Artur Rojek: Jestem uwolniony od traumy wspomnień (wywiad)

Popularne

Jestem uwolniony od traumy wspomnień, odbijam się od nich — mówił PAP Artur Rojek o piosence „Gruby, mały” ze swojej nowej płyty „Chciałbym urodzić się żeby latałem”. Dodał, że dobrze się czuje, kiedy w historiach, które opowiada, ktoś widzi również siebie i swój świat.

To trzeci solowy album Rojka. Ukazał się po sześciu latach od premiery płyty „Kundel”. Jego tytuł to cytat z wypowiedzi syna artysty. Współkompozytorem jest Olek Świerkot, teksty współtworzyli z Rojkiem m.in. Dawid Podsiadło i Kortez, a za orkiestracje odpowiada Zbigniew Preisner. „To – jak mówi sam Artur – płyta, która jest dla niego jak album rodzinny ze zdjęciami. Artysta odbija się w piosenkach od osobistych historii, by poruszać bardziej uniwersalne tematy. Relacje z dziećmi, żoną, ze sobą samym i ze światem wokół, z perspektywy różnych etapów życia” – napisał wydawca.

 

 

 

PAP (Zuzanna Piwek, Piotr Jagielski): Czy wraz z kolejnymi płytami i coraz większym doświadczeniem pisanie przychodzi łatwiej?

Artur Rojek: Nie wiem dlaczego, ale tym razem zdecydowanie łatwiej. To kwestia nastawienia, odpuszczenia czegoś. Jak zaczęliśmy pracować i napisałem pierwszy tekst, czyli „Splątane włosy”, nie było wyraźnej koncepcji, o czym będzie ta płyta. Później napisałem coś kolejnego i pomyślałem, że fajne i że łączy się z poprzednią piosenką. A potem napisałem następną i jeszcze kolejną.

Była tylko jedna piosenka, która nie pasowała do całości, chociaż czerpała z  podobnych inspiracji. Olek (Świerkot, muzyk i producent — PAP) namawiał mnie tuż przed oddaniem płyty, żeby nagrać jeszcze jeden utwór, a ja mówiłem: „Nie musi być ich dziesięć, wszyscy tyle mają, ja będę miał dziewięć”. Jednak Olek nalegał. Puścił mi melodię do „W dziale na S”. Napisałem tekst i następnego dnia przyszedłem do studia. Nie zdarzało mi się to wcześniej — czasami przez trzy miesiące siedziałem nad jedną piosenką. Tym razem w jeden dzień napisałem tę dziesiątą piosenkę.

PAP: Czy naiwność, która wiąże się z pisaniem na początku, gdy człowiek nie do końca wie, co robi, z czasem mija? I później pisze się piosenkę tak jak krawiec, który wykrawa garnitur?

A.R.: Ja ciągle nie wiem. Nie wiem, jaka musi być piosenka, żeby stała się hitem. Nie mieliśmy żadnego odgórnego założenia wobec tej płyty oprócz tego, że chcieliśmy zrobić dobre piosenki. Olek jest z natury dosyć spokojnym i delikatnym człowiekiem, co przekłada się na muzykę. Nawet jeśli tworzy hałaśliwe brzmienie, jest w nim ciepło. Bardzo mi to odpowiadało, bo chciałem, żeby piosenki były przede wszystkim nieprzekombinowane, melodyjne i mówiły o rzeczach istotnych.

PAP: Teksty niektórych piosenek dotyczą relacji ojca z synem. We wcześniejszych albumach też można odnaleźć takie wątki. Sama od dziecka słucham pana muzyki z własnym ojcem. Jak się pan czuje jako jeden z nielicznych artystów, którzy poruszają temat ojcostwa w muzyce? Nagrał pan też m.in. „Syna okiennika” z braćmi Kacperczyk.

A.R.: Dobrze się czuję wtedy, kiedy z piosenki wynika coś więcej niż tylko to, co ja przeżyłem, co mogę czuć i rozumieć. Super, kiedy w historiach, które opowiadam, ktoś widzi również siebie i swój świat.

Na początku istnienia Myslovitz, kiedy zaczynałem pisać teksty, nie wiedziałem do końca, o czym mają być. Kiedy zakładałem zespół, prócz Grechuty nie słuchałem żadnej polskiej muzyki. Pisałem wszystko, co mi przyszło do głowy. Później zacząłem podchodzić do tekstów bardziej świadomie, bo widziałem, że są istotne dla ludzi. Zacząłem szukać głębiej.

Moja wyobraźnia jest najmocniej pobudzana przez pokłady wspomnień, które w sobie noszę. O niczym nie potrafię pisać lepiej niż o tym. Niestety mam wrażenie, że często się przez to powtarzam.

PAP: Bergmanowi też mówili, że kręci filmy o tym samym.

A.R.: Czasem pocieszam się historią Bergmana. Powtarzam ją mojej żonie, kiedy mówi: „Mógłbyś napisać o czymś innym”.

PAP: Zdziwiłem się, kiedy pierwszy raz posłuchałem płyty „Chciałbym urodzić się żeby latałem”. Czytałem wcześniej, że jest smutna, melancholijna, a nawet depresyjna. Powiedziałbym, że jest nostalgiczna, ale z tekstami piosenek kontrastuje lekkość muzyki.

A.R.: To jest kwestia podejścia do tego, jak i z kim te piosenki są tworzone. W jakim kierunku idziemy. A kierunek był otwarty, każdy miał jakieś pomysły. Olek przyniósł trochę melodii, ja też. Niektóre czekały na ten moment wiele lat. Z jakiegoś powodu były wcześniej odrzucone. Przykładem jest „W objęciach”.

Klimat tej płyty wynika ze swobodnego podejścia. Olek wywodzi się z dosyć podobnego świata co ja. Historia mojej znajomości z nim sięga czasów, kiedy jako 13-latek przychodził na próby Lenny Valentino, żeby posłuchać, jak gramy. Pukał do drzwi, pytał, czy może wejść, potem siedział do końca próby, po czym wstawał, mówił: „Dziękuję, do widzenia”, i wychodził. Zanim założyłem zespół, zachowywałem się tak samo, tylko że miałem 18 albo 19 lat. Chodziłem na próby zespołu Generał Stilwell, który był gwiazdą w naszym mieście.

Olek założył zespół, który supportował kiedyś Myslovitz na trasie. Potem przychodził na nasze koncerty. W pewnym momencie wyjechał do Warszawy i zaczął pracować jako producent. Historia zatoczyła koło i postanowiliśmy, że będziemy pracować razem. Bałem się jedynie tego, że uruchomi się relacja fan — gwiazda. Poprosiłem go więc, żeby mi mówił za każdym razem, kiedy coś mu się nie podoba, żeby nie przyjmował moich opinii bezkrytycznie. Jeśli mamy współpracować, musimy być wobec siebie szczerzy.

PAP: Pracuje pan z artystami, którzy dorastali przy pana muzyce. Jest dla nich kimś więcej niż tylko muzykiem. Czy bycie obsadzonym w takiej roli jest trudne?

A.R.: Nie zastanawiałem się nad tym. Przesyłają mi melodię, podoba mi się, przychodzę do nich i współpracujemy. Tekst do „Syna okiennika” powstał w kilka godzin. Przyszedłem do studia z książkami, które miały być inspiracją, ostatecznie okazało się, że nie potrzebowaliśmy ani jednej.

Większość osób, z którymi pracowałem, to młodzi ludzie, podobni do siebie energetycznie: Dawid Podsiadło, Kortez, Daria ze Śląska, Bracia Kacperczyk. Mogliby się kumplować.

PAP: Pana muzyka trafia do ludzi, od pana o połowę młodszych. Znajdują w niej coś dla siebie, utożsamiają się z nią.

A.R.: To wyjątkowe dla artysty, jeżeli mija czas, a jego piosenki są cały czas śpiewane. Pojawia się jednak także we mnie żal, że nie miałem lepszej wyobraźni wcześniej. Nagrywałem piosenki tak po prostu. Nie traktowałem swojej pracy wyjątkowo. Często myślałem, że rzeczy związane z moją pracą to jakiś przypadek… Są tacy, którzy podchodzą do swojej sztuki kompletnie inaczej. Potrafią zadbać o każdy szczegół. Niczego nie gubią, skrzętnie archiwizują. Imponuje mi to. Bowie taki był.

PAP: Wróćmy do płyty. Cała jest utkana z autobiografii. W „Grubym, małym” bardzo się pan odsłania, wracając do wspomnienia z dzieciństwa: „Moje nazwisko/ Było jak przykrość/ Do dzisiaj nie wiem, kto/ Chciał tak poniżyć mnie/ Pisząc kredą/ Nie lubię/ Albo pedał/ Wryło się w serce mi”.

A.R.: To wspomnienie zawsze za mną chodziło.

Jak oglądam film, lubię, kiedy mną wstrząsa. Nie lubię chodzić do kina tylko dla zabicia czasu. Lubię filmy, o których często wszyscy mówią, że są straszliwie dołujące — np. „Przełamując fale”, „Pogorzelisko” czy „Czasami trzeba odpuścić”, które polecam wszystkim — i najczęściej dostaję potem właśnie taką recenzję.

Chciałem więc napisać piosenkę, która tak brzmi. Ale kiedy ją śpiewam, nie czuję, że jest o mnie. Jestem uwolniony od traumy wspomnień, choć przez długi czas nie traktowałam ich wcale traumatycznie. Odbijam się od nich. Refren jest świadomą próbą oderwania się od historii w zwrotkach.

Niektórzy mówią, że ta historia jest trudna i krępująca. Zdawałem sobie z tego sprawę, bo to nie jest piosenka dla wszystkich. Dotyczy tematu, o którym często nie rozmawia się nawet z bliskimi.

Na początku była zupełnie inna, jej wersja demo jest dodatkiem do płyty. Jednak wszystko zostało umiejętnie spięte — orkiestra, dramaturgia, tekst. Cieszę się z tego. Czasem, jak się pisze, czuje się, że to za dużo. Przy „Grubym, małym” tak nie miałem. Czułem, że podoba mi się ta historia, że właśnie tak powinienem ją opowiedzieć, ponieważ nie jest wyłącznie moja.

PAP: Wspominał pan, że kilka razy podchodził pan do napisania „Splątanych włosów”. Dlaczego?

A.R.: W tej piosence jest element, o którym bardzo długo chciałem napisać, ale nigdy mi się nie udawało.

To klasyczna piosenka o miłości. Chciałem napisać o — niektórym wydawać by się mogło, że błahym — wspomnieniu podrywania dziewczyn. Miałem w głowie taki obrazek: wybiegamy z kumplami przed szkołę po ostatniej lekcji i ustawiamy się przed wyjściem jako pierwsi. Patrzymy, kto wychodzi. Właśnie podczas jednej z takich chwil po raz pierwszy zobaczyłem Anię (żona Artura Rojka — PAP). Wyglądała wtedy jak Patti Smith — miała rozczochrane, splątane włosy.

PAP: Te sześcioletnie odstępy między kolejnymi płytami to przypadek?

A.R.: To dyktatura życiowych okoliczności. Po prostu trzeba chcieć. Kiedy ktoś chce, tak jak ja, nagrywa co sześć lat.

PAP: Jest coś, czego pan zazdrości – albo czego pan współczuje – muzykom, którzy debiutują w dzisiejszych czasach?

A.R.: Mieliśmy inne instrumenty, oni mają inne. My mieliśmy swoje problemy, oni mają swoje. Było po prostu inaczej. Nie uważam, że kiedyś było lepiej czy gorzej, niż jest teraz.

PAP: Czy zalew nowej muzyki i jej niemal nieograniczona dostępność nie wydają się panu męczące?

A.R.: Podczas pracy researcherskiej przy Off Festivalu nie jest to łatwe. Trzeba patrzeć szeroko i wnikliwie, otaczać się i rozmawiać z ludźmi podobnymi do siebie, być otwartym i nigdy nie przestawać.

Rozmawiali Zuzanna Piwek i Piotr Jagielski (PAP)

zzp/ pj/ miś/

Podobne

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Mojbilet imporezy w USA

Ostatnio dodane

Mojbilet imporezy w USA