HomeSport

Otylia Jędrzejczak wspomina swoje starty na igrzyskach olimpijskich

Otylia Jędrzejczak wspomina swoje starty na igrzyskach olimpijskich

Pierwszy raz na igrzyskach olimpijskich, w Sydney w 2000 roku, wystąpiła w wieku niespełna 17 lat. Zajęła piąte miejsce w finale na 200 m motylkiem. Potem były Ateny, Pekin i Londyn. Teraz „Oti” komentuje w telewizji igrzyska w Rio. Na co dzień poświęca czas dzieciom, chcącym iść w jej ślady, w projekcie Otylia Swim Tour.

W Rio trwają igrzyska olimpijskie, które komentuje pani w TVP. Jako zawodniczka brała pani udział w czterech igrzyskach. Powspominajmy trochę.

Mam przed oczami obrazy wspomnień z moich igrzysk. Sydney – najmłodsza zawodniczka w polskiej ekipie, w sumie jeszcze dziewczynka. Cały czas rozbiegana, wszędzie zaglądałam. Maskotka, którą sobie kupiłam na lotnisku w Singapurze, była olbrzymia, miałam ją potem w pokoju. Po niej wszyscy mnie rozpoznawali, zresztą nazwano mnie maskotką naszej reprezentacji. Byłam ciągle uśmiechnięta, było mnie wszędzie pełno. Mam też obraz finału olimpijskiego, olbrzymie trybuny, dwie Australijki (Susie O’Neill i Petria Thomas – red.), wielki hałas, wrzawa. Tak naprawdę nie słyszałam swego nazwiska, czułam… przerażenie w nogach. Ateny – wszystko szybko się działo. W pamięci mam te pół godziny przerwy między 100 delfinem a 400 kraulem i przebieranie się. Nie zwracałam uwagi, że trzeba się przebrać przy wszystkich. Pędzenie na dekorację, a potem na start. Wspominam powrót do wioski olimpijskiej po pierwszym medalu, gdzie czekał na mnie napis „Gratulacje Oti”, i osoby z reprezentacji, które mnie wyczekiwały. Kamila Skolimowska stojąca na balkonie i krzycząca do mnie z gratulacjami i… pokazująca mi tyłek dla zabawy (śmiech).

 

Nie wspomina pani nic o zwiedzaniu. Ludzie myślą, że sportowcy będąc w Sydney czy Atenach, mogą zobaczyć atrakcje turystyczne.

Nie wspominam, bo nie było na to czasu ani możliwości. Czas spędza się głównie na pływalni.

Zostały jeszcze obrazy wspomnień z Pekinu i Londynu.

Pekin – to obraz dużego zdenerwowania. Z jednej strony pewność, że jest się dobrze przygotowanym, a z drugiej złość, że pieniądze biorą górę. Mieliśmy eliminacje wieczorem, a finały rano, do czego ciężko się było przyzwyczaić, szczególnie jeśli wcześniej się nigdy tak nie startowało. Do tego jeszcze presja, którą sama sobie nakładałam. Ale za to była fajna atmosfera przed budynkiem w wiosce olimpijskiej, poznałam się z piłkarzami ręcznymi – siadali zawsze w takim przesmyku i były z nimi śmichy-chichy. Podobnie z siatkarzami. Wspominam siadanie przed budynkiem i wspólne żarty, czasem płacz, analizowanie występów. Z Pekinu mam właśnie obraz zjednoczonej reprezentacji Polski. Ten blok był duży, przed nim trawnik, na nim zawsze można było kogoś spotkać i z kimś porozmawiać. To obraz przyjaźni – Szymka Kołeckiego, który mnie przytula po starcie, podobnie jak ksiądz Edward Pleń. Co jeszcze? Smog i ponownie żadnej wycieczki. Mam też przed oczami Usaina Bolta, którego spotykałam w wiosce. Londyn – to takie igrzyska, w których więcej obserwowałam innych, miałam duże doświadczenie. Był stres, ale już inny. Trudno mi go opisać. Niby wiem, że jestem przygotowana, ale nie idzie, jakbym chciała. Zdenerwowanie. To były igrzyska dobrej analizy, uczące mnie doceniać to, co zrobiłam, bo wcześniej na to nie patrzyłam. Oprócz tego, pierwszy raz miałam szansę wyjść poza wioskę, było więc zwiedzanie Londynu i spotykanie się ze znajomymi poza wioską. Miałam spokojniejsze podejście do tych igrzysk. Może za spokojne, jak teraz na to patrzę…

Tomasz Kuczyński AIP, Fot. Polskapress

COMMENTS