HomePOLSKAMałopolskie

TOPR – od ponad 100 lat ruszają w góry ratować ludzi

TOPR – od ponad 100 lat ruszają w góry ratować ludzi

Kiedyś nie mieli nowoczesnego sprzętu ani śmigłowca. Teraz mogą działać szybciej, bezpieczniej. Ale i tak nie każdemu udaje się ocalić życie…
Ostatnie tygodnie były tragiczne w Tatrach. W okresie świąteczno-noworocznym po polskiej i słowackiej stronie gór zginęło w sumie 14 osób. Po każdą z nich ruszali ratownicy. Jedną z najtrudniejszych akcji była ta w rejonie Kazalnicy. Trwała całą noc, wzięło w niej udział 23 toprowców, użyto specjalistycznego sprzętu do zjazdów wzdłuż skalnych ścian, ciężko rannego turystę przetransportowano do szpitala przystosowanym do latania w ciemnościach śmigłowcem ze Słowacji. Jak mogłyby przebiegać wyprawy ratunkowe sprzed lat, gdyby wtedy dysponowano nowoczesnym sprzętem? Jakie błędy dawnych turystów popełniają współcześni piechurzy?

foto Archiwum
Mały Kościelec. 8 lutego 1909 roku Mieczysław Karłowicz zginął w lawinie. Kompozytor i miłośnik Tatr popełnił błędy. Po pierwsze – na wyprawę narciarską poszedł samotnie. Po drugie – źle wybrał drogę. – Gdyby szedł dnem doliny, nie podciąłby lawiny – podkreśla Adam Marasek, ratownik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego od 1974 r., instruktor ratownictwa i przewodnik tatrzański. Jednocześnie podkreśla, że kompozytorowi nie pomógłby żaden nowoczesny sprzęt, np. detektor lawinowy. Być może miałby jakieś szanse, gdyby był wyposażony w plecak ABS. Umożliwia on porwanemu przez lawinę uruchomienie poduszek powietrznych, które utrzymują go powierzchni. Ale Karłowicz poszedł sam i nikt nie był w stanie go szybko odkopać. Akcja poszukiwawcza rozpoczęła się dopiero następnego dnia. Kiedy Mariusz Zaruski (założyciel i pierwszy naczelnik TOPR) dotarł na miejsce tragedii, zorientował się, że do przekopania lawiniska potrzeba wielu osób. Zajęło to kolejne dwa dni. – To akurat się nie zmieniło – mówi Adam Marasek. – Lawinisko trzeba sondować i kopać, jak choćby w 2003 roku pod Rysami. To ciężka fizyczna praca. Teraz ratownikom pomagają wyszkolone psy. Można się też posłużyć systemem Recco, służącym do wykrywania zasypanych.


Jaworowy Szczyt. Sierpień 1910 roku W trakcie wyprawy po wspinacza Stanisława Szulakiewicza zginął legendarny przewodnik tatrzański Klimek Bachleda. 5 sierpnia Szulakiewicz wraz z Janem Jarzyną rozpoczęli ambitną wspinaczkę na Mały Jaworowy Szczyt (dziś po słowackiej stronie). Po kilku godzinach odpadli od ściany. Poważnie ranny Szulakiewicz nie mógł się poruszać. Mniej poturbowany Jarzyna zdecydował o zejściu i po wielogodzinnym marszu dotarł do schroniska nad Morskim Okiem. Zadzwonił do Zakopanego, skąd wyruszyli ratownicy. Podstawowym problemem był brak łączności. Dziś partner Szulakiewicza mógłby wezwać pomoc przez telefon komórkowy. Ratownicy dotarliby też na miejsce dużo szybciej – zwłaszcza że dyżurują nie tylko w Zakopanem, ale i przy niektórych schroniskach. W akcji w 1910 r. wzięli udział m.in. Mariusz Zaruski i Klimek Bachleda. W kolejnych godzinach załamała się pogoda, padał marznący deszcz. W tym czasie ciężko ranny Szulakiewicz tracił siły. Z fatalnymi warunkami pogodowymi zmagali się też ratownicy. W końcu Zaruski zdecydował o odwrocie ze względów bezpieczeństwa. Padły słynne słowa: „Klimku, wracajcie”. Bachleda nie zareagował, wspinał się dalej w kierunku, gdzie jak mu się wydawało, mógł znaleźć rannego. Chwilę później zginął. Jego zwłoki odnaleziono i zniesiono na dół po ponad tygodniu. Wcześniej ratownicy dotarli do ciała Szulakiewicza. Z jednej strony mamy bohaterskiego ratownika, który bez względu na okoliczności chce dotrzeć do turysty, z drugiej – zignorowanie rozkazu naczelnika. Marasek nie przypomina sobie, by kiedykolwiek później któryś z ratowników odmówił wykonania polecenia kierującego akcją.


Galeria Gankowa. Kwiecień 1933 roku Wybitny wspinacz Wincenty Birkenmajer próbował zdobyć wschodni filar Ganku (po słowackiej stronie). Na wyprawę ruszył zmęczony, prosto z pociągu, którym przyjechał z Poznania. Nie dał się przekonać swojemu partnerowi Stanisławowi Grońskiemu, by odłożyć wspinaczkę ze względu na pogarszającą się pogodę. Chciał się zapisać w historii taternictwa. Po kilkudziesięciu godzinach Birkenmajer na oczach kolegi umarł z wyczerpania i wychłodzenia na Galerii Gankowej. Groński zabezpieczył zwłoki i zszedł do schroniska. Ratownicy razem z ówczesnym naczelnikiem TOPR-u Józefem Oppenheimem rozpoczęli ryzykowną wyprawę. W bardzo trudnych warunkach popełniono błędy asekuracyjne. W pewnym momencie ciało wspinacza, które ratownicy ciągnęli na linie, osunęło się. „Tylko wyjątkowej sile przewodnika Wojciecha Wawrytki należy zawdzięczać, że ciało Birkenmajera nie spadło w przepaść, pociągając za sobą ratowników” – opisywał potem Oppenheim. – Teraz taka wyprawa jest nie do pomyślenia, niepotrzebnie nie naraża się ludzi – podkreśla Adam Marasek. Dziś, gdyby wiedziano, że wspinacz nie żyje, czekano by na odpowiednią pogodę, podczas której mógłby polecieć śmigłowiec. W eksponowanych miejscach przygotowuje się stanowiska, zabezpiecza wszystko linami, tak by było bezpiecznie. Marasek zwraca też uwagę na częste dziś, „korporacyjne” podejście do gór i presję odniesienia sukcesu. Turyści przyjeżdżają w Tatry na parę dni, starają się realizować swoje cele bez względu na okoliczności, myślą: „Mam wreszcie wolne, tyle mnie to kosztowało, przejechałem kawał Polski. Plan trzeba wykonać”. Podobnie zachował się Wincenty Birkenmajer ponad 80 lat temu i to kosztowało go życie.


Kazalnica. 30 sierpnia 1978 roku Znany ratownik i narciarz Józef Uznański ratował ciężko rannego wspinacza Andrzeja Lewickiego. Jedyną możliwością dotarcia do niego był zjazd z użyciem tzw. zestawu Grammingera. Na stalowej linie ratownik ze szczytu ściany spuszczany był kilkaset metrów w dół. Użycie takiego sprzętu wymagało ogromnej precyzji i doskonałej znajomości terenu. Linę trzeba było spuścić dokładnie nad miejscem wypadku, możliwość odchylenia się była bardzo niewielka. Istniało też ryzyko zaklinowania się liny. Ranny był umieszczany w uprzęży przypominającej szelki na plecach ratownika i razem z nim opuszczany do podstawy ściany. Dziś, kiedy istnieje podejrzenie poważnych urazów, do rannego opuszczany jest ratownik z odpowiednimi noszami, z deską ortopedyczną i sprzętem koniecznym do ratowania życia. Adam Marasek podkreśla, że akcja z 1978 roku była niezmiernie czasochłonna. Ratownicy musieli sami dojść i wynieść sprzęt na Kazalnicę. Dziś przy dobrych warunkach używa się śmigłowca. – Owszem, przy gorszej pogodzie trzeba się wspiąć. Jednak, po pierwsze, współczesny sprzęt umożliwia sprawniejsze pokonywanie ścian. Po drugie zaś, ratownicy zamiast zestawu Grammingera używają dziś lin Dynema, które zwiększają bezpieczeństwo i zmniejszają ciężar wynoszonego sprzętu – dodaje. Andrzej Lewicki, ciężko ranny po upadku i kilkunastu godzinach spędzonych na zimnie, umarł na plecach Uznańskiego tuż przed zjazdem do podstawy ściany. – Taka sytuacja zostawia traumę. Można sobie tylko powiedzieć, że zrobiło się wszystko, co było możliwe – mówi Adam Marasek. Podkreśla, że i dziś dochodzi do podobnych sytuacji. Choćby kilkanaście dni temu, podczas wspomnianej na początku tekstu dramatycznej wyprawy, też w rejonie Kazalnicy. Gdy ratownicy dotarli do wiszącego na linie turysty ze Śląska, ten jeszcze żył. Podczas akcji ratowniczej wielokrotnie jego serce się zatrzymywało. TOPR-owcy przerywali wówczas wyciąganie turysty w górę i reanimowali go. Wszystko odbywało się w bardzo eksponowanym terenie, a nawet na wiszącej linie. Rannego przetransportowano do szpitala w Zakopanem. Tam czekali na niego lekarze – specjaliści od wyprowadzania z hipotermii. Niestety, mimo tych wszystkich starań, wysiłku wielu ratowników, użycia specjalistycznego sprzętu ratowniczego i medycznego, turysta zmarł. Przyczyną były poważne obrażenia głowy, których doznał podczas upadku. – Można mieć wszystko: sprzęt, świetną organizację, doskonale wyszkolonych ratowników, ale czasem brakuje szczęścia – mówi Marasek.
Szpiglasowa Przełęcz. 30 grudnia 2001 roku Dwóch ratowników TOPR-u: Marek Łabunowicz i Bartłomiej Olszański zginęło w lawinie podczas wyprawy, która wyruszyła po turystów także przysypanych śniegiem. Wyszli w góry mimo znacznego zagrożenia lawinowego (III stopień). Padający śnieg i słaba widoczność wykluczały użycie śmigłowca. Ratownicy starali się dotrzeć jak najszybciej do zasypanych. Porwała ich kolejna lawina. Kilku toprowców wykopało się, dwóch zostało pod śniegiem. Ratownikom nie udało się uratować życia kolegów. – Dla nas każda śmierć jest traumatyczna, ale inaczej się ją odbiera, kiedy ginie kolega – mówi Adam Marasek. Stawia pytanie: gdzie jest granica działania? I odpowiada: – Nikt nie idzie na stracenie, ale to służba, która polega na wychodzeniu w góry, żeby ratować innych. Podkreśla, że nie da się ze 100-procentową pewnością stwierdzić, że w danej sytuacji ratującym nie zagraża niebezpieczeństwo. – Można przyjąć zasadę, że ratownicy pójdą po ofiary wypadku, tylko kiedy będzie w 100 procentach bezpiecznie. Ale pojawia się pytanie – od czego są ratownicy? Pracy im nie brakuje. Wciąż wiele osób nieświadomych zagrożeń wybiera się w góry. Turystów, których trzeba ratować, jest więcej niż przed laty. Przez ponad 100 lat działalności TOPR-u zmienił się sprzęt i ubiór ratowników. Mają śmigłowiec i nowoczesne środki łączności. Są doskonale wyszkoleni, bogatsi o doświadczenia poprzednich generacji. Nie zmienił się etos ratowników, podejście do służby. – To ważne dla nas, ale przede wszystkim dla ratowanych – mówi Adam Marasek. 60-letni Klimek Bachleda nie odmówił Zaruskiemu udziału w trudnej akcji na Małym Jaworowym Szczycie. Współcześnie też żaden z ratowników nie powie: Dziś leje, nie idę.

 

COMMENTS