HomePOLSKA

Wybory prezydenckie: Niższa frekwencja w II turze? 400 tys. Polaków ma kłopot z powodu przepisów i… wakacji

Wybory prezydenckie: Niższa frekwencja w II turze? 400 tys. Polaków ma kłopot z powodu przepisów i… wakacji

Wyborcy, którzy w pierwszej turze wyborów prezydenckich głosowali poza miejscem zamieszkania, bo wyjechali do pracy lub na wakacje, mają potężny problem: jeśli chcą oddać głos także w II turze, muszą fizycznie wrócić do miejscowości, w której oddali go za pierwszym razem. Ile głosów przez to przepadnie? Nawet 400 tysięcy! Przy minimalnych sondażowych różnicach między Andrzejem Dudą i Rafałem Trzaskowskim mogą to być głosy na wagę zwycięstwa.

– Dziwnym trafem dotyczy to akurat ludzi, którzy oddaliby głos raczej na Trzaskowskiego niż Dudę – uważa Grzegorz z Krakowa, od wielu lat nasz czytelnik.

Przed pierwszą turą przebywał w delegacji w Tomaszowie Mazowieckim. Ponieważ pobyt wydłużył się do powyborczego poniedziałku, postanowił oddać głos na miejscu. W przeciwnym razie musiałby w sobotę pojechać do domu, a w niedzielę wieczorem, po głosowaniu, wrócić do Tomaszowa na jedną dobę. Taka wyprawa to w sumie 450 km i ponad osiem straconych godzin. – Bez problemu dopisałem się do listy wyborców w Tomaszowie przez Elektroniczną Platformę Usług Administracji Publicznej, czyli ePUAP i w niedzielę oddałem głos – wyjaśnia Grzegorz.

Kiedy we wtorek wrócił do Krakowa, wszedł ponownie na ePUAP próbując się przerejestrować, by oddać głos w miejscu zamieszkania. Okazało się to niemożliwe. Polskie przepisy nie pozwalają na taką zmianę. Dla pewności zapytaliśmy o to Krajowe Biuro Wyborcze. Odpowiedź brzmi tak: „KBW przypomina, że do spisu wyborców można dopisać się tylko 1 raz. Jeśli dopisałeś się przed I turą – nie możesz dopisać się do innego spisu przed II turą. Jeśli chcesz głosować w innym miejscu, weź zaświadczenie o prawie do glosowania w urzędzie, w którym jesteś już dopisany do spisu wyborców. Podstawa prawna przekazania informacji: art. 15b ustawy z dnia 17 lutego 2005 r. o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne”.

– Czyli musiałbym się teraz powtórnie „kopnąć” do Tomaszowa Mazowieckiego po zaświadczenie od gminy, albo po prostu pojechać tam w niedzielę, by oddać głos w tej samej komisji, co w pierwszej turze. Paranoja! – uważa Grzegorz, który zaznacza, że pracuje po 16 godzin dziennie, także w weekendy, bo jego firma – jak wiele innych – przechodzi bardzo trudny czas wciąż odczuwając skutki pandemii i związanych z nią ograniczeń wprowadzonych przez rząd. – Nie mam czasu jeździć setki kilometrów i z tego powodu mój głos najpewniej przepadnie. Dziwnym trafem miał to być głos na Trzaskowskiego. Moi znajomi w mediach społecznościowych masowo zgłaszają identyczny problem. Oni wszyscy także są zwolennikami kandydata Koalicji Obywatelskiej. Przypadek? – pyta nasz czytelnik.

Wybory prezydenckie: te głosy przepadną?

To pytanie zadaje sobie wielu wyborców. Są wśród nich krakowianie, którzy pierwszą turę spędzili na krótkim wyjeździe w góry i tam głosowali (tym stosunkowo najłatwiej wrócić do komisji, w której się dopisali), ale też tacy, którzy 28 czerwca byli nad morzem, w Kołobrzegu, Mielnie, Łebie, Międzyzdrojach – i już wrócili (kto może się wczasować trzy tygodnie?). – Dlaczego w czasach totalnej cyfryzacji nie można się przepisać z jednej komisji do drugiej przez internet? – pytają. Towarzyszą temu spiskowe teorie mówiące o tym, że „to wszystko specjalnie”, bo „elektorat PiS raczej nie korzysta z ePUAP oraz rzadziej jeździ na wakacje i w delegacje”. Wniosek: odebranie im możliwości głosowania w II turze uderza przede wszystkim w Rafała Trzaskowskiego. Ilu ludzi dotyczy ten problem?

Wedle danych KBW, przed I turą do spisów wyborców poza miejscem zamieszkania dopisało się drogą elektroniczną 389 616 osób. Głosowały one przede wszystkim w miejscowościach wypoczynkowych, przez co w wielu komisjach padły dziejowe rekordy frekwencji – przez pandemię pierwszy raz od 1989 r. wybory odbywają się w wakacje. Teraz wszyscy tacy wyborcy – mejlem lub esemesem – otrzymali z KBW wiadomość o tej samej treści, co Grzegorz: muszą ponownie zagłosować tam, gdzie wcześniej lub wrócić do oddalonej o setki kilometrów „wakacyjnej” komisji po zaświadczenie. – Wcześniej w ePUAP nie było ostrzeżenia, że można się do listy dopisać elektronicznie tylko raz. Poza tym czy to logiczne, żeby tłuc się setki kilometrów, by czekać w kolejce na zaświadczenie z gminy, skoro ta sama czynność zajmuje w internecie dwie minuty? Gdyby prawo nie było tak absurdalnie głupie, mój głos by nie przepadł – irytuje się Katarzyna, inna nasza czytelniczka, która w I turze głosowała we Władysławowie, a teraz chciałaby pójść na wybory w rodzinnym Zabierzowie. Ale nie może. No, chyba że pojedzie do Władysławowa po zaświadczenie…

Teoretycznie przepisy są tak skonstruowane po to, by uniknąć nadużyć (czyli głosowania przez kogoś w dwóch miejscach). Ale w praktyce system informatyczny można tak skonstruować, by dopisanie się do listy wyborców w jednej miejscowości prowadziło do automatycznego skreślenia z innej listy. Obecnie, przed II turą, urzędnicy nie tylko wydają zaświadczenia, ale i informują właściwą gminę o kolejnych decyzjach wyborcy (gdzie się dopisał, skąd go wykreślić). Muszą to robić po staremu, „na piechotę”. Eksperci z KBW zwracają uwagę, że dla osób wyjeżdżających na krótko, czyli np. na wakacje, najlepszą opcją jest pobranie ze swojej gminy zaświadczenia o prawie do głosowania w miejscu pobytu. Trwa to, teoretycznie, pięć minut. Ale trzeba osobiście wybrać się do urzędu i liczyć na to, że nie ma tam kolejek.

W epoce cyfrowej to rozwiązanie – delikatnie mówić – przestarzałe; w erze koronawirusa – dodatkowo niebezpieczne. Dlatego tak wiele osób wybrało możliwość elektronicznego dopisania się do spisu wyborców przez ePUAP. I teraz cierpi – bo w II turze nie mają jak zagłosować. Czytelnicy zwracają uwagę, że przed I turą na rządowej stronie (www.gov.pl), obsługiwanej przez resort cyfryzacji, nie było jasnego ostrzeżenia, że do listy wyborców można się elektronicznie dopisać tylko raz. Pojawiła się ona dopiero dwa dni po wyborach, a więc już po fakcie, gdy wielu wyborców wróciło do domów. Resort odpowiada, że ta informacja była prezentowana na stronie wybory.gov.pl oraz w spotach zachęcających do pójścia na wybory emitowanych w telewizji i internecie.

Głosy, które przepadły za granicą

Przed I turą Polonia z Wielkiej Brytanii i Szwecji alarmowała, że mnóstwo Polaków nie będzie mogło uczestniczyć w głosowaniu z powodu „nagłego i nieoczekiwanego wydłużenia zakazu lotów do tych krajów przez polski rząd”. 10 czerwca polski rząd poinformował o otwarciu granic i „odmrożeniu” lotów pasażerskich za granicę od 17 czerwca. Komunikat nie zawierał żadnej wzmianki o tym, że otwarcie i odmrożenie będzie częściowe i nie obejmie niektórych krajów, zwłaszcza tak ważnych dla Polonii, jak Wielka Brytania czy Szwecja. W efekcie wielu Polaków po tygodniach przymusowej rozłąki z przebywającymi za granicą bliskimi wzięło urlopy, wykupiło bilety na samolot, część zarezerwowało noclegi. Jednocześnie większość z nich zarejestrowało się na listach wyborców w wyborach prezydenckich w krajach docelowych, czyli przede wszystkim w Wielkiej Brytanii.

Tymczasem we wtorek 16 czerwca wieczorem opublikowano rządowe rozporządzenie, które do 30 czerwca przedłużyło zakaz lotów do Wielkiej Brytanii, Szwecji i Portugalii. Reakcja podróżnych była jednoznaczna: zaczęli wieszać psy na polskim rządzie podkreślając, że z powodu nagłej zmiany decyzji nie mogą polecieć- ale też nie wezmą udziału w głosowaniu. Termin na rejestrację – czyli podjęcie decyzji, gdzie głosować – minął bowiem 15 czerwca. Problem dotyczył także tych Polaków, którzy przebywają za granicą, np. na Wyspach, ale nie zarejestrowali się tam jako wyborcy, bo myśleli, że przylecą do Polski i zagłosują tutaj.

Ile jest takich ludzi? Z liczby alarmistycznych wpisów w mediach społecznościowych można wnioskować, że mnóstwo. Niektórzy twierdzą wręcz, że rząd zrobił tak specjalnie: „Wybrali kraje z dużą Polonią, gdzie większość głosowała wcześniej przeciwko PiS. Przypadek?” Teraz, gdy można latać do Wielkiej Brytanii, część Polaków zagłosuje tam w II turze, inni przylecą z Wysp zagłosować w Polsce. Pojawił się jednak kolejny problem: przez pandemię tysiące wyborców nie otrzymało na czas pakietów wyborczych i nie mogło głosować. Obawiają się teraz „powtórki z rozrywki”. I zwracają uwagę, że zdecydowanie największy problem dotyczy krajów, w których w I turze wyraźnie wygrał Rafał Trzaskowski.

A triumfował on w sumie w 78 krajach (prezydent Duda w 8, w 2 był remis) – i to z wielką przewagą, zdobywając łącznie ponad 48 proc. głosów Polonii (Duda niecałe 21). W Wielkiej Brytanii ta przewaga była jeszcze większa (48,4 do 15,5), podobnie jak w Szwecji (52,6 do 18,4), Niemczech (52,5 do 20) czy Australii (54 do 21,6). Duda pokonał Trzaskowskiego w m.in. w USA (51 do 35) i Kanadzie oraz na Białorusi, Ukrainie i w Kazachstanie.

aip

COMMENTS