Prof. Zbigniew Mikołejko o piątku 13-ego: “Stare przesądy zastępujemy nowymi. Wcale nie przestaliśmy być archaiczni czy średniowieczni”

Prof. Zbigniew Mikołejko o piątku 13-ego: “Stare przesądy zastępujemy nowymi. Wcale nie przestaliśmy być archaiczni czy średniowieczni”

Przesądy były, są i będą. Stare zastępujemy tylko nowymi. Wiara w feralny piątek trzynastego jest takim nowym przesądem, choć oczywiście ma on stare źródła. Musimy sobie powiedzieć prostą rzecz: między religią a magią nie ma wyraźnej granicy – mówi prof. Zbigniew Mikołejko.

Na czym polega ten fenomen, że w piątek trzynastego naród ochrzczony łapie się za guzik i uważa na to, żeby, broń Boże, nie natknąć się na czarnego kota? Akurat ja za czarnymi kotami przepadam – najwyraźniej nie całkiem należę do tego narodu wybranego i porządnie ochrzczonego. Na szczęście nie wszyscy ulegamy zabobonom. Wielu z nas zresztą traktuje sprawę przesądów żartobliwie. Przesądy oczywiście były, są i będą. I nie zależą od tego, czy zostaliśmy, czy nie zostaliśmy ochrzczeni. To akurat nie ma żadnego znaczenia.

Religia nie ma wpływu na to, żeby odrzucić przesądy? Religia nie wpływa na bardzo wiele rzeczy. Na przykład, co obserwujemy w Polsce, nie wpływa zbytnio na kształt moralności. Wybory moralne, których dokonują ludzie uznający siebie za chrześcijan, nijak się przecież na ogół mają do wskazań moralnych Kościoła, którego są członkami. Zresztą, czym jest w tym wypadku religia? Istnieje takie szkolne przekonanie, że religia jest czymś różnym od magii, prawda?

Nie jest? Księża z ambon głoszą: „Nie chodźcie do wróżek, nie wierzcie w horoskopy”. Bo to grzech. A mimo to ezoteryczna siła w Polsce trzyma się nieźle i staje się wielkim biznesem. Jasne. Ale tu musimy sobie powiedzieć prostą rzecz: między religią a magią nie ma wyraźnej granicy. Wszystkie rozwinięte religie zawierają w sobie elementy dawnych wierzeń uznanych za „pogańskie”, które często łączą się ze starymi religiami natury, z archaiczną magią. Można by krok po kroku pokazać, jak w praktyce religijnej katolików w Polsce to się uzewnętrznia. Chociażby sprawa słynnej lipy w Cielętnikach, której pień pobożni pielgrzymi idący do Częstochowy od lat 60. ogryzali, dopóki w 2017 roku nie powalił jej orkan Ksawery i trzeba ją było ogrodzić siatką. Lipa rośnie na terenie kościoła, na murze którego powieszono ikonę świętej Apolonii, patronki cierpiących na bóle zęba, a także patronki stomatologów, ponieważ ją samą umęczono przez zmiażdżenie jej szczęki i wybicie zębów. Stąd obgryzanie kory lipy w tej miejscowości zrodziło się absolutnie na wzór archaiczny, żeby nie powiedzieć, średniowieczny. A zatem wcale nie przestaliśmy być archaiczni czy średniowieczni. Stare przesądy zastępujemy tylko nowymi. Wiara w feralny piątek trzynastego jest takim nowym przesądem, choć oczywiście ma on stare źródła. Czym się różni wiara w cudowną moc krwi Jana Pawła II, rozdawanej przez kard. Dziwisza, od wiary w jakiegoś uzdrawiacza

Za chwilę o tych źródłach porozmawiamy, ale zatrzymajmy się może przy magii i religii, bo to bardzo ciekawe, co pan mówi. Między nimi nie ma… … granicy. Nie widać jej i jedna przepływa w drugą. Triumfujące religie monoteistyczne zassały bowiem niczym wielkie lodowce – dotyczy to zarówno chrześcijaństwa i judaizmu, jak i islamu – zastane wierzenia pierwotne, które były często wierzeniami związanymi z kultami przyrody, były zmysłowymi religiami natury.

Rozmawiałam o tym z księdzem profesorem Andrzejem Kobylińskim, on sporo o tym pisze. Jego zdaniem religię chrześcijańską od magii różni to, że chrześcijaństwo przyniosło racjonalność. Nie mogę się z tym zgodzić, bo to by oznaczało, że przed chrześcijaństwem nie było filozofii greckiej. A przecież była. Nie ma co się oszukiwać: racjonalna grecka filozofia istniała na kilka stuleci przed chrześcijaństwem. A była też i racjonalna filozofia chińska. Owszem, chrześcijaństwo było przełomem, ale raczej w sferze moralnej niż kwestiach racjonalności czy nieracjonalności; rozumności czy nierozumności. Gdyby w tym względzie było tak doskonale, to nie byłoby rozmaitych szaleństw chrześcijaństwa, tych najróżniejszych form prześladowań, rozmaitych form przesądu, ścigania czarownic przez katolików i protestantów. Nie byłoby wypraw krzyżowych. Nie byłoby fanatyzmu.

Ksiądz profesor Kobyliński zwraca uwagę i często to powtarza w wywiadach i swoich publikacjach, że do Polski od lat przenika szamańskie widzenie religii. Czy to znaczy, że my, Polacy, jesteśmy na tę magię tak podatni? Nie bardzo wiem, co ksiądz profesor rozumie przez szamańskie widzenie religii.

Na przykład to, że przyjeżdżają do Polski niezweryfikowani przez Kościół uzdrowiciele, którzy na stadionach, powołując się na Jezusa Chrystusa, nakładają na ludzi ręce, głosząc, że ich leczą. Naturalnie! Ale to przecież sam Kościół katolicki zaprosił Bashoborę.

No właśnie! I coraz głośniej mówi się o tym, że to jest kompromitacja religii. Tak jest. Ale w Warszawie na stadionie i w Mogilnie odbyły się wielkie spotkania z Bashoborą i firmował to jednak Kościół katolicki.

Tylko w tym samym Kościele katolickim są duchowni, którzy się od Bashobory odcinają. Pozwoli pani, że odpowiem na to w ten sposób: pusty śmiech mnie ogarnia. Idąc natomiast tropem tego, co mówi ksiądz profesor Kobyliński: racjonalny rzekomo Kościół najpierw ulega takiemu przesądnemu szamanizmowi, a potem się odeń odcina? No, nie, na Boga!

A z drugiej strony, a było to nie tak dawno, pamiętamy księdza, który w Gdańsku palił między innymi książkę o Harrym Potterze. To, o czym w tej chwili mówimy, to magiczna próba poradzenia sobie z odpryskami różnych duchowości, różnych praktyk religijnych czy quasi-religijnych, które krążą w powietrzu. Innymi słowy, chodzi o walkę z konkurencją. Czym się bowiem różni wiara w cudowną moc krwi Jana Pawła II, rozdawanej w dawkach przez kardynała Stanisława Dziwisza, od wiary w jakiegoś uzdrawiacza czy magiczne przedmioty, które dały podstawy New Age? A Jezus – o ile pamiętam – nie kropił święconą wodą mostów i samochodów, nie czcił starych kości i zasuszonych napletków, nie używał kadzidła przeciw złym mocom.

W wielu kościołach i sanktuariach są relikwie i są one traktowane jako przedmioty święte. Relikwie w praktyce kościelnej mają swoje znaczenie, ale jest to wyraz tego, że pewne elementy magicznego myślenia zostały przeniesione w głąb chrześcijaństwa. W Strzelnie, w cudownym romańskim kościele znajduje się gigantyczna kolekcja relikwii, chyba druga co do wielkości; jest ich tam kilkaset. Ale to chyba w Jarosławiu jest ich najwięcej w Polsce. Protestantyzm na Zachodzie w znacznej mierze oczyścił religię chrześcijańską z tej magiczności. Ale – jak widać – nie do końca, bo w końcu wiara w piątek trzynastego najmocniej obecna jest w kraju z dominantą protestancką, czyli w Stanach Zjednoczonych.

Racja. W samolotach amerykańskich linii lotniczych nie ma miejsca o numerze 13, w hotelach nie ma takiego pokoju, a w szpitalach sali z tym numerem. To wszystko jest stosunkowo świeżej daty. Jedni mówią, że to się zaczęło gdzieś w końcu XVIII wieku, drudzy, że w końcu XIX wieku. Zapewne winna jest tu książka zapomnianego dzisiaj pisarza Thomasa W. Lawsona, „Piątek, trzynastego” z 1907 roku. Wiara w pechowy piątek trzynastego podtrzymywana jest przez kulturę amerykańską; w opowiadaniu Trumana Capote’a „Bożonarodzeniowe wspomnienie” przyjaciółka narratora jest niezwykle w tej mierze przesądna i trzynastego leży w łóżku, nie mając zamiaru wychodzić z domu. Trudno zresztą mówić tu o źródłach tego magicznego wierzenia co do złej mocy trzynastki, bo na przykład we Włoszech trzynastka jest liczbą szczęśliwą. Ja też lubię trzynastkę i piątek. Oczywiście, lubię z ironicznym dystansem, bo nie przywiązuję wagi do takich kwestii. Wedle porzekadła: „My, ateiści, nie wierzymy w przesądy, ponieważ wiemy, że zawsze można odpukać w niemalowane drewno”.

(Śmiech). Znałam jeszcze jedną osobę, która lubiła trzynastkę. To generał Sławomir Petelicki, który w tym roku właśnie 13 września w piątek obchodziłby 73. urodziny. Gdyby żył. Takie historie się zdarzają. Ale wracając do Stanów Zjednoczonych: proszę zauważyć, że żadne z traumatycznych wydarzeń, tych najważniejszych, nie wydarzyło się trzynastego – ani atak na Pearl Harbor, ani załamanie na Wall Street, ani wybuch wojny secesyjnej, ani zamach z września 2001 roku. A to są istotne momenty, z racji których tysiące – jeśli nie miliony – ludzi doznały niebywałych traum. W Polsce 13 grudnia jawi się nam wprawdzie niedobrze – jako dzień ogłoszenia stanu wojennego. Ale w tym wypadku sięgnięto do zupełnie innej symboliki.

O! Nie wiedziałam, że wybierając ten dzień, komunistyczne władze sięgnęły do jakiejkolwiek symboliki. Rzeczywiście cybernetycy społeczni, którzy pracowali dla władz nad wyznaczeniem daty, nie przypadkiem wybrali tę datę. I mniej więcej w tym samym czasie ukazała się też książka Ludwika Stommy – to było skądinąd zabawne -„Słońce rodzi się 13 grudnia”, o dniu świętej Łucji, obchodzonym w zwłaszcza Skandynawii jako początek zimy, ale i wiecznie zielonych roślin i światła pośród ciemności. To też pokazuje ambiwalencje, o jakich mówimy. A skoro wspomniałem o kulturze skandynawskiej, to warto przypomnieć, że w niej też jest obecne to wierzenie: w nordyckich mitach bowiem Loki, zły i przewrotny trickster, patron ognia i oszustwa, szkodliwy błazen i twórca najgorszych potworów, dosiadł się bowiem jako trzynasty do uczty dwunastu bogów i spowodował śmierć Baldura, dobrego i pięknego.

Może trzynastka dlatego jest pechowa, że jest nieparzysta i nie pasuje? Nie pasowała na przykład do 12 apostołów. Nie było dwunastu apostołów. Liczba 12 została dostosowana do żydowskiej tradycji dwunastu pokoleń Jakubowych. W ewangeliach kanonicznych i w Dziejach Apostolskich, jeśli zsumuje się zawarte tam spisy – a ja to zrobiłem przed laty w eseju o Judaszu pisanym dla „Twórczości” – apostołów było szesnastu czy siedemnastu. Ich liczbę zredukowano do symbolicznej dwunastki w ten głównie sposób, że utożsamiono na przykład Lewiego z Mateuszem, a Nataniela z Bartłomiejem. Powołuję się tu na kanoniczne teksty, a były przecież jeszcze ewangelie niekanoniczne, apokryficzne, niektóre z nich równie stare jak te kanoniczne. Judasz też nie był trzynastym apostołem – był nim Maciej wybrany na jego miejsce. Dwunastka jest tu jednak istotna, gdyż być może w jej symbolicznym znaczeniu tkwi podstawowe źródło przesądu. W rozmaitych kulturach i w religiach tak zwanych Abrahamowych, czyli w islamie, judaizmie i chrześcijaństwie, oznacza więc ona pełnię i doskonałość. W związku z tym to, co jest trzynaste, jest wykroczeniem poza tę doskonałość, jest naruszeniem tego ładu. Ma być zatem 12 pokoleń Izraela – chrześcijaństwo mówi przecież: „Jesteśmy nowym Izraelem”. No i liczbę apostołów dostosowano w późniejszych interpretacjach ewangelicznych przekazów do tych pokoleń Jakubowych, plemion Izraela. Liczba 12 wielokrotnie pojawia się też w Apokalipsie i innych miejscach Pisma z pozytywną konotacją.

A dwunastka jako tuzin jaj? Wiąże się to już z czymś innym – z archaicznym systemem liczenia, wywodzącym się z Babilonii. Można też sięgnąć do 12 miesięcy w roku, ale w judaizmie przecież mamy co dwa, trzy lata adar szeni – miesiąc dodatkowy.

I tu mi pan przypomniał: w Polsce dziś chyba nikt nie powie, że „trzynastka”, czyli trzynasta emerytura to coś pechowego. Co więcej, Jarosław Kaczyński obiecuje emerytom nawet dwie „trzynastki”, w 2021 roku. I to jest ta pozytywna konotacja. Tu nagle Polacy zapominają o tym, że trzynastka jest pechowa, zacierają rączki i biegną do urn, żeby głosować za PiS-em, bo „oni dają”.

Pozwolę sobie wrócić do źródeł związanych z liczbą 13, o których jeszcze nie powiedzieliśmy. Według Wikipedii piątek trzynastego miał się wziąć z wydarzeń w 1307 roku, kiedy to… … spalono templariuszy. Właśnie. Król Francji Filip IV kłamliwie oskarżył zakonników o herezję i sodomię, a powód był taki, że był u templariuszy zadłużony. A wielki mistrz zakonu Jakub de Molay tego dnia przeklął króla, papieża Klemensa V i wielkiego konetabla Francji – i rok później nie było ich już wśród żywych. Tylko że podobnych wydarzeń znajdziemy całą chmarę – przy innych datach. Trzeba przy tym powiedzieć, że ten piątek, trzynastego od Jakuba de Molay to nie jest ten sam piątek, trzynastego, jaki mamy dzisiaj. Później była przecież reforma kalendarza, w związku z czym w ogóle prawie dwa tygodnie zniknęły. Czyli, mówiąc krótko, ci, którzy żyją według kalendarza juliańskiego, rzeczywiście mają ten piątek, trzynastego od Jakuba de Molay, a ci, którzy, tak jak my, żyją według kalendarza gregoriańskiego – już niekoniecznie (śmiech). Dotykamy tutaj czegoś jeszcze innego i dość istotnego. Mianowicie czas to tylko nazwa przemijania – bo istnieć to znaczy przemijać. To oznacza, że kalendarz nie istnieje bez człowieka, że bez naszej podmiotowości nie ma tego, co nazywamy czasem. Czas jest konstrukcją naszego umysłu. Jest swoistą metaforą przemijania. Jego obrazem. Sposobem rachowania się z przemijaniem. I niczym innym. Inaczej mówiąc, wszystko, co robimy, również w sprawach przesądów, jest pewnego rodzaju projekcją naszego umysłu; rzutowaniem naszych pragnień, lęków, nadziei na rozmaite rzeczy, które stają się symbolami albo znakami.

To zrozumiałe, bo człowiek po prostu potrzebuje zrzucić z siebie winę. I zrzuca na coś innego. Że to nie on, to pechowa trzynastka, czarny kot… Owszem. To oczywiste, że tego potrzebujemy. To jest też rodzaj oczyszczenia siebie, usprawiedliwienia własnych błędów, zaniechań i złych czynów. Ale jest to też kwestia poradzenia sobie z trwogami, które nas ogarniają. Gdzieś one zostają ucieleśnione – w jakiejś roślinie, ptaku, zwierzęciu, liczbie, w czymkolwiek. Nie było dwunastu apostołów. Liczba 12 została dostosowana do żydowskiej tradycji dwunastu pokoleń Jakubowych

Rozumiem też, że wynika to z tego, że człowiek potrzebuje wytłumaczenia tego świata, jak również tego, co się w nim wydarza. I tłumaczy to magicznie. No tak. A czy nie powinien sięgać raczej po wytłumaczenia racjonalne, sprawdzalne, związane na przykład z nauką, a nie magią? Dlaczego powinien? Zna pani redaktor jakieś prawo psychologiczne, społeczne czy kulturowe, które nakazywałoby nam być racjonalnymi? No nie ma takiego prawa. Takiego prawa nie ma, ale są prawa fizyki, których można się trzymać, bo są naukowo udowodnione. Są sprawdzalne. Jest prawo grawitacji, choć ostatnie badania wykazują, że i ona wcale nie jest taka do końca pewna. Prawa fizyki to są też pewnego rodzaju konstrukty. A poza tym, kto zna prawa fizyki? Dziś, na dodatek, nauka to nie jest już zbiór praw. Od końca XVII stulecia do pierwszej połowy XX wieku, w kulturze oświeceniowej i pooświeceniowej, mogliśmy mówić o sztywnych prawach nauki, które wyniknęły z tamtego odczarowania świata. Pojawiły się wtedy prawa i wiara w te prawa.

Wiara w szkiełko i oko. Tak jest. Człowiek przed rewolucją naukową, przed owym XVII stuleciem, żył nadto w rzeczywistości mityczno-poetyckiej czy też poetycko-symbolicznej, pełnej tajemniczych znaczeń, zdarzeń, zjawisk. I tłumaczył je sobie magicznie, niezależnie od tego, że formalnie był wpisany w jakąś religię monoteistyczną. Natomiast jego rzeczywistość była mocno magiczna. Wraz z nowożytną nauką, poczynając od XVII stulecia, nastąpiło to fascynujące odczarowanie świata – wiara w moc nauki, w racjonalność, w te wszystkie religie postępu, rozumności, wiedzy. Ale czym się stała nowożytna nauka? Czym teraz jest nowoczesna nauka? Z jednej strony stała się obrazem hipotez, które się nieustannie zmieniają, ale z drugiej – stała się czymś niezrozumiałym dla takiego przeciętnego zjadacza chleba jak ja. Kto dziś zna się na czarnych dziurach, kwarkach, kwantach?

Znam parę osób, które wiedzą, o co w tym chodzi (śmiech). Ale dziś jeden fizyk nie rozumie drugiego fizyka. Jeden biolog nie rozumie drugiego biologa. Dzisiejsza nauka stała się dziełem wielkich zespołów ludzkich, często znudzonych specjalistów w białych fartuchach, którzy dłubią w jakichś wycinkach rzeczywistości i uprawiają tajemnicze rzeczy. Pojawiła się w nas, w związku z tym, tęsknota za ponownym zaczarowaniem świata, który by to wszystko jakoś wyjaśniał. Bardzo chętnie więc oddajemy się we władzę rozmaitych archaicznych tradycji, które przywołuje nasza kultura. Dzieje się to za sprawą takich książek jak „Harry Potter” czy filmów na podstawie powieści Tolkiena, który przecież był praktykującym i głęboko wierzącym katolikiem. Podobnie jak C.S. Lewis i jego „Opowieści z Narnii” – który był wierzącym baptystą, nawróconym zresztą przez Tolkiena, który go do baptyzmu przywrócił. Oprócz tego zawsze byli, są i będą różnorodni oczajdusze, uprawiający tandetną magię

. No pewnie, że będą. I zawsze znajdą się ludzie skłonni im wierzyć. Rozmawiając ostatnio na temat magicznego myślenia i irracjonalności w rzeczywistości z pewnym fizykiem pracującym na bardzo wysokim poziomie abstrakcji, usłyszałam zdanie: „Może to nie jest logiczne, ale to jest żywe”. Bardzo mi się taki sposób widzenia rzeczywistości spodobał. I to jest właśnie to. W końcu, jak już mówiłem, nauka dzisiaj nie ma w sobie tego czaru. Jest tym, czym jest – niepojęta, daleka od nas w istocie. Nie możemy jej zrozumieć, bo jej hipotezy są opisywane w skomplikowanym języku matematycznym. Owszem, otrzymujemy jakieś popularyzacyjne przybliżenia, ale są one jednak dalekie od tych podstawowych sensów przez naukę przywoływanych. W związku z tym jest to właśnie tajemnicze i niedostępne. A jednocześnie wydaje się, że jest odrębne od tak zwanego życia. Poza tym chodzi też o to, że nauka nie wyjaśnia wszystkiego, jeśli chodzi o nas i o świat. Psychologia może się przybliżyć do naszych lęków i snów, może je rozpoznać, ale tylko w pewnym zakresie. Nadal jednak nie znamy naszych przeznaczeń, naszych indywidualnych losów. Innymi słowy, jest cała sfera, z którą nauka sobie nie radzi. Ba, nie radzi sobie z nią nawet filozofia. Dawna zresztą filozofia pełniła często funkcje pocieszające, dzisiejsza też często bywa skomplikowana. Przecież nie da się objaśnić osobom nieobeznanym z tradycją filozoficzną myśli Heideggera, fenomenologii czy poststrukturalizmu w sposób łatwy i prosty.

Wracając do początku naszej rozmowy – jak odróżnić, że coś jest magią, a coś jest religią? Czy musimy to odróżniać? Przepraszam, że w ten sposób zapytam: czy musimy odróżniać to, co jest nieodróżnialne? Nie ma różnicy między nimi? Skoro granica jest zatarta, nie ma żadnej różnicy. Do odróżnienia dążą ci, którzy chcieliby z pewnej formacji religijnej uczynić monopol na naszą duchowość. Mówię o tym brutalnie i kategorycznie. Dlatego paliło się ongiś na stosie. Dziś już – karykaturalnie na szczęście – trochę popularnych książek i gadżetów.

Wygląda na to, że dziś, i zwraca na to uwagę ksiądz profesor Kobyliński, sami katolicy nie wiedzą, co jest, a co nie jest ultrakatolickie. Nigdy tego nie wiedzieli. Przy pracy nad kolejną książką czytałem niedawno dziennik wyprawy moskiewskiej pisany przez człowieka ówczesnej elity, reprezentanta katolickiej magnaterii, z roku około 1612. Mówi on z pełną powagą, że w karczmie, w której nocował, przyłapano babę, która czarowała, używając do tego żaby.

Cieszę się, że nie żyję w tamtych czasach. Nie dajmy się więc zwariować. Przede wszystkim chodzi o monopol. Gdybyśmy zresztą zaczęli analizować to, co się opowiada w kościołach, co głoszą księża, co uprawia lud Boży… Dałem już przykład tej nieszczęsnej lipy, obgryzanej przez pobożnych Polaków-katolików, pielgrzymujących w XX i XXI wieku na Jasną Górę. Drzewo miało 700 lat, a zaczęto je obgryzać współcześnie, dopóki go ksiądz wespół z radą wiejską nie ogrodził siatką i huragan nie powalił.

Jak się taki zabobon rodzi? Jak nagle ktoś wpadł na pomysł, że kora lipy przy kościele z wizerunkiem świętej Apolonii leczy zęby? To proste. Chrześcijaństwo w Polsce jest tylko pewnego rodzaju „polerką” – czymś powierzchownym. Właściwie podział wygląda następująco: religia jest w kościele, a w życiu jest „hulaj dusza bez kontusza”. Czy to w sprawach moralności, czy w sprawach wiary. Gdyby tak było, że nauki Chrystusa, z przykazaniem miłości bliźniego na czele, przekładają się na praktykę życiową, to trochę inaczej nasza rzeczywistość by wyglądała. Ale to wymaga już osobnej opowieści o polskim katolicyzmie.

 

aip



COMMENTS

WORDPRESS: 0