Piotr Zaremba: Czy gimnastyka opozycji bez innych atutów naprawdę wystarczy żeby zagrozić rządowemu walcowi?

Piotr Zaremba: Czy gimnastyka opozycji bez innych atutów naprawdę wystarczy żeby zagrozić rządowemu walcowi?

Ogłoszenie list Koalicji Europejskiej jest rozważane przede wszystkim pod kątem psikusa, jaki Grzegorz Schetyna spłatał lewicy. Umieszczając na listach drugoplanowych polityków tej formacji (choć czasem niegdyś znanych, jak dawny szef Sojuszu Grzegorz Napieralski) wysłał do elektoratu sygnał: możecie się czuć lewicą, a jednak głosować na nas.

Czy będzie to skuteczne? Nie wiem, to nie są bardzo mocne nazwiska. Z drugiej strony może nie personalne wielkości się liczą, a stworzenie wyborcom dodatkowych usprawiedliwień, aby nie chcąc dalszych rządów PiS, poparli najsilniejszego. Może chodzi o zaprezentowanie się w roli partii, która pochłania całe spektrum: lewicę, centrum i prawicę. Generalnie podzielam niesmak Aleksandra Kwaśniewskiego, który przedstawił ten „werbunek” jako zjawisko groteskowe i żenujące. Z dnia na dzień można się przenieść, bo tu są większe szanse. Skądinąd, choć to zjawisko nasilało się wraz rozwojem życia politycznego w Polsce, znane było od początku. W roku 1997 przed wyborami posłanka Unii Wolności Katarzyna Piekarska przeszła nagle do SLD nęcona dobrym miejscem na liście.

 

Różnice między bardziej socjalnym i postkomunistycznym SLD, a liberalną gospodarczo, etosową Unią były jednak znaczące. Co zabawne, mówiono wtedy w sejmowych kuluarach, że Piekarska dopiero co aplikowała do Frakcji Konserwatywnej UW Jana Rokity i Bronisława Komorowskiego. To już świadczyłoby o kompletnej dowolności pozycjonowania się na scenie. Dziś ta sama, sympatyczna skądinąd Piekarska, porzuca SLD dla, w teorii wciąż bardziej liberalnej, Platformy Obywatelskiej. Jak widać ma to we krwi. Wszystko już było, można powiedzieć, ale jest różnica w skali. Tyle, że warto sobie zadać pytanie, czy to tylko symptom osobistego oportunizmu, czy szerszego zjawiska. Dwubiegunowa polaryzacja polskiej polityki postępuje. Z zakłóceniami, czego symptomem jest oddzielny start PSL, kuszonego wspólnym blokiem z PO, jak i wypchnięcie z tegoż bloku Sojuszu. Partie będą się zmieniać w coraz pojemniejsze formuły, wieloskrzydłowe, elastyczne zmieniające programy w zależności od potrzeb. Tak było zawsze w USA. Tak bywa w coraz większym stopniu z partiami w wielu krajach europejskich. Można by też rzec, że te przenosiny to także symptom zamętu, jaki panuje w kwestii tożsamości poszczególnych formacji. Włodzimierz Czarzasty oburza się dziś, że padł ofiarą werbunkowych zdolności Schetyny. Ale przecież dopiero sam miotał się od ściany do ściany: najpierw zabiegi o wspólne listy z PO, potem „antysystemowy” blok z prawdziwym radykałem Adrianem Zandbergiem i pozującym na radykała Robertem Biedroniem.

 

Czy w tej sytuacji jego koledzy mogli się nie czuć zwolnieni z lojalności wobec kierownictwa, które nie jest lojalne wobec samego siebie. Podzielam niesmak Kwaśniewskiego, który przedstawił ten „werbunek” jako zjawisko groteskowe i żenujące Można się do woli zastanawiać, co przeważa w gąszczu partii opozycyjnych: różnice czy podobieństwa. Łączy je euroentuzjazm, walka z polityką historyczną PiS, obrona instytucji i procedur rodem z III RP, a wobec dryfu Platformy w lewo w coraz większym stopniu także podejście do spraw światopoglądowych. W sprawach społeczno-ekonomicznych różnice są, ale przecież bardziej pozorne niż by się zdawało. Przecież to SLD był współtwórcą liberalnego modelu kapitalizmu, który został zakwestionowany dopiero w 2015 przez PiS. Zarazem zaś dziś wszystkie główne partie opowiadają się za rozdawnictwem, na modłę pisowską. Gdyby traktować kampanijne zapowiedzi Schetyny serio, PO jest nawet bardziej hojna w sypaniu pieniędzy z budżetu niż PiS.

 

Nie rządzą, mogą więc obiecywać wszystko. Nieprzypadkowo komentując te transfery, Władysław Kosiniak-Kamysz gratulował Platformie sukcesu w tworzenia nowoczesnej lewicy. Tak to może wyglądać, choć oczywiście wszystko można też ponazywać inaczej. W PiS dowolność jest mniejsza, bo kierownictwo programowe dzierży twardą ręką Kaczyński. W PO Schetyna dobierze sobie zapowiedzi z pięciu różnych kupek, czasem nawet sprzeczne. Ale to samo można powiedzieć choćby o Czarzastym. Bardziej niż Napieralskiemu czy Piekarskiej dziwię się Pawłowi Kowalowi, jedynce KO w Krakowie. Naturalnie i on może się powoływać na pojemność wielkich polskich formacji. Ale akurat konflikt światopoglądowy tę dowolność zmniejsza. Ma często zabarwienie moralne. Ciężko dziś być wiarygodnym konserwatystą w PO. Kowal przychodzi tam po praktycznej politycznej eksterminacji dawnego skrzydła konserwatywnego symbolizowanego przez takich ludzi jak Marek Biernacki. Można zrozumieć jego spór z PiS.

 

Ale czy to oznacza automatyczny akces do obozu przeciwnego? Szczęścia można szukać także poza polityką. Co łączy Kowala już nie tylko z takimi ludźmi jak Napieralski, ale z takimi jak Rafał Trzaskowski czy Bartosz Arłukowicz? A może zmienił poglądy? Ale godzi się kandydować jako prawicowiec. Oczywiście to niejedyny kłopot z listami, sztuczki nie dotyczą jedynie podbierania innym polityków. Oto w Łodzi partyjnego żołnierza Cezarego Grabarczyka zastępuje celebryta Tomasz Zimoch. Skądinąd doprowadziło to do konfliktu z prezydent miasta Hanną Zdanowską, odeszła z partyjnego sztabu.

 

Można się zasłaniać samorządowcami w kampanii, ale przekonanie pani Zdanowskiej, że będzie na własnym terenie decydować, zderzyło się z arbitralnością partyjnej centrali. Tak to jest z tą „koalicją”, Tu akurat słusznie przypominał Czarzasty, że to są w praktyce listy PO, zatwierdzane przez jej władze i korzystające z budżetowej subwencji. Obywatelskość jest raczej przebraniem lub może przybraniem. Zarazem choć bez socjotechniki, bez sztuczek, polityka się dziś nie obejdzie, można pytać, czy taka gimnastyka bez innych atutów naprawdę wystarczy żeby zagrozić rządowemu walcowi.

 

Piotr Zaremba aip



COMMENTS

WORDPRESS: 0