Piotrowicz: Przeszłość mam piękną i też jestem ofiarą stanu wojennego

Piotrowicz: Przeszłość mam piękną i też jestem ofiarą stanu wojennego

Dla komuny tropił opozycjonistów, dla „dobrej zmiany“ reformował wymiar sprawiedliwości. Co zrobi dla Trybunału Konstytucyjnego? Prokurator Stanisław Piotrowicz, człowiek wierny idei. Tej, która aktualnie rządzi.

Stanisław Piotrowicz – prokurator stanu wojennego i wierny członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej od 1978 r. do ostatniego tchnienia tej partii. A nawet członek egzekutywy PZPR w Prokuraturze Wojewódzkiej i Rejonowej w Krośnie oraz kierownik szkolenia partyjnego. W wolnej Polsce taką samą wiernością wykazał się wobec Prawa i Sprawiedliwości, za co w 2005 r. nagrodzono go miejscem na listach wyborczych do Senatu. W stworzonej dla potrzeb wyborczych biografii nie pochwalił się, że był członkiem PZPR. Do 2019 r. nieprzerwanie w ławach parlamentarnych. Już kiedy został przewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, gorliwie wypełniającym wytyczne partii w tzw. reformie sądownictwa, wytykano mu pezetpeerowską przeszłość prokuratorską.

Kiedy w ostatnich wyborach elektorat nie obdarzył go ponownie zaufaniem, partia nie zostawiła go bez przyszłości. Właśnie ogłosiła, że jest kandydatem na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. To może oburzać Antoniego Pikula, działacza niepodległościowego podziemia, oskarżonego w stanie wojennym o kolportowanie tzw. wydawnictw drugiego obiegu. To prokurator Piotrowicz był autorem aktu oskarżenia. Wielu innych do dziś oburza, jak w 2001 r., jako szef Prokuratury Rejonowej w Krośnie, publicznie bronił oskarżanego o pedofilię proboszcza z Tylawy. Ksiądz całował dzieci w usta? To były tylko „ciumki” – tłumaczył Piotrowicz. Ksiądz dotykał dziewczynki w miejsca intymne? Bo miał zdolności bioenergoterapeutyczne – usprawiedliwiał go Piotrowicz.  Jak w 1984 r. komuna nagrodziła go Brązowym Krzyżem Zasługi… za zasługi, tak i teraz za tę samą wierność obecna władza chce go nagradzać stanowiskami.

Nie tylko Antoni Pikul

Archiwum rzeszowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej zawiera dowody prokuratorskiej aktywności Stanisława Piotrowicza w okresie PRL. Antoni Pikul, podczas obowiązywania stanu wojennego, dopuścił się przestępstwa. Skierowanie aktu oskarżenia przeciwko Pikulowi należy uznać za zasadne – napisał w 1982 r. Piotrowicz. Antoni Pikul za „rozrzucanie ulotek o treści antypaństwowej” spędził trzy miesiące w areszcie. W archiwach rzeszowskiego oddziału IPN jest więcej dowodów na podobną aktywność prokuratora Piotrowicza. Do stanu wojennego było jeszcze kilka miesięcy, Solidarność wciąż jeszcze była siłą, nie było więc ogromnym zaskoczeniem, kiedy w kiosku Ruchu Zakładów Przemysłu Drzewnego w Ustianowej ktoś dostrzegł publikacje, które aż „gryzły się” z leżącą obok „Trybuną Ludu”. Krośnieńska milicja wparowała do kiosku, zarekwirowała cztery sztuki „Bieszczadnika”, 14 sztuk „Unicestwienia tytanów” Wł. Nabokowa i 17 sztuk „Solidarności Podkarpackiej”.

Komunę szczególnie rozdrażniła dodana do „Solidarności” wkładka pt. „IV rozbiór Polski” o wkroczeniu wojsk sowieckich na teren II Rzeczpospolitej we wrześniu 1939 roku. Teza milicji: nielegalne rozpowszechnianie wydawnictw. Tydzień później milicja zameldowała krośnieńskiej bezpiece, że w kiosku dalej „nielegalnie się rozpowszechnia nadziały związkowe i broszury bezdebitowe”. Kioskarka tłumaczyła się, że robi to na polecenie zakładowej Solidarności, jednak decyzją krośnieńskiej prokuratury wszczęto śledztwo „w sprawie nawoływania do czynów skierowanych przeciwko jedności sojuszniczej PRL z ZSRR poprzez nielegalne rozpowszechnianie przez Komisję Zakładową NSZZ „S” materiałów zniesławiających Związek Radziecki”.

Śledztwo wykazało, że zarekwirowane w kiosku zakładowym publikacje wyszły spod powielacza Międzyzakładowej Komisji Koordynującej w Ustrzykach Dolnych. Ciąg dalszy dochodzenia przerwało wprowadzenie stanu wojennego. I wtedy „Podprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Krośnie St. Piotrowicz” (tak w dokumencie) umorzył śledztwo.

Czy z własnej woli? Raczej zmusił go do tego dekret z 12 grudnia 1981 r. „o przebaczaniu i puszczeniu w niepamięć niektórych przestępstw i wykroczeń”. Nowa władza w mundurach uznała dekretem, że działalność związkową i polityczną przed 13 grudnia można w niektórych przypadkach wybaczyć, a rozpowszechnianie bezdebitowych wydawnictw do takich należało. Na tej samej zasadzie, według prokuratora Piotrowicza, umorzyć należało też akty „Publicznego zniesławienia Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej poprzez rozpowszechnianie w serwisie informacyjnym MKK NSZZ „S” w Ustrzykach Dolnych z dn. 14 września 1981 obelżywych sformułowań porównujących działaczy tej organizacji politycznej do krwawych upiorów, a jej najwyższe organy władzy do sabatu czarownic”. Także „nawoływanie do czynów skierowanych przeciwko jedności z ZSRR” prokurator Piotrowicz umorzył. I też powołując się na ten sam dekret, który umożliwiał wprowadzenie stanu wojennego.

Przy czym nie omieszkał stwierdzić, że „czyny te zawierają znamiona przestępstw”, a „komisja zakładowa (…) dopuściła się zniesławienia Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej poprzez opublikowanie obelżywych sformułowań”. Tej samej PZPR, której Stanisław Piotrowicz był członkiem i wówczas, i aż do 1989 roku. Za przestępstwo uznał też rozpowszechnienie mapy, ilustrującej „IV rozbiór Polski”. Na koniec stwierdził, że „Śledztwo w w/w sprawie nie może być kontynuowane wobec wejścia w życie dekretu o abolicji”.

Piotrowicz i karykatura Breżniewa

W czerwcu 1981 r. na terenie dużych zakładów woj. krośnieńskiego pojawiły się solidarnościowe ulotki. Jedna z nich przedstawiała I sekretarza KC KPZR Leonida Breżniewa jako niedźwiedzia duszącego w łapach chuderlawą postać Polski i zapewniającego, że „bratniej, socjalistycznej Polski nie opuści w biedzie i nie da jej skrzywdzić”.

Była i ulotka pt. „Jak zniszczyć Solidarność”. Krośnieńska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie „nielegalnego rozpowszechniania wydawnictw mogących wyrządzić poważną szkodę interesom PRL, w związku z zawartymi w nich fałszywymi wiadomościami na temat polityki państwa”. Milicja wzmogła inwigilację solidarnościowych środowisk w Krośnieńskiem, teczka sprawy aż pstrzy się od donosów tajnych współpracowników: „Krzysztofa”, „Leona”, „Miłego” i innych. Po kilku miesiącach dochodzenia i dwa tygodnie po wprowadzeniu stanu wojennego Witold Kostrzewski z prokuratury wojskowej uznał, że „nie zdołano jednak ustalić autora ulotki ani też osób odpowiadających za jej kolportaż”. Tego samego dnia prokurator Stanisław Piotrowicz umorzył śledztwo. Bo nie znaleziono winnych. Mimo że „rozpowszechnianie ulotek Jak zniszczyć Solidarność wyczerpuje znamiona przestępstwa” – zaznaczył pan prokurator.

Prokurator grzebie w listach

Czerwiec 1984, sprawa operacyjnego rozpoznania kryptonim „Rada” Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Krośnie: dotyczy „autora pogróżkowych anonimów”. Jakiś nielojalny wobec władzy socjalistycznej obywatel słał listy do KC PZPR, Polskiego Radia i Telewizji, Ambasady USA w Polsce, Urzędu Rady Ministrów i kilku innych równie szacownych instytucji. A w nich – głównie analizy ekonomiczne, obrazujące upadek gospodarczy socjalistycznego państwa.

Co WUSW uznało za „treści znieważające organy administracji i władzy i inne instytucje”, a w dodatku „zawierające elementy groźby karalnej”. Bezpieka metodami operacyjnymi wytypowała jako podejrzanego Zdzisława P. z Biecza, byłego inspektora w Krośnieńskim Urzędzie Wojewódzkim, a w chwili prowadzonego śledztwa – pracownika izby skarbowej. Przełożeni mieli go za wzorowego pracownika, w dodatku przewidywanego do awansu zawodowego. Porównano pismo z listów z pismem Zdzisława na wniosku paszportowym. Wyszło, że on jest autorem „gróźb karalnych”. I natychmiast uznano, że jest „człowiekiem wrogo ustosunkowanym do obecnej rzeczywistości”. Prokuratura kazała przeszukać jego dom, szafy i biurka w jego miejscu pracy. Podczas przesłuchania Zdzisław przyznał się do autorstwa listów, przyznał też, że był rozgoryczony wprowadzeniem stanu wojennego. WUSW jednak zdecydowało o umorzeniu śledztwa z przyczyn czysto kodeksowych. Bo od chwili, kiedy słał listy, minęły już dwa lata, a kara za to, co zrobił, to właśnie dwa lata więzienia, więc WUSW postępowanie umorzył.

Dzień później umorzenie zatwierdził prokurator Stanisław Piotrowicz, ale potwierdził też przestępczą działalność pana Zdzisława: „w świetle opisanych faktów bezsprzecznym jest, że dopuścił się przestępstwa”.

Prokurator konfrontuje

Z akt IPN wynika, że nie była to ostatnia sprawa przeciwko niepodległościowej opozycji, w którą zaangażowany był prokurator Piotrowicz. Kiedy media „wyciągnęły” posłowi Piotrowiczowi jego przeszłość, w jego obronie stanęła Zofia Jankowska. W 1985 roku oskarżona, wraz z bratem, o rozpowszechnianie w krośnieńskich hutach szkła wydawnictw solidarnościowych. Ona i jej brat przyznali się i pokajali przed organami ścigania, sprawę wobec nich warunkowo umorzono. Umorzenie zatwierdził prokurator Piotrowicz. Być może również w podzięce za to, że oboje wskazali śledczym na Józefa K., który pisma miał im dostarczać. Im prokuratura dała już spokój, zajęła się natomiast panem Józefem.

W marcu 1985 r. wiceprokurator Prokuratury Rejonowej w Krośnie Stanisław Piotrowicz postanowił przedłużyć dochodzenie przeciwko panu Józefowi. Z uzasadnieniem, że trzeba mu przedstawić zarzuty, przesłuchać i skonfrontować z Zofią Jankowską i jej bratem. Z woli pana prokuratora do takiej konfrontacji doszło dwukrotnie, bo przebieg pierwszej Piotrowiczowi się nie spodobał. Na zarządzeniu figuruje podpis Piotrowicza. Podobnie jak pod zarządzeniem o ponownym przedłużeniu śledztwa w sprawie nielegalnego kolportażu wydawnictw. Kilka tygodni wcześniej Piotrowicz wydał polecenie na piśmie, by przeszukać dom Andrzeja M., o co wcześniej wnioskował krośnieński WUSW. Bo z działań operacyjnych wynikało, że M. ma kontakty z niepodległościowym podziemiem i może mieć nielegalne wydawnictwa. I pod tą decyzją jest podpis Piotrowicza. Tymczasem pan Józef konsekwentnie nie przyznawał się do tego, by Jankowskiej i jej bratu dostarczał „bibułę”. W końcu WUSW przesłało prokuraturze wniosek o zamknięcie śledztwa wobec pana Józefa i sporządzenie aktu oskarżenia. Prokurator Piotrowicz zdecydował o warunkowym umorzeniu postępowania na półtora roku.

Z zaznaczeniem: „Wina nie budzi wątpliwości”. Wprawdzie pan Józef nie przyznał się do winy, ale „w świetle zeznań innych jego wyjaśnienia na wiarę nie zasługują”. Mimo wszystko „ze względu na niewielką ilość nielegalnie rozpowszechnianych biuletynów należy uznać, iż stopień społecznego niebezpieczeństwa zarzucanego mu czynu nie jest znaczny”. Pod dokumentem widnieje nazwisko Stanisława Piotrowicza, ale bez jego podpisu.

Też jestem ofiarą

Dlaczego tuż po studiach w 1978 r. Stanisław Piotrowicz wstąpił do PZPR? – Prokurator wojewódzki z Tarnowa dał mi jasno do zrozumienia, że jeśli tego nie zrobię, to nie zostanę dopuszczony do egzaminu prokuratorskiego – tłumaczył „Nowinom”. Nigdy nie tłumaczył, dlaczego w pierwszej połowie lat 70. został członkiem Socjalistycznego Związku Studentów Polskich. Jak to się działo, że komuna dawała mu paszport nie tylko na okoliczność wyjazdów do tzw. demoludów, ale i za żelazną kurtynę, co było zastrzeżone tylko dla zaufanych obywateli PRL? – Przeszłość mam piękną – stwierdził Piotrowicz, kiedy po przegranych wyborach zapytano go, czy właśnie jego przeszłość zaważyła na decyzji wyborców. – Żeby niektórzy mogli działać w opozycji i uniknąć odpowiedzialności karnej, potrzebni byli tacy ludzie jak ja.

Oburza się na określenia: „prokurator stanu wojennego”. – Wbrew sugestiom można powiedzieć, że jestem w jakimś stopniu również i ofiarą stanu wojennego – mówił w Polskim Radiu. Być może przed nim dziewięć lat pracy sędziego Trybunału Konstytucyjnego, w którym mają zasiadać autorytety prawne o „nieskazitelnym charakterze”, jakiego wymaga od sędziów ustawa. – Nie udzielamy informacji – to jedyna informacja, jaką uzyskaliśmy w krośnieńskim biurze poselskim na prośbę o kontakt lub komentarz Stanisława Piotrowicza.

Red. Andrzej Plęs AIP



COMMENTS

WORDPRESS: 0