Sportowe “zmartwychwstania” – Kubica, Bielecki, Marszałek, Lauda…

Sportowe “zmartwychwstania” – Kubica, Bielecki, Marszałek, Lauda…

Ułamek sekundy. Huk, trzask, cisza, sygnał karetki. Koniec? Czasami tak, ale są szczęściarze, którzy nie tylko wrócili do sportowego życia, ale znów odnosili sukcesy.

Błąd, a czasami zwyczajny przypadek. Po prostu pech. Złośliwy los może przekreślić nie tylko sportową karierę. Bywa i tak, że w ułamku sekundy rozgrywa się walka między życiem i śmiercią, w której o wszystkim decydują centymetry. Świat wstrzymuje oddech… Dopiero potem padają pytania „co dalej?”. I rozpoczyna się najważniejsza walka: najpierw o powrót do zdrowia, a potem do sportu.

Sześć lat temu runął świat Karola Bieleckiego. Reprezentant Polski w piłce ręcznej w towarzyskim meczu z Chorwacją stracił lewe oko. Dramatyczne obrazy obiegły wszystkie media. Przypadkowe starcie z Josipem Valciciem, starania lekarzy o uratowanie wzroku zawodnika, komunikaty ze szpitala. I wreszcie ostateczna diagnoza.

– Powiedzieli mi, że straciłem oko. To dla mnie brzmiało jak wyrok – wspomina Bielecki i dodaje, że nie ma pretensji do rywala. – Nie zrobił tego umyślnie… Stało się, nic tego nie odwróci. Kilka dni później ogłosił zakończenie kariery. Nikt się temu nie dziwił.

Do akcji wkroczył jednak selekcjoner Bogdan Wenta. Za jego namową Bielecki zmienił zdanie. Decyzję wsparli lekarze, którzy potwierdzili, że z jednym okiem też można grać. Bielecki wrócił do treningów w specjalnych okularach robionych na zamówienie w Stanach Zjednoczonych, które chronią zdrowe oko. Pokazał, że jest twardzielem najpierw w zespole klubowym, a potem w reprezentacji. Rok temu wywalczył z biało-czerwonymi brązowy medal mistrzostw świata w Katarze.

Nie mniej dramatyczne chwile w karierze przeżywał jedyny do tej pory Polak w Formule 1, Robert Kubica. Gdy krakowianin został kierowcą BMW Sauber, w Polsce zapanowała moda na wyścigi bolidów. Wróżono mu wielką karierę, wielu fachowców widziało w nim przyszłego mistrza świata.

Zadebiutował 6 sierpnia 2006 roku na torze Hungaroring podczas Grand Prix Węgier, dwa lata później wygrał Grand Prix Kanady. Został też liderem klasyfikacji generalnej. Rok wcześniej świat wstrzymał oddech, patrząc na wypadek Kubicy na Circuit Gilles Villeneuve w Montrealu.
Na 27. okrążeniu Polak walczył o pozycję z włoskim kierowcą Jarno Trullim. Doszło do kontaktu bolidów, Kubica stracił panowanie nad swoim pojazdem i z prędkością 300 km na godzinę zjechał na pobocze, odbił się od barierek, a następnie kilka razy przekoziołkował i zatrzymał się na barierze ochronnej. Kierowca w kompletnie roztrzaskanym bolidzie nie dawał znaku życia. Kamerzyści odwrócili kamery, wszystko wskazywało na przypadek śmiertelny. Polski kierowca jednak żył, a w szpitalu nie stwierdzono nawet żadnego złamania. Część osób uznało to za cud, a część za triumf nowoczesnej technologii, chroniącej życie i zdrowie kierowców.
Znacznie gorszy w skutkach wypadek Kubica miał poza torem F1. Podczas rajdu samochodowego we Włoszech – Ronde di Andora – prowadzone przez niego auto uderzyło lewą stroną w barierę, która przeszyła pojazd. Aby wydostać Kubicę z wraku, trzeba było rozciąć karoserię. Polski kierowca przeszedł kilka operacji zmiażdżonej ręki, a potem długą rehabilitację. Nie poddał się, jego życie to przecież rajdy, wyścigi. Do Formuły 1 już nie wrócił, ale ściga się w rajdach samochodowych.
Długo można by też wymieniać kontuzje i wypadki jednego z najlepszych polskich żużlowców, Tomasza Golloba. Jeden z najdramatyczniejszych wypadków w jego drodze po mistrzostwo świata wydarzył się w 1999 roku we Wrocławiu. Po starcie doszło do kolizji pomiędzy Adamem Pawliczkiem, Piotrem Protasiewiczem i Gollobem, który potrącony przez tego ostatniego przeleciał przez bandę i uderzył jeszcze w słup sygnalizacji. Skończyło się tylko na złamanym obojczyku Protasiewicza i wstrząśnieniu mózgu Golloba, który jednak mocno obolały tydzień później nie był w stanie walczyć w Vojens i stracił szansę na mistrzowską koronę.
Żużlowiec z Bydgoszczy miał także kilka groźnych karamboli samochodowych, a w 2007 roku przeżył wypadek awionetki. Było to zresztą w tym samym dniu (10 lipca 2007), w którym koszmarny wypadek w Kanadzie miał Kubica. Na pokładzie awionetki, którą pilotował ojciec zawodnika, Władysław Gollob, byli także Rune Holta i mechanik Wojciech Malak. Samolot zaczepił o drzewo i runął na ziemię. Najbardziej ucierpiał pilot, który doznał złamania obojczyka i kości podudzia. Pozostali byli tylko mocno poobijani.
Gollob, podobnie jak za każdym razem po wypadkach, wracał na tor, by zrealizować swój życiowy plan. – Kiedy byłem dzieckiem, powiedziałem sobie, że będę mistrzem świata – powtarzał. I w końcu udało się. W 2010 roku został najlepszym żużlowcem globu. Po koszmarnych wypadkach wracali do sportu nie tylko polscy sportowcy.
Austriacki kierowca, Niki Lauda, omal nie spłonął podczas wyścigu Formuły 1, by po kilku tygodniach wrócić na tor, a potem sięgnąć po tytuł mistrza świata. Po wypadku motocyklowym inwalidą mógł zostać alpejczyk Hermann Maier. Lekarze uratowali mu nogę, ale przy okazji powiedzieli, że o narciarstwie może już zapomnieć. Austriak wrócił na trasy, a rok później sięgnął po Kryształową Kulę. Oczywiście nie wszyscy mieli tyle szczęścia, ale te przykłady pokazują, że dopóki tli się cień szansy, trzeba wierzyć, że uda się ją wykorzystać.


COMMENTS

WORDPRESS: 0