Poniżano, głodzono, katowano. Jak Urząd Bezpieczeństwa prześladował bohaterów

Poniżano, głodzono, katowano. Jak Urząd Bezpieczeństwa prześladował bohaterów

Więziono ich w piwnicach dawnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy Koszykowej. Poniżano, głodzono, katowano. Żołnierze Armii Krajowej, powstańcy warszawscy. Bohaterowie.

W Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych 1 marca prezydent Andrzej Duda otworzył przy ul. Koszykowej nową ekspozycję, którą przygotowało Muzeum Powstania Warszawskiego – „Cele bezpieki. Areszt Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego 1945-1954”. Powstała ona w piwnicach dawnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (dziś mieści się tu Ministerstwo Sprawiedliwości), w budynku, który przetrwał wojnę i w podziemiach którego areszt śledczy zaczął działać już jesienią 1945 roku. Trzy lata później cały obiekt został rozbudowany. Wykorzystano istniejącą infrastrukturę cel, pozostawioną przez poprzedników – niemiecką policję kryminalną Kripo. Przetrzymywanych tam więźniów zaliczano do kategorii „politycznych”, „gospodarczych” i „sabotażystów”. Przetrzymywano tam też Niemców i Ukraińców. Ale przeważającą większość stanowili więźniowie polityczni. – Strażnikami byli francuscy komuniści, sprowadzeni po to, by całkowicie odciąć więźniów od zewnętrznego świata i zminimalizować ryzyko ucieczki – mówi w rozmowie z „Polską” Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego. Ówczesny resort bezpieczeństwa, zorganizowany według wzorów sowieckich i pod nadzorem sowieckich „doradców”, posługiwał się metodami stosowanymi przez NKWD czy kontrwywiad „Smiersz”, takimi jak poniżanie, głodzenie, bicie i torturowanie. Szef Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, generał Stanisław Radkiewicz przyznawał wprost, że celem kierowanej przez niego instytucji jest „bicie wroga klasowego”. Skala represji była ogromna. W latach 1944-1956 przez komunistyczne więzienia w Polsce przeszło ponad 1 mln ludzi, a szykanom i represjom poddano ponad 5 mln obywateli. W latach 1944-1956 skazano na śmierć 5 tys. osób, z czego wykonano wyrok na ok. 3 tys. Ponad 8,5 tys. osób bezpieka zabiła w walce. W tym okresie w więzieniach zmarło 20 439 osób (dane Centralnego Zarządu Zakładów Karnych z lat 90.). W 1945 roku Komitet Centralny PPR określił „pożądane” proporcje inwigilacji – jeden funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa na 200 obywateli. I choć nie udało się osiągnąć tej liczby, to w 1953 roku Polaków pilnowało ok. 33 tys. funkcjonariuszy UB i śledziło 85 tys. tajnych agentów bezpieki. Nowa ekspozycja Muzeum Powstania Warszawskiego poprzez ukazanie metod działania aparatu bezpieczeństwa i prezentację bohaterów podziemia antykomunistycznego pokazuje dwa przeciwstawne systemy wartości i opowiada o losach powstańców warszawskich prześladowanych po wojnie. W części edukacyjnej – w zrekonstruowanych celach i karcerach zaprezentowana jest historia oporu i walki oraz totalitarnego aparatu represji w latach 1944-1956, a także historia walki o wolność w latach 1956-1989. Część tematyczna prezentuje katów, ofiary oraz kolejne fazy represji (inwigilacja, aresztowanie, przesłuchanie, proces, wyrok). Część informacyjna wreszcie przedstawia proces przywracania pamięci po 1989 roku. Odtworzone cele, w których więziono żołnierzy AK, powstańców warszawskich można oglądać od 2 marca. Zachowały się tu oryginalne drzwi, judasze, udało się też uratować oryginalne płytki pokrywające podłogę, a także sporo elementów dawnego wyposażenia. Zdaniem Jana Ołdakowskiego miejsce to jest swoistą eksklawą – choć oddzielone geograficznie od Muzeum Powstania Warszawskiego, opowiada o jednym z tych okrutnie niesprawiedliwych momentów historii Powstania Warszawskiego – o tym, co działo się z młodymi bohaterami po wojnie. A przecież oni wyobrażali sobie ten czas zupełnie inaczej: że będą szli Alejami Ujazdowskimi, paradując, będą ich witały tłumy. Tak też śpiewali: „Alejami, z paradą, będziem szli defiladą, wolną Polską, co wstała z naszej krwi”. – Paradoks historii polegał na tym, że nie czekała ich parada, ale katownie bezpieki – mówi Jan Ołdakowski. Na Koszykową trafiali i byli tu przetrzymywani czasem kilkanaście godzin, a czasem kilka miesięcy, w zależności od toczącego się śledztwa. – Były też cele mokre – opowiada historyk Andrzej Komuda, przewodnik Muzeum Powstania Warszawskiego. I dodaje: – Karą było siedzenie w wodzie. Cele pozbawione były światła dziennego, więc więźniowie nie wiedzieli, czy jest dzień, czy noc. O tym, aby dawne cele bezpieki udostępnić zwiedzającym, myślano od dawna. Wszystko zaczęło się w 2005 roku, kiedy Muzeum Powstania Warszawskiego zorganizowało plenerową wystawę „Alejami paradą mieli iść”, nawiązującą właśnie do piosenki „Parasola”. Wystawie patronował prezydent Lech Kaczyński. Na Alejach Ujazdowskich umieszczono wtedy kilkadziesiąt podświetlonych portretów młodych ludzi, którzy byli prześladowani przez komunistyczne władze za przynależność do AK, za walkę o niepodległość Polski. – Chcieliśmy im oddać hołd. Oddać im Aleje Ujazdowskie – wspomina dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego. To wtedy zrodził się pomysł ekspozycji w piwnicach byłego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, gdzie mieściły się prawdziwe katownie. Zawiązała się grupa inicjatywna, w której znaleźli się: Władysław Bartoszewski, Wiesław Chrzanowski, Anna Jakubowska „Paulinka” – więźniowie cel bezpieki oraz Krystyna Zachwatowicz. Tu przetrzymywano też gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. – Wtedy też odwiedziliśmy piwnice dawnego aresztu przy Koszykowej – opowiada dyrektor Ołdakowski. – W pewnym momencie Wiesław Chrzanowski zawołał: „O! To moja cela! Tu siedziałem”. Piwnice wówczas były składowiskiem służącym za magazyny Obrony Cywilnej. Mówiąc wprost: rupieciarnią. Zapchane starymi maskami gazowymi, pudłami z dokumentami, zawilgocone, brzydko pachnące grzybem. – Zwiedzając wtedy te miejsca z ludźmi, którzy byli tam przetrzymywani, usłyszałem mnóstwo opowieści. Oczywiście areszt śledczy na Koszykowej nie był celą śmierci. Tu ludzi przesłuchiwano, straszono, próbowano złamać, torturowano. Jednak poza Janem Rodowiczem „Anodą”, żołnierzem Batalionu „Zośka”, który na przełomie 1948 i 1949 roku był katowany przez śledczych UB i który tu zginął, więźniów rozstrzeliwano gdzie indziej, wyroki wydawano gdzie indziej, karę też odsiadywali w innym miejscu. Ale piwnice przy Koszykowej były tym pierwszym miejscem, do którego po wojnie trafiali młodzi powstańcy, gdzie spotykali się z niesprawiedliwością, gdzie byli bici i torturowani. Niczym się to nie różniło od tego, w jaki sposób byli traktowani przez gestapo na Alei Szucha podczas wojny. Dlatego zależało nam na tym, aby przygotować tę ekspozycję i opowiedzieć o tym paradoksie. O tym, że na młodych bohaterów nie czekały zaszczyty, oklaski, uwielbienie tłumów, tylko, że w tajemnicy byli przewożeni, a jeśli ginęli, to potajemnie podrzucano ich, jak „Anodę”, do obcych grobów. Nawiasem mówiąc, gdyby nie to, że ludzie pracujący na cmentarzu rozpoznali „Anodę” i po cichu poinformowali o tym rodzinę, to pewnie nie znaleziono by jego ciała – mówi Jan Ołdakowski. Przewodnik Andrzej Komuda uzupełnia, że pobyt Jana Rodowicza „Anody” w areszcie na Koszykowej był krótki i zakończył się tragicznie- zmarł w trakcie przesłuchania, bestialsko zakatowany. – Ale oficjalna wersja, jaką ówczesne władze przekazały rodzinie brzmiała, że popełnił samobójstwo wyskakując przez okno – dodaje Komuda. Kazamaty przy Koszykowej udostępnione do zwiedzania obejmują 600 metrów kwadratowych. Ale żeby stworzyć z tego miejsce, które będą w przyszłości zwiedzać ludzie, trzeba było przeprowadzić remonty, zapewnić wymianę powietrza, zbudować instalacje. Prace były skomplikowane i długotrwałe, cele trzeba było zabezpieczyć przed stałą wilgocią, która powodowała, że na ścianach pojawiał się grzyb. – Nie tylko o mury chodziło – zaznacza dyrektor Ołdakowski. – Najważniejsze dla nas były ludzkie opowieści, które od razu, jak powstał pomysł, zaczęliśmy zbierać. Opowieści o tym miejscu i ludziach, jakich tu więziono, znaleźć też można na ścianach w postaci zapisków, kalendarzy więźniów, czy malowanych przez nich portretów. Niektóre za szybą, oddzielone, często niewyraźne, więc dla zwiedzających przygotowano latarki. Ważnym elementem ekspozycji są też pamiątki, jakie udało się zebrać. – Wielka w tym zasługa świętej pamięci pani profesor Barbary Otwinowskiej, która oddała nam ich najwięcej. To są drobiazgi, ponieważ ludzie, których więziono w tych celach, wiedzieli, że nie zostaną tu na dłużej, że tu nie zakotwiczą. Pamiątki świadczą o ulotności tego czasu. Są tym cenniejsze, że wykonane z chleba, przedmiotów codziennego użytku – dodaje Jan Ołdakowski. Wśród pamiątek są również te, które należały do osób przetrzymywanych m.in. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, w zakładzie karnym przy ul. 11 Listopada w Warszawie, jak również w więzieniach we Wronkach, w Fordonie czy w Krakowie. Są to np. szachy z chleba, medalion, krzyżyk, haftowany ryngraf z orłem w koronie, cygarniczka, etui na ołówki, pierścionek z końskiego włosia i fragmentów szczoteczki do zębów, korale z rybich ości, pudełeczka w kształcie serca czy fragment grzebienia. Przedmioty pochodzą ze zbiórki pamiątek, która była prowadzona od 2015 roku. Józefa Słowińska, żołnierz AK, która walczyła w Powstaniu Warszawskim, przekazała do muzeum na Koszykową dwa ryngrafy z chleba, z wyrzeźbioną Matką Bożą i Świętym Józefem. – Ryngrafy ofiarowały mi koleżanki z aresztu, na moje imieniny – opowiada. Aresztowano ją 8 marca 1946, sprowadzono do podziemi i zamknięto w jednej z cel przy Koszykowej. Siedziała tam kilka dni, zanim nie przewieziono ją do aresztu na Rakowiecką. Dostała karę 6 lat więzienia i odsiedziała wyrok co do dnia. Dziś nie chce wracać do tamtych, strasznych czasów. – Nie oglądałam ekspozycji na Koszykowej i chyba już nie obejrzę. Mam swoje lata i związane z tym dolegliwości; trudności w chodzeniu. Nie chcę myśleć o tamtych czasach, nie chcę ich wspominać. Chcę zapomnieć – mówi Józefa Słowińska w rozmowie z „Polską”. Były areszt Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego odwiedził Wacław Gluth- Nowowiejski, 92-letni powstaniec warszawski. Ale dla niego też nie był to łatwy moment, kiedy po 70 latach wchodził do swojej dawnej celi. W rozmowie z „Gościem Warszawskim” wspominał, że zdjęli go z ulicy. Aresztowali za nielegalne posiadanie broni i udział w grupie dążącej do obalenia ustroju socjalistycznego. – Na przełomie lat 40. i 50. właśnie na Koszykowej i w X pawilonie więzienia mokotowskiego machina śledcza pracowała bez pośpiechu, ale skutecznie, zgodnie z praktycznie wypróbowanym systemem: psychiczny i fizyczny terror, wyższa szkoła łamania oporu. Winny był każdy, zgodnie z powiedzeniem: „Dajcie mi człowieka, a ja znajdę na niego paragraf” – wspominał Wacław Gluth-Nowowiejski. Jak zauważa dyrektor Ołdakowski, ludzie, którzy od początku marca przychodzą obejrzeć dawne katownie bezpieki, zwiedzają je w szczególny sposób. – Przychodzą dawni więźniowie, ale też ludzie, których bliscy byli tu więzieni. Oni zwiedzają dłużej, starając się kontemplować tę przestrzeń. Wśród zwiedzających jest też wielu nauczycieli, którzy są zainteresowani tym, czy mogą przychodzić tu z klasami. To pokazuje, jak ważne było zbudowanie następnego kawałka opowieści o muzeum poza jego granicami, kolejnego etapu historii, w której ludzie zamiast odnalezienia pokoju i szczęścia, trafili w kolejny koszmar.

Anita Czupryn (aip)



COMMENTS

WORDPRESS: 0