Piotruś leciał przez ręce, lekarka nie chciała nas przyjąć. Jak działa SOR w Zielonej Górze

Piotruś leciał przez ręce, lekarka nie chciała nas przyjąć. Jak działa SOR w Zielonej Górze

– Lekarka nawet nie spojrzała na dziecko, choć stałam tam 17 minut. Zabrałam więc synka ze szpitala w Zielonej Górze i uciekłam szukać innego, w którym ktoś się nim zajmie – opowiada Kornelia Masowska z Zielonej Góry, mama 3,5-letniego Piotrusia. Pomoc dla chorego malca uzyskała dopiero w Nowej Soli. – Inny świat. Lekarze z Nowej Soli uratowali moje dziecko – mówi kobieta i opowiada nam swoją historię.

Piotruś zachorował pod koniec stycznia. Miał wysoką gorączkę.

 

– Myślałam, że to przeziębienie. Prywatnie zawołałam lekarza – opowiada mama 3,5-latka. Diagnoza brzmiała: bardzo mocna angina. Lekarz mówił, że gorączka może się utrzymać dwa, trzy dni. Po trzech dniach mały nadal gorączkował. Gorączka wzrosła do 41 stopni. – Zadzwoniłam do lekarza, a ten nie zastanawiając się, kazał jechać do szpitala. Powiedział, że podejrzewa mononukleozę zakaźną, chorobę często myloną z anginą, gdyż jej początki są niemal identyczne – opowiada kobieta. – Zadzwoniłam na oddział dziecięcy, powiedziałam w czym rzecz i że chcę przyjechać. Usłyszała, że powinna jechać na szpitalny oddział ratunkowy (SOR). Było po 16.30. Piotruś był niemal nieprzytomny. Płakał, gdy zakładała mu buciki i czapkę. Trochę zasypiał. Miał dreszcze. Mama owinęła go w kołdrę, wzięła książeczkę zdrowia i pojechała. W poczekalni SOR były inne osoby, niektóre również z dziećmi.

 

Recepcjonistka kazała czekać. – Mówiła, że zapyta lekarki, czy nas przyjmie. Po chwili wróciła z informacją, że lekarz gorączkującego malucha nie obejrzy i że mam szukać lekarza rodzinnego, bo „przecież są lekarze rodzinni, a skoro gorączka trwa trzy dni, to nie jest nagły przypadek…” – wspomina pani Kornelia. Recepcjonistka kazała czekać. – Mówiła, że zapyta lekarki, czy nas przyjmie. Po chwili wróciła z informacją, że lekarz gorączkującego malucha nie obejrzy i że mam szukać lekarza rodzinnego, bo „przecież są lekarze rodzinni, a skoro gorączka trwa trzy dni, to nie jest nagły przypadek…” – Zamarłam, bo mały leciał mi przez ręce. Nie wiem, skąd znalazłam w sobie siłę, by poprosić o odmowę na piśmie. Wtedy lekarka przyszła i oznajmiła bez emocji, że zostaniemy przyjęci i że mam czekać. Ale już nie mogłam czekać! Mama mówi, że była tam kilkanaście minut (dokładnie 17 minut, co sprawdził dla nas szpital), a nikt nie spojrzał na jej dziecko. W sekundę uznała, że musi szukać pomocy gdzieś indziej. Wybiegła z małym i pojechała do szpitala w Nowej Soli.

 

Dziś uważa, że lekarze z Nowej Soli uratowali jej dziecko: – Interesował ich pacjent, a nie pouczanie zdenerwowanego rodzica. Od razu pobrano synkowi krew, zrobili wyniki, miał 41 stopni gorączki. Dostał kroplówki, antybiotyki. Po kilku godzinach jego stan się poprawił. To była opieka na poziomie Europy. Wysłuchali mnie. Tam nikt się nie wymądrzał, nie kazał czekać i nie odsyłał mnie do rodzinnego. Inny świat. Ale na pewno taki, jakiego oczekuje pacjent.

 

Sylwia Malcher-Nowak, rzeczniczka szpitala w Zielonej Górze mówi, że nasza Czytelniczka spędziła na oddziale „zaledwie17 minut”. Potwierdza też, że „ze względu na reakcję matki na otrzymaną informację i żądanie oświadczenia odmowy przyjęcia na piśmie, sekretarka poprosiła lekarkę dyżurującą o osobistą rozmowę, a ta zadecydowała o przyjęciu dziecka na oddział. I że kazano im czekać. Rzeczniczka dodaje, że „SOR pełni funkcję miejsca, gdzie udzielane są świadczenia zdrowotne pacjentom, u których występuje zagrożenie zdrowia lub życia. W ciągu trzech dni, kiedy dziecko gorączkowało można było skorzystać ze świadczeń lekarza POZ lub nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej.” W wypisie z SOR w Nowej Soli czytamy: Rozpoznanie: „ (…) mononukleoza zakaźna, odwodnienie; przyjęty w stanie ogólnym średnim, gorączka 40,5 stopnia Celsjusza (…)”.

 

– Stan synka się pogorszył, ale dla lekarzy z Zielonej Góry nie był to sygnał, by się nim szybko zająć. Przecież to małe dziecko… Na co miałam czekać, skoro nawet sam fakt przyjęcia musiałam wybłagać… – denerwuje się Czytelniczka. W wypisie z SOR w Nowej Soli czytamy: Rozpoznanie: „ (…) mononukleoza zakaźna, odwodnienie; przyjęty w stanie ogólnym średnim, gorączka 40,5 stopnia Celsjusza (…)”. S. Malcher-Nowak dodaje, że „w celu wyeliminowania podobnych sytuacji w przyszłości, zwrócono uwagę personelowi, aby zbierał dokładniejszy wywiad od zgłaszających się pacjentów i ich rodzin.” – Dobrze wiem, że dopóki nie stanie się tragedia to szpital zawsze będzie bronił swojej racji, ale chcę, aby jak najwięcej osób dowiedziało się o naszej historii. By nikt inny nie został już tak potraktowany… – mówi pani Kornelia.

 

 

aip



COMMENTS

WORDPRESS: 0