany prezydenta na drugą połowę jego kadencji.
Wyborcy wybiorą wszystkich 435 członków Izby Reprezentantów oraz 35 ze 100 senatorów. W 36 stanach wybiorą też gubernatorów i stanowe legislatury, a także wezmą udział w dziesiątkach lokalnych referendów.
Dniem wyborów jest wtorek, ale w praktyce w większości kraju głosowanie – zarówno drogą korespondencyjną, jak i osobiście – trwa już od tygodni. Do niedzieli zagłosowało w ten sposób ponad 54 mln Amerykanów, czyli znacząco więcej niż w ostatnich wyborach połówkowych (midterms). Przed dniem wyborów głos oddało wówczas 46 mln osób, a łącznie 112 mln).
Jako pierwsi głosować zaczną we wtorek mieszkańcy stanów na Wschodnim Wybrzeżu USA, gdzie lokale wyborcze będą otwarte od godz. 6 (godz. 12 w Polsce), a jako ostatnie, o godz. 6 w środę czasu polskiego, zamkną się lokale wyborcze na Hawajach i Alasce.
Główną stawką wyborów jest nowy układ sił w Kongresie. Obecnie Partia Republikańska ma większość zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Kongresie (219-214 w izbie niższej, 53-47 w wyższej), lecz według sondaży Demokraci są faworytami do przejęcia kontroli nad obiema.
O ile przejęcie Izby przez opozycję od dawna było spodziewane, o tyle w przypadku Senatu taki wynik jeszcze na początku kampanii wydawał się niemal niemożliwy z uwagi na mapę wyborczą: większość z 33 wyścigów o fotel senatora odbywa się w „czerwonych” stanach, czyli tradycyjnie głosujących na kandydatów Partii Republikańskiej. Pikujące notowania prezydenta Donalda Trumpa sprawiły jednak, że szereg mandatów uznawanych wcześniej za bezpieczne dla Republikanów stały się zagrożone.
Kluczowe dla przyszłego układu sił w Senacie będą wyścigi wyborcze w siedmiu stanach, gdzie sondaże wskazują niewielkie różnice między kandydatami: na Alasce, w Iowa, Kansas, Maine, Michigan, Ohio i Teksasie. Poza Michigan wszystkie mandaty należą tam obecnie do Republikanów i we wszystkich tych stanach, z wyjątkiem Maine, od lat to zdecydowaną przewagę miała prawica. Ponadto Demokraci są zdecydowanymi faworytami do przejęcia republikańskiego mandatu w Karolinie Północnej. Sondaże dają im też szanse w innych tradycyjnych bastionach konserwatystów, w Nebrasce i Karolinie Południowej.
Najwięcej uwagi mediów oraz pieniędzy darczyńców przyciągnęły zwłaszcza pojedynki w Teksasie i Michigan.
W Teksasie James Talarico ma szansę wygrać wybory do Senatu jako pierwszy Demokrata w tym stanie od 1988 roku. Mierzy się z popieranym przez Trumpa stanowym prokuratorem generalnym Kenem Paxtonem. Talarico to były student teologii i stanowy kongresmen, z kolei Paxton ma za sobą liczne skandale korupcyjne i obyczajowe. Demokraci od lat starają się zdobyć konserwatywny, lecz przeżywający zmiany demograficzne Teksas, ale przez ostatnie kilkadziesiąt lat partia nie wygrała tam żadnych wyborów. Sondaże dają Talarico niewielką przewagę.
Jak jednak zaznaczyła w rozmowie z PAP Stephanie Grasmick, współpracująca z Demokratami specjalistka od kampanii w internecie, doświadczenia z błędnymi badaniami każą zachować powściągliwość.
– Pamiętam, jak Partia Demokratyczna była pewna, że wygra w Teksasie w 2014 roku. I w 2018 roku. I w 2022 roku. Nie wygrała ani razu, więc w końcu traci się nadzieję – powiedziała. Nawet stosunkowo niewielki błąd sondażowy może całkowicie zmienić spodziewany układ sił w Kongresie.
Drugi z najpilniej obserwowanych pojedynków do Senatu toczy się w Michigan, gdzie kandydat lewego skrzydła Demokratów Abdul El-Sayed walczy o mandat z byłym kongresmenem i reprezentantem republikańskiego establishmentu Mike’iem Rogersem. Kontrowersje w tej kampanii dotyczyły przede wszystkim islamu wyznawanego przez El-Sayeda, syna egipskich imigrantów, oraz jego ostrej krytyki pod adresem Izraela. Trump nazywał go dżihadystą (mimo że El-Sayed potępia terroryzm), wiceprezydent J.D. Vance sugerował, że nie jest prawdziwym Amerykaninem (choć urodził się w Michigan i jest obywatelem USA).
Kongresmenka Demokratów Haley Stevens, którą El-Sayed pokonał w partyjnych prawyborach, na finiszu kampanii, ku zaskoczeniu współpracowników i polityków partii, poparła Rogersa. Tłem dla tej decyzji były kontrowersje dotyczące poglądów El-Sayeda na temat Izraela.
Kontrowersje towarzyszą też wyborom na Alasce, gdzie była kongresmenka Demokratów Mary Peltola ma szanse na odebranie mandatu senatorowi Republikanów Danowi Sullivanowi. Na pierwszy plan w tej kampanii wysunęła się jednak kandydatura innego Dana Sullivana, nieznanego dotąd szerzej, emerytowanego nauczyciela startującego jako kandydat niezależny. Według „New York Timesa” Sullivan (na karcie wyborczej widnieje jako Daniel J. Sullivan Jr.) został zwerbowany przez działaczy Demokratów do udziału w wyborach, by zmylić wyborców. Trump bezskutecznie starał się, by sąd wstrzymał zatwierdzenie ewentualnej wygranej Peltoli, i ocenił, że w wyniku fortelu Demokratów wyborów nie będzie można uznać za uczciwe.
Obok rywalizacji o mandaty w Kongresie w 36 z 50 stanów USA odbywają się wybory o fotel gubernatora. Według ośrodka Cook Political Report Demokraci są faworytami w 20 z nich, a w ich zasięgu są co najmniej kolejne trzy. Taki układ sprawiłby, że partia byłaby u władzy w większości stanów.
Mimo że Partia Demokratyczna wciąż nie cieszy się dobrą reputacją, sprzyjają jej jeszcze większa niepopularność prezydenta oraz nastroje elektoratu, zawiedzionego niespełnionymi obietnicami obniżenia kosztów życia, cen paliwa i niewszczynania nowych wojen. We wszystkich badaniach respondenci konsekwentnie wymieniają koszty życia i inflację na pierwszym miejscu wśród ważnych dla nich kwestii. Dalsze miejsca zajmują: opieka zdrowotna, imigracja, sztuczna inteligencja i centra danych na potrzeby rozwijania sztucznej inteligencji.
Według opublikowanego w sobotę sondażu pracowni Harris dla dziennika „Guardian” w czołówce problemów wskazywanych przez wyborców jako najważniejsze są też korupcja i bogacenie się rządzących. We wszystkich tych sprawach wyborcy deklarują większe zaufanie do opozycji.
Choć poparcie dla Trumpa jest na historycznie niskim poziomie (sondażowa średnia obliczona przez „New York Times” to 37 proc.), a jego nazwisko nie widnieje na kartach wyborczych, prezydent od tygodni jeździ po kraju, prosząc wyborców, by „udawali”, że widnieje tam jego nazwisko. Liczy w ten sposób na to, że jego zaangażowanie w kampanię skłoni jego wyborców – którzy relatywnie rzadziej głosują w wyborach połówkowych niż Demokraci – do liczniejszego pójścia do urn wyborczych.
Podczas kilkudziesięciu wieców wyborczych, organizowanych głównie na terenach uważanych za bastiony Republikanów, Trump obiecywał wypłacenie 5 tys. dol. każdemu dorosłemu Amerykaninowi, jeśli Republikanie wygrają. Od wyborczej wygranej uzależniał też inne świadczenia i wypłaty. Jak odnotował „New York Times”, jego kampanijne przemówienia były jeszcze bardziej chaotyczne i wulgarne niż w poprzednich kampaniach; ku konsternacji komentatorów Trump niemal w każdym wystąpieniu zachwalał też ciało – z naciskiem na pośladki – senatora z Ohio Jona Husteda oraz innych polityków.
Mimo że Trump nie jest na karcie wyborczej, wybory będą mieć duże znaczenie wobec tego, jak będzie wyglądała druga połowa jego prezydentury. Tracąc kontrolę nad Kongresem, będzie miał ograniczone możliwości realizowania swojego programu. Demokraci zapowiedzieli ponadto liczne śledztwa w sprawie zarzucanej Trumpowi i jego otoczeniu korupcji. Prezydent nie kryje, że spodziewa się kolejnego impeachmentu.
Jak powiedział PAP były ambasador USA w Polsce Daniel Fried, prezydenci, których partia przegrywała wybory połówkowe – a jest to regułą – skupiali się na polityce zagranicznej, w której to dziedzinie mają większe uprawnienia i szanse na zapisanie się w historii.
– Trump może czuć się swobodnie albo chcieć „odcisnąć swoje piętno”. Może więc zrobić bardzo wiele – ocenił były dyplomata, lecz dodał, że jeśli Republikanie poniosą dotkliwą porażkę, „pozycja polityczna Trumpa zostanie uznana za osłabioną, co przyspieszy zmierzch jego władzy”. Zaznaczył też, że Demokraci wraz z tradycyjnymi Republikanami szykują się do ograniczenia pola manewrów prezydenta jeśli chodzi o możliwe ocieplenie z Rosją.
Z Waszyngtonu Oskar Górzyński (PAP)

Dostawca: PAP/EPA.
Trump ograniczył walkę z dezinformacją mimo zagranicznych operacji wpływu
Mimo że Rosja, Chiny i Iran prowadzą operacje wpływu w USA, administracja Donalda Trumpa ograniczyła działania mające na celu zwalczanie dezinformacji — powiedział PAP James Lindsay z think tanku Council on Foreign Relations (CFR).
Ekspert tego amerykańskiego ośrodka spodziewa się „prawdziwego zalewu” fałszywych i wprowadzających w błąd informacji w amerykańskiej przestrzeni publicznej przed zaplanowanymi na 3 listopada wyborami do Kongresu USA. Obie partie polityczne i ich zwolennicy robią wszystko, co mogą, aby przechylić szalę na swoją korzyść — podkreślił w rozmowie z PAP.
Lindsay ocenił, że środowisko informacyjne w Stanach Zjednoczonych, podobnie jak w innych demokracjach, jeszcze nigdy nie było bardziej zanieczyszczone dezinformacją i treściami wprowadzającymi w błąd w sposób niezamierzony (misinformacją).
Za oba te zjawiska odpowiadają zarówno sami Amerykanie, jak i podmioty zewnętrzne — zaznaczył ekspert. Podkreślił, że w przypadku USA „wyraźnie widać”, iż od kilku cykli wyborczych nieprawdziwe informacje próbują rozpowszechniać Rosja, Chiny i Iran.
Rosyjskie działania w tej dziedzinie polegają przede wszystkim na wykorzystywaniu podziałów istniejących w Stanach Zjednoczonych.
– Chodzi o to, by wszystkich nastawić przeciwko sobie i wzbudzić powszechne niezadowolenie. Wybierają określoną grupę — na przykład ze względu na kolor skóry, wyznanie lub miejsce zamieszkania — a następnie publikują materiały, które wykorzystują istniejące podziały i pogłębiają je — tłumaczył Lindsay.
Celem Rosji jest więc, zasadniczo, „wrzucenie piachu w tryby demokracji poprzez skłanianie Amerykanów do wzajemnej wrogości”.
Natomiast chińskie operacje są w dużej mierze ukierunkowane przeciwko kandydatom szczególnie krytycznym wobec Pekinu.
Lindsay zwrócił jednocześnie uwagę na konieczność rozróżnienia zagranicznych operacji wpływu, polegających na rozpowszechnianiu dezinformacji, od faktycznej ingerencji w przebieg głosowania.
– Na przykład prezydent (USA Donald) Trump właśnie ogłosił, że popiera (premiera) Benjamina Netanjahu w Izraelu. Nie jest to dezinformacja. Wyobrażam sobie jednak, że izraelscy wyborcy, którzy nie popierają Netanjahu, mogliby uznać to za ingerencję w wybory — podkreślił ekspert.
Jak zaznaczył, „jasne jest, że Rosja, Chiny i Iran prowadzą operacje wpływu”. – Oznacza to, że próbują wprowadzać określone treści do przestrzeni publicznej, wierząc, że w jakiś sposób wpłyną one na to, czy ludzie pójdą głosować albo na kogo oddadzą głos. To coś zupełnie innego niż zakłócanie wyborów poprzez uniemożliwianie ludziom głosowania albo ingerowanie w liczenie głosów czy zmienianie wyników wyborów — kontynuował.
– Mamy wyraźne dowody na prowadzenie operacji wpływu przez Rosję, Chiny i Iran. Nie mamy natomiast dowodów na to, że Rosjanie, Chińczycy, Irańczycy lub ktokolwiek inny zdołali ingerować w wybory poprzez manipulowanie liczeniem głosów — zauważył ekspert.
Lindsay zaznaczył, że w ostatnich latach amerykańskie władze podejmowały działania, by ograniczać lub powstrzymywać zagraniczne operacje wpływu. – W FBI powstały specjalne ośrodki, utworzono również specjalną instytucję zajmującą się bezpieczeństwem wyborów. Organy ścigania ściśle współpracowały z największymi firmami technologicznymi, aby identyfikować tzw. farmy trolli i farmy botów — wyliczał.
Administracja Trumpa zakończyła jednak część tych działań lub ograniczyła ich zakres; chodzi o inicjatywy mające przeciwdziałać temu, co określa się jako wroga ingerencja zagraniczna — dodał Lindsay.
– Pytanie brzmi: jak istotne okażą się decyzje administracji Trumpa? – zastanawiał się rozmówca PAP. Podkreślił, że niezwykle trudno jest ustalić, w jakim stopniu dezinformacja zmienia decyzje ludzi o udziale w głosowaniu albo wpływa na wybór przez nich kandydata.
Ekspert zaznaczył, że jednym z powodów, dla których druga administracja Trumpa wycofała się z niektórych inicjatyw w tym obszarze, był argument, że ograniczają one prawo obywateli do wolności słowa.
Wyraził przekonanie, że wyborcy muszą kierować się zasadą ograniczonego zaufania. – Powinni myśleć w krytyczny sposób i zadawać sobie pytanie, czy to, co widzą lub słyszą, jest prawdziwe — zaznaczył ekspert.
Lindsay podkreślił też, że rozpowszechnianie treści wprowadzających w błąd nie jest niczym nowym w polityce. Jednak „zjawisko to przekroczyło granicę, za którą — jak sądzę — większość ludzi uznałaby je już nie tylko za nieuczciwe, lecz także za obłudne” – podkreślił.
– Trudno jednak jednoznacznie określić, gdzie przebiega ta granica, a próby jej wyznaczenia budzą wiele kontrowersji — podsumował rozmówca PAP.
Z Waszyngtonu Natalia Dziurdzińska (PAP)

Dostawca: PAP/EPA.
Ekspert: zaangażowanie Trumpa w kampanię raczej nie pomaga Republikanom
Zaangażowanie prezydenta USA Donalda Trumpa w kampanię przed wyborami do Kongresu raczej nie pomaga Republikanom — powiedział PAP William Galston, były doradca prezydenta Billa Clintona i ekspert Brookings Institution.
Jego zdaniem zwolennicy Demokratów są dużo bardziej zdeterminowani do udziału w wyborach, a Republikanie niezadowoleni z Trumpa po prostu nie pójdą głosować.
W wyborach 3 listopada obywatele USA zdecydują o obsadzeniu wszystkich 435 mandatów w Izbie Reprezentantów i 35 miejsc w 100-osobowym Senacie.
Uwaga obserwatorów koncentruje się zwłaszcza na wyborach do wyższej izby Kongresu USA. Ogromne zainteresowanie budzą wyścigi do Senatu w Karolinie Północnej, New Hampshire, Maine, Ohio, Michigan i Minnesocie. — Jest bardzo wiele wyrównanych pojedynków. To właśnie ich wyniki zdecydują o tym, kto będzie kontrolował Senat — podkreślił Galston.
Obecnie ugrupowanie Trumpa, czyli Partia Republikańska, ma przewagę w obu izbach Kongresu. W Senacie Republikanie mają 53 mandaty, a Demokraci — 47. — Aby więc partia opozycyjna, Partia Demokratyczna, przejęła kontrolę nad Senatem, musiałaby zdobyć cztery dodatkowe mandaty — zaznaczył rozmówca PAP.
Analitycy obu partii politycznych na ogół zgadzają się, że Demokraci odniosą przynajmniej niewielkie zwycięstwo, wystarczające do uzyskania większości w Izbie Reprezentantów.
W opinii eksperta Republikanie zdają sobie sprawę, że „polityka prowadzona przez Trumpa skomplikowała ich sytuację polityczną i utrudnia im obronę posiadanych mandatów, nie mówiąc już o zdobywaniu nowych”.
— Wojna z Iranem jest bardzo niepopularna. Cła również cieszą się bardzo małym poparciem. W obu przypadkach chodzi o ten sam powód: powodują wzrost cen w czasie, gdy Amerykanie już teraz uznają, że ceny są zbyt wysokie — podkreślił Galston.
Jak dodał, znaczne niezadowolenie budzi także polityka imigracyjna prezydenta, ponieważ wiele osób uważa, że posunął się w niej za daleko. — Ludzie chcieli, aby kontrolować południową granicę — i to udało się osiągnąć. Chcieli również, aby imigranci będący przestępcami zostali usunięci z kraju. Jednak administracja poszła znacznie dalej, co, jak sądzę, zaskoczyło i zaniepokoiło wiele osób, które dostały więcej niż to, na co głosowały — wyjaśniał rozmówca PAP.
W kampanię zaangażował się Trump, który apeluje do zwolenników, by wyobrażali sobie, że oddając głos na kandydatów Republikanów, w rzeczywistości głosują na niego.
Galston nie uważa, by miało to pomóc Republikanom. Ekspert zauważył, że cieszy to jednak Demokratów, według których powiązanie Republikanów z niepopularnym prezydentem jest najlepszą strategią, by ich pokonać.
— Nie powiedziałbym, że wielu Republikanów odwraca się od prezydenta, ale z pewnością nie prowadzą kampanii razem z nim. Wielu dało też w subtelny i dyskretny sposób do zrozumienia, że nie życzą sobie, aby prezydent przyjeżdżał do ich stanów i prowadził na ich rzecz kampanię — kontynuował były doradca Clintona.
Podczas czwartkowej debaty przedwyborczej senator Republikanów Susan Collins z Maine, która walczy o zwycięstwo w swoim szóstym wyścigu do Senatu, zasugerowała, że obecność Trumpa w jej stanie nie byłaby pomocna.
Galston przyznał, że to Demokraci są znacznie bardziej zmotywowani do głosowania. — Bardzo uważnie i na bieżąco śledzę te dane. Różnica jest duża i stale rośnie. Sądzę, że frekwencja wśród Demokratów będzie bardzo wysoka — dodał.
— Myślę, że Republikanie, którzy nie popierają pierwszych dwóch lat urzędowania Trumpa, ale nie potrafią sobie wyobrazić oddania głosu na Demokratę, po prostu zostaną w domach. Nie pójdą głosować — powiedział ekspert Brookings Institution.
W przypadku wygranej Demokratów pozycja Trumpa zostanie osłabiona. — Jego administracja będzie musiała zmierzyć się z dochodzeniami dotyczącymi nadużyć i niewłaściwego postępowania, których w dużej mierze udało jej się uniknąć w okresie, gdy Republikanie sprawowali pełną kontrolę nad Kongresem — podkreślił.
Galston zaznaczył, że amerykańska konstytucja ogranicza władzę prezydenta w sprawach polityki wewnętrznej, w których musi on w pewnym stopniu współpracować z Kongresem, jednak w polityce zagranicznej daje mu znacznie większą swobodę działania.
— Możliwe, że Kongres kontrolowany przez Demokratów wywrze większą presję na prezydenta, na przykład domagając się zwiększenia pomocy dla Ukrainy, a także ogólnie utrzymania sojuszu NATO, który za prezydentury Trumpa został poważnie nadwyrężony — prognozuje rozmówca PAP.
— Ostatecznie jednak prezydenci mogą sprzeciwiać się Kongresowi w kwestiach polityki zagranicznej i nie ponosić z tego tytułu poważniejszych konsekwencji. Wiele będzie więc zależało od tego, ile energii Trump zechce poświęcić na spór z Kongresem dotyczący polityki zagranicznej — dodał autor licznych publikacji politycznych.
Galston powiedział, że nie jest to przesądzone, że kwestie decydujące o wyniku wyborów śródokresowych, będą tymi samymi, które znajdą się w centrum kampanii prezydenckiej za dwa lata.
— Wiemy natomiast, że będą to wybory, w których urzędujący prezydent nie będzie kandydował. Oznacza to, że w obu partiach politycznych rozpocznie się rywalizacja o nominację prezydencką — zauważył.
— Jeśli jest się wiceprezydentem USA, a prezydent jest niepopularny, trzeba zdecydować, w jakim stopniu należy się od niego zdystansować. Z takim wyzwaniem mierzyła się Kamala Harris w 2024 roku. Jeśli w 2028 roku J.D. Vance, obecny wiceprezydent, zostanie kandydatem Partii Republikańskiej — co jest z pewnością możliwe, a nawet dość prawdopodobne — będzie musiał znaleźć sposób, aby odróżnić się od prezydenta Trumpa, nie odcinając się jednocześnie od niego całkowicie. Zerwanie z Trumpem przekreśliłoby bowiem jego szanse — powiedział ekspert.
Pytany o to, czego możemy spodziewać się w ostatnich tygodniach kampanii, ekspert odparł: — Cóż, w amerykańskiej polityce funkcjonuje określenie „październikowa niespodzianka” (October surprise). Taki nieoczekiwany zwrot wydarzeń zawsze jest możliwy. Na tym etapie trudno mi jednak wyobrazić sobie wydarzenie na tyle poważne, by zasadniczo zmieniło przebieg kampanii.
— Jesteśmy już na zaawansowanym etapie. Miliony Amerykanów oddają głosy przedterminowo. Większość wyborców podjęła już decyzję. Oczywiście, gdyby doszło na przykład do kolejnego potężnego ataku terrorystycznego na terytorium USA, mogłoby to coś zmienić. Podobnie byłoby, gdyby Iran zaatakował amerykański niszczyciel lub lotniskowiec, doszłoby do zatopienia ważnego okrętu amerykańskiej marynarki wojennej. Mogłoby to wywołać presję na prezydenta, aby ponownie eskalował konflikt — wymieniał.
— Te przykłady wydarzeń nie są jednak zbyt prawdopodobne. Właśnie dlatego, gdyby do nich doszło, stanowiłyby ogromną niespodziankę — podsumował rozmówca.
Z Waszyngtonu Natalia Dziurdzińska (PAP)






