HomeKultura

Nowa płyta Renaty Przemyk „Z mężczyznami”. Rozmawiamy z piosenkarką o najważniejszych mężczyznach w jej życiu

Nowa płyta Renaty Przemyk „Z mężczyznami”. Rozmawiamy z piosenkarką o najważniejszych mężczyznach w jej życiu

Swoją premierę miała właśnie nowa płyta Renaty Przemyk – „Z mężczyznami”. Z tej okazji rozmawialiśmy z piosenkarką o najważniejszych mężczyznach w jej życiu. Ale też o tym, jak zmieniło ją macierzyństwo.

Obchodzi pani właśnie trzydziestolecie swej kariery. Dlaczego postanowiła pani świętować ten jubileusz z mężczyznami? Żeby było jeszcze huczniej i zabawniej. (śmiech) Nie wolno jednak dać się zwieść pozorom, że idę na ilość, a nie na jakość, bo tutaj wszystko idzie w parze. Chciałam, żeby było intensywnie, bo takie było to trzydziestolecie mojej pracy scenicznej.

A dlaczego duety? Bo we dwoje inaczej niesie się emocje, jest dialog i relacja, a to wydobywa z piosenek nowe znaczenia i sensy. Do tej pory ten ciężar niosłam sama. Przeczucie mnie nie myliło i efekty wręcz przerosły moje oczekiwania. Każdy z gości jest mocną osobowością i wrażliwym człowiekiem. Jaki był klucz doboru tych mężczyzn? Każdego z tych artystów darzę wielkim uczuciem i szacunkiem. I jako twórców, i jako ludzi. Pod nich były dobierane piosenki: żeby każdy z nich poczuł się w wybranym dla siebie utworze naprawdę dobrze. Żeby z tej naszej wspólnej energii można było zbudować coś, czego nie zrobiłabym sama. Przekonałam się już wcześniej, że takie spotkania są twórcze, tylko trzeba dobrze wybrać. W innym twórcy jak w lustrze widzimy siebie wyraźniej. A w mężczyźnie inaczej niż w kobiecie.

Właściwie od początku pani partnerami w tworzeniu i wykonywaniu muzyki są mężczyźni. Woli pani pracować z facetami? Nigdy nie kierowałam się w pracy kryterium płci. Staram się dobierać współpracowników po energii, wrażliwości i umiejętnościach. Szukam ludzi, z którymi jest mi łatwo i twórczo dogadać się w temacie, nad którym akurat pracuję. Tak się składa, że zdecydowana większość muzyków w branży rozrywkowej to jednak mężczyźni. Nigdy nie przejmowałam się parytetami. Zawsze szukałam ludzi, którzy będą w stanie odpowiedzieć na moje muzyczne pytania. Tak, żebyśmy byli w stanie zbudować coś ciekawego wspólnie.

Ma pani oczywiście w dorobku duety z wokalistkami: Kayah czy Nosowską. Duet z mężczyzną to coś innego niż duet z kobietą? Jak to w życiu. (śmiech) To po prostu inna energia. Ja uwielbiam i kobiety, i mężczyzn. Ale wiadomo, że to są inne światy. Życie mnie przekonało jak ważne są przyjaciółki. Takie, z którymi można się obżerać lodami w smutny dzień czy przegadywać całe dnie i noce, wyrzucić złe chwile i odpocząć. Z mężczyznami rozmawia się zupełnie inaczej: krócej i na inne tematy. I oni inaczej patrzą. To bywa mobilizujące. Oczywiście tu i tu trzeba trafić na odpowiednią osobę. Ale żeby tak się stało, trzeba mieć duże szczęście i nie zagłuszać intuicji.

Jak rodziły się te nowe wersje pani piosenek, które trafiły na płytę? Intensywnie i spontanicznie. Kluczowe było tutaj porozumienie, spójność wrażliwości i wzajemna sympatia. Intuicyjnie wyczuwaliśmy, że z takiego spotkania może wyniknąć coś interesującego. Najpierw był człowiek, potem wybierana dla niego piosenka i wreszcie aranżacja Tomka „Harrego” Waldowskiego. Odbyłam z nim wiele rozmów i dzięki nim czułam, że będzie podążał w tym kierunku, który mnie interesuje. Intuicja mnie nie zawiodła: Tomek zrobił to nowocześnie, z oddechem i przestrzenią dla dwojga. Chciałam, żeby każdy z panów pierwszy zaczął śpiewać – a ja dołączałam bogatsza o ich emocje. Chciałam, aby to oni nadawali ton. Byłam ciekawa w jaki sposób odczytują sens każdej piosenki. Dużo też rozmawialiśmy jak sobie to wyobrażają. I prawie każde nagranie było poprzedzone próbnymi rejestracjami.

Z kim się pani najlepiej śpiewało? Z wszystkimi naprawdę dobrze, często wzruszająco. Ta moja trzynastka składa się na mężczyznę idealnego, mądrego, wrażliwego, do czułości i do obrony. Są bardzo ekspresyjni, silni męskością atawistyczną, bardzo korzenną. Kiedy śpiewa Igor Herbut czy Buslav to aż wszystko gotuje się w środku od emocji. Marek Dyjak to unikalne połączenie siły z wrażliwością w formie ekstremalnej. Ocean mądrości i siła spokoju jest z kolei w głosach Wojtka Waglewskiego i Adama Nowaka. Artur Andrus to również zrównoważony mężczyzna, który jednak co by poważnie nie powiedział, to i tak wszyscy się śmieją. Bardzo się cieszę, że udało mi się namówić Grzegorza Turnaua na piosenkę o zazdrości. Początkowo myślałam, że człowiek tak opanowany, nie wydobędzie z siebie tego rodzaju emocji. Ale bardzo chciałam spróbować. Udało się.(śmiech)

Piosenki z płyty układają się w spójną opowieść o miłosnych relacjach między kobietami i mężczyznami. Dlaczego postanowiła nam pani teraz o tym opowiedzieć? Dojrzałam do tego, by skonfrontować się z męskością w wielu różnych odmianach. Te wszystkie historie, które przeżyłam, przekładają się na mój sposób odczuwania. Dzisiaj wiem więcej o życiu niż kiedyś. Zdarzały mi się skrajne emocje. Wiem jak to jest być na dnie. Ale też jak to jest przeżywać euforię i pełnię szczęścia. Wszystkie uczucia mają wpływ na nasze dojrzewanie. Czasem świadomie, a kiedy indziej – podświadomie. Dlatego teraz śpiewam te piosenki inaczej niż 30 lat temu.

Trochę ta pani opowieść staje w poprzek tego, co obecnie lansuje się w mediach. Tam stawia się bowiem teraz mężczyzn i kobiety po przeciwnych stronach barykady. Nie przeszkadza to pani? Ludzie potrzebują się łączyć. Żyjemy w czasach, kiedy tylko głęboki instynkt moralny jest nas w stanie kierować w kwestii relacji z drugim człowiekiem. Żeby nikogo nie krzywdzić. Wszystkie normy i standardy zostały poddane w wątpliwość. Jest trudniej i łatwiej jednocześnie. Teraz dużo zależy od naszej dojrzałości i indywidualnego podejścia. Czasem niektórym wygodnie jest trzymać się schematów, narzuconych przez społeczeństwo czy środowisko. Jest to jakaś forma koła ratunkowego – i część ludzi tak woli. Do wolności wyboru trzeba dojrzeć. I wcale nie jest łatwo ją udźwignąć. Dziś mamy oczywiście większą swobodę niż te 30 lat temu, kiedy trudno było mówić nawet o rozwodzie. Czy byciu panną z dzieckiem. Jest za to ogromny chaos informacyjny i łatwo ludzi na siebie napuszczać. Nie wolno dać sobie wmówić, że któraś płeć jest gorsza. Każdy człowiek zasługuje na szacunek.

Od początku kariery postrzegano panią jako feministkę. Skąd się to wzięło? Byłam wychowywana w patriarchalnym modelu rodziny, gdzie podział na „dział męski” i „dział kobiecy” były bardzo wyraźne. Braciom było wolno więcej niż mnie. I szybko zaczęło mnie to uwierać, bo widziałam w tym głęboką niesprawiedliwość. Nie bałam się więc mówić kobiecym głosem. Kiedy dostałam mikrofon do ręki i ktoś pytał mnie o moją opinię – to mówiłam jak to wygląda z kobiecej strony. Niesprawiedliwość i nierówność trzeba naprawiać. Byłam zdziwiona słysząc, że skoro walczę o prawa kobiet, to widocznie nie lubię mężczyzn. Tymczasem ja chciałam tylko uświadamiać jaka jest sytuacja i głosić konieczność jej naprawy. Aby kobiety miały takie same prawa do realizowania swych marzeń, jak mężczyźni.

W polskim show-biznesie kobiety nadal mają gorzej niż mężczyźni? Na początku występując w męskim zespole nie raz czułam, że nie jestem traktowana dość poważnie. Ale to się zmieniło. Jest wielu sensownych facetów, którzy mądrze korzystają z tego, że mają oczy do patrzenia i uszy do słuchania. (śmiech) Chcą dogadywać się i pracować z kobietami, bo widzą jak wiele wynika z tego korzyści. Znam takich, którzy otwarcie mówią, że są feministami. Bo dostrzegają oczywistość równych praw dla obu płci. Że człowiek powinien być oceniany według tego, jak postępuje, co sobą reprezentuje w ludzkim sensie i czym się kieruje w życiu. A nie na podstawie tego, jakiej jest płci, jaką wyznaje religię, jaki ma kolor skóry, orientację czy w jakim jest wieku.

Pierwszym i najważniejszym mężczyzną w życiu kobiety jest jej ojciec. Dziś mówi się, że każdy ojciec powinien mówić swej córce, że jest najpiękniejsza i najmądrzejsza, by zbudować jej pozytywną samoocenę. Jak było w pani przypadku? W czasach mojego dorastania nie skupiano się na chwaleniu dzieci i doszukiwaniu się w nich zalet. Dzieci miały nie sprawiać kłopotów. Rodzice byli zapracowani. U kolegów i koleżanek też tak było. Każdy miał znać swoje miejsce i robić co do niego należało. Rodzice nie myśleli o tym, jak ważne są pochwały. Musiało starczyć na wszystko, wszyscy mieli obowiązki. Szukałam więc spełnienia swoich marzeń i pasji na własną rękę. Byliśmy bardzo samodzielną młodzieżą. Ja sama sobie znajdowałam zajęcia teatralne i taneczne w domu kultury i uprosiłam mamę o wpisowe. Tam kanalizowałam swoją ekspresję, tam byłam podziwiana i oklaskiwania. Rodzice nie mieli żadnych artystycznych ciągot i nie bardzo mogli zrozumieć jak te aspiracje są dla mnie ważne. Zależało im, by mnie wychować na porządnego i uczciwego człowieka. Chcieli, żebym miała dobry zawód, który da mi utrzymanie. Mama kładła nacisk na to, że dziewczyna musi być niezależna. Wybrałam więc liceum ekonomiczne i to się rodzicom podobało, bo mogłam być panią z biura. To oznaczało, że nigdy nie braknie mi na chleb. Poszłam jednak inną drogą – i tamten dyplom leży dziś w szufladzie. Ten ze slawistyki zresztą też.

Jaki był pierwszy chłopak, w którym się pani zakochała? To było w liceum. Latał na szybowcach. I potem poszedł do takiej szkoły. Wcześniej do wojska. Ja poszłam na studia do innego miasta. Żałowałam, że się to rozpadło. Ale kiedy jesteśmy bardzo młodzi, nie wiemy czego oczekujemy od życia. Każdy ma swoją drogę. Jakaś szczęściara się ucieszyła.

No właśnie: w jednym z wywiadów przyznała pani, że długo nie mogła stworzyć trwałej relacji z mężczyzną. Z czego to wynikało? Korzystając teraz z przymusowego odosobnienia, dużo czytałam książek z kręgu psychoterapii. Udało mi się dostrzec różne mechanizmy, które kiedyś mogły kierować moim postępowaniem. Duże znaczenie miały kompleksy z dzieciństwa. Nigdy nie uważałam siebie za ładną. Bardzo często zdarzało się, że podobałam się tym chłopakom, którzy nie robili na mnie dużego wrażenia. Z kolei ja podkochiwałam się w tych, którym ja się nie podobałam. To było dosyć bolesne. Byłam bardzo nieśmiała – a po latach dowiedziałam się, że sprawiałam wrażenie zarozumiałej i niedostępnej. Nie byłam otwarta, raczej introwertyczna, nie miałam łatwości poznawania nowych ludzi. Nie bywałam na zbyt wielu imprezach. Ciągle miałam sobie wiele do zarzucenia. Ciągle chciałam więcej i lepiej. Karate, dwa zespoły, grupa apostolska, gdzie pomagaliśmy innym. Miałam swój świat. Bywało, że w kimś się podkochiwałam, ale nigdy do niego nie podeszłam. W drugą stronę też. „Boże, jak ja się w tobie kochałem” – słyszałam po latach. (śmiech) „Teraz mi to mówisz” – śmiałam się wtedy.

Sądząc po pani piosenkach, te związki z mężczyznami były naznaczone trudnymi emocjami. Na ile to, co pani śpiewała odpowiadało temu, co działo się w pani życiu? W dużym stopniu. Fantazja ciągnęła mnie raczej w stronę mrocznych scenariuszy. Psychoterapeuta miałby tu wiele do powiedzenia. Źródła tego biją pewnie w moim dzieciństwie. Wcale nie byłam „księżniczką” dla mojego taty. Chwalił mnie – ale w rozmowach z ludźmi z zewnątrz. Do mnie te informacje nie dochodziły. Inne było wtedy wychowanie, mieliśmy być twardzi. A mnie strasznie brakowało, żeby ktoś w domu powiedział mi, że jestem w czymś dobra, ładna czy zgrabna. To pokutowało w moim życiu przez długie lata. Kiedy byłam na tyle dorosła, by porozmawiać o tym z tatą – zmarł. To był graniczny moment w moim życiu. Musiałam, wtedy już sama, wszystko to sobie w głowie poukładać.

W jednym z wywiadów powiedziała pani: „Nie czułam się dobrze w relacjach. Uwielbiałam być sama”. Co pani dawała ta samotność? Kontrolę nad życiem. Potrzebuję mieć swoją przestrzeń, własne powietrze, zawsze jednak miałam problem z zaznaczaniem granic. Nie wyobrażałam sobie takiego całkowitego zawłaszczenia jednej osoby przez drugą, jak zdarza się czasem w związkach. Raz szło to w jedną stronę, a raz w drugą. Zresztą to jest tak, że kiedy człowiek jest zakochany, to bardzo trudno mu ustalić, kiedy powinien przestać dawać. Czasem przedwcześnie uciekałam bojąc się utraty wolności, a innym razem zostawałam za długo, licząc na to, że uda mi się wywalczyć to, czego potrzebuję i osiągnąć kompromis, o jakim czytałam w mądrych książkach. Bardzo długo też tak naprawdę nie wiedziałam co to miłość.

Przez pewien czas pokutowało w przestrzeni publicznej przekonanie, że woli pani kobiety. To nie odstraszało od pani mężczyzn? Tych głupszych na pewno. Czyli żadna strata. Mądry podejdzie i porozmawia. Nasza branża pełna jest plotek i sensacji. Dlatego nie widziałam większego sensu w tłumaczeniu czegokolwiek. To, że do tej pory nie wyszłam za mąż, mimo że dwukrotnie przyjmowałam oświadczyny, stanowiło asumpt do tych plotek. Tak samo to, że przez długi czas byłam samotną matką.

Podobno każdy z nas ma w sobie męskie i damskie cechy. Co ma pani w sobie z mężczyzny? U mnie nie trzeba domyślać się nastrojów. Ja potrafię wprost powiedzieć co czuję. Tymczasem jako typowo kobiece postrzega się fochy. Jest obrażona i nie powie na co. Ja tak nie mam. Zawsze staram się szybko wyjaśniać takie sytuacje. Jak jestem zła, to nie trzeba się domyślać z jakiego powodu, bo od razu walę prawdę prosto z mostu. I tego oczekuję od innych. Potrafię też wbijać gwoździe i nie czekam aż mi ktoś wkręci żarówkę.

To pomaga pani w nawiązywaniu dobrych relacji z facetami? Tak – dopóki nie trafię na takiego, który każe mi się domyślać o co jemu chodzi. (śmiech) A zdarzało się i tak. Wydawało mi się, że skoro ja tak nie mam, to mamy prostą i jasną sytuację. Tymczasem – wcale nie.

Mieszka pani na wsi. Trzeba mieć do tego męską rękę? Wczoraj grałam na Śląsku koncert z okazji rocznicy wybuchu Powstań Śląskich. Kocham ten region – tam studiowałam i mieszkałam siedem lat. Stąd wiem, że śląskie kobiety to jest potęga. Takiego chłopa, jakim jest śląska baba, to nie ma nigdzie. (śmiech) One musiały czasem być wszystkimi, i matką i ojcem. I kobietą, i mężczyzną. Jak kobieta musi, to jest w stanie ogarnąć całą rzeczywistość. Myślę, że mniejsze spektrum możliwości mamy po drugiej stronie. Oczywiście jest cudownie, kiedy można podzielić się tymi obowiązkami i spotkać z partnerem we wspólnej przestrzeni. Czasem jednak są sytuacje, kiedy jedna ze stron jest przez chwilę słabsza. I wtedy to nie jest żadna ujma, by oddać drugiej część swoich obowiązków. A potem zmiana. Dlatego jestem jak najdalsza od sztucznych podziałów i robienia komuś zarzutów z tego, że czasem kobieta potrafi być facetem w związku, jeśli sytuacja tego wymaga. Bo może być też na odwrót – choćby wtedy, kiedy facet musi stać się czułym i kochającym opiekunem dla swoich dzieci. Taka zdrowo pojęta elastyczność bardzo w życiu pomaga. A nic tak nie ujmuje kobiety, jak mężczyzna, który dobrze opiekuje się jej dzieckiem.

A jak to, że wychowuje pani dziecko, wpłynęło na pani stosunek do mężczyzn? Bardzo: kiedy zostałam mamą, nastąpiło coś, czego nie waham się nazwać nowym otwarciem. Było to konsekwencją tego, że zmieniło się moje spojrzenie na samą siebie. Przede wszystkim zaczęłam sobie przy dziecku wybaczać. Uznałam w końcu, że nie muszę być idealna. Że mogę z czymś nie zdążyć na czas. Że mogę zrobić coś o innej godzinie. Bo dziecko nie trzyma się schematów. Nie da się go odstawić na półkę i wrócić, kiedy się będzie miało ochotę. Dzięki dzieciństwu córki, ponownie przeżyłam swoje własne, tym razem świadomie. Wtedy zrozumiałam, że właściwie nigdy nie byłam dzieckiem. Zawsze byłam poważna i samodzielna. Musiałam sobie sama poradzić z wieloma sytuacjami. Kiedy sama zostałam matką, byłam już dojrzała psychicznie i przygotowana na tę sytuację pod każdym względem. Było to więc w pełni świadome. Pojawiła się wtedy w moim życiu miłość w pełnym wydaniu: bezwarunkowa, największa na świecie, taka, która potrafi się poświęcić. Zobaczyłam wówczas, że jestem zdolna aż do takich uczuć. To było dla mnie wielkie odkrycie.

Dziecko potrafi dać kobiecie takie spełnienie, jakiego nie da żaden mężczyzna? U mnie była najpierw miłość związana z dzieckiem, a dopiero potem pojawiła się jakakolwiek inna. Córka nauczyła mnie kochać. Dzięki niej zobaczyłam do jakich ustępstw i poświęceń jestem zdolna. I jaką mogę mieć fantazję i elastyczność w ustalaniu granic. To była wielka lekcja miłości i życia. Okazało się, że jestem w stanie odpuścić i zaakceptować różne wady. W stosunku do siebie i innych. A przez długie lata miałam z tym duży problem. Okazało się, że mogę się wściec o coś – a jednocześnie ani na ułamek sekundy nie przestać kochać. To była dla mnie nowość. Bo wcześniej, jak działo się niedobrze – to się odchodziło. A tutaj się nie dało. (śmiech) Bardzo dojrzałam też wtedy jako kobieta i zaczęłam się cieszyć swoją kobiecością. Pierwszy raz w życiu zakochałam się tak na poważnie dopiero wtedy, gdy byłam już matką. Coś się wtedy we mnie pootwierało.

Klara ma już osiemnaście lat. Trudno pani będzie wypuścić ją z domowego gniazda? Mnie mama powtarzała za młodu, że dziecka nie wychowuje się dla siebie, ale dla świata. I trzeba je wychować tak, by sobie w tym świecie poradziło. Dlatego nigdy nie byłam matką-kwoką, która osacza i jest nadopiekuńcza. Może nawet czasem traktowałam Klarę zbyt po partnersku. Starałam się dobrze przygotować do macierzyństwa, dużo na ten temat czytałam i rozmawiałam z innymi rodzicami. Dzięki temu zrozumiałam, że najważniejsze jest to, by dziecko cały czas miało poczucie, że jest kochane i akceptowane. Bez względu na sytuację. Trzeba też przekazać dziecku świat wartości. Oczywiście ono potem samo musi się zmierzyć z życiem – i nie uchronimy go przed wszystkimi błędami. Musi jednak mieć poczucie, że może na mnie liczyć w każdej sytuacji. I wydaje mi się, że udało się nam to wspólnie wypracować.

Co będzie, kiedy Klara przyprowadzi do domu pierwszą sympatię? Mamy to za sobą. (śmiech) To oczywiście są już jej wybory. Ja mogę tylko stać przy niej. Tak jak każdy na tym świecie rodzi się i umiera sam, tak nie jesteśmy w stanie czuć za kogoś jego smaków i zapachów, nie czujemy jego uczuć. Trzeba więc umieć zaakceptować, że nawet nasza najukochańsza osoba może ten świat odbierać i smakować inaczej. I że w czymś najzwyczajniej w świecie możemy mieć inne zdanie, inny gust. To nie jest proste, ale staram się to ćwiczyć. (śmiech) Na razie nie ma wielkich rozbieżności. Teoretycznie jestem świetnie przygotowana, a co życie przyniesie, zobaczymy. Najwyższą formą miłości jest przecież „kochać i pozwolić odejść” – jak pisał święty Augustyn.

aip

COMMENTS