HomePOLSKAMałopolskie

Mężczyzna wysadził się w powietrze na oczach wędkarzy

Mężczyzna wysadził się w powietrze na oczach wędkarzy

Zdesperowany mężczyzna wysadził się w powietrze nad stawem przy ul. Jagodowej w Nowym Sączu. Przyczyny tragedii bada policja.

– To był potężny wybuch, po którym ujrzałem porozrzucane ludzkie szczątki – relacjonuje Stanisław Nieć. We wtorek wędkował na stawach przy brzegu Dunajca w rejonie ul. Jagodowej w Nowym Sączu. Wiadomość o eksplozji policja odebrała o godz. 10.20. Nie było szans na jakikolwiek ratunek dla ofiary wybuchu. Równocześnie istniało ryzyko, że w miejscu, w którym doszło do eksplozji, mogą się znajdować inne pociski lub miny. – Tu zawsze pełno wędkarzy, ale dziś było nas niewielu. To dobrze, bo nie doszło do większej tragedii, przy takim wybuchu mogło być więcej ofiar – mówi Nieć. Funkcjonariusze zabezpieczyli rozległy teren między nadrzecznymi wałami i stawami powstałymi na żwirowisku.
Reporterzy stali po jednej stronie taśmy, policjanci po drugiej. Wspólnie czekali na saperów, którzy po kilku godzinach dojechali z Krakowa. Początkowo przypuszczano, że mężczyzna przywiózł w plecaku niewybuch z niedalekiego Rdziostowa, gdzie w styczniu 1945 r. partyzanci wysadzili niemiecki pociąg z amunicją. Część ładunku nie eksplodowała, ale została rozrzucona na znacznym obszarze. Ciągle znajdowane są niewybuchy. Zwykle neutralizują je saperzy. Czasem zabierają do domu miłośnicy militariów, choć to nielegalne. Przypuszczenie o przypadkowej eksplozji jednak wyeliminowano.
To było samobójstwo
Policja dość szybko powiązała tragedię z mieszkańcem pobliskiego Chełmca, Jackiem K., który około godz. 6.30 wyszedł z domu do pracy w firmie brukarskiej, ale tam nie dotarł. Jego rodzina borykała się z problemami finansowymi. Małżeństwo pozostawało bez pracy. Mieli zostać wysiedleni przez gminę z domu, w którym żyli od 33 lat. Gmina wypowiedziała im umowę najmu i nakazała przenieść się do oddalonego o kilkanaście kilometrów Paszyna, do mniejszego mieszkania.
Dom planowano wyburzyć, a teren przeznaczyć pod obserwatorium astronomiczne i centrum kultury. – Nie dali nam żadnego wyboru, jedynie mniejsze o 10 metrów mieszkanie w Paszynie – rozpaczała kilka dni temu żona Jacka K. w rozmowie z reporterką „Gazety Krakowskiej”. Rodzina nie zgodziła się wyprowadzić. Zdecydowała się walczyć o swoje prawa przed sądem. Pierwsza rozprawa miała odbyć się pod koniec kwietnia.
Pożegnał się z córką?
Kilka godzin po tragedii, która wydarzyła się nad Dunajcem, pojawiła się nieoficjalna informacja, jakoby Jacek K. miał pozostawić list pożegnalny. To miało dowodzić, że wybrał się nad stawy z materiałem wybuchowym z zamiarem popełnienia samobójstwa. Policja tej informacji nie potwierdziła. Nieco później jednak Radio RMF FM podało, że niedługo przed wybuchem mężczyzna zadzwonił do córki, żeby się pożegnać i powiedzieć o swoich samobójczych zamiarach.
Sierżant sztabowa Justyna Basiaga, rzeczniczka prasowa sądeckiej policji, nie zaprzeczyła ani nie potwierdziła tej informacji. Odpowiedziała okrągłą formułką, że „funkcjonariusze wyjaśniają wszystkie aspekty tajemniczej tragedii”. Pirotechnicy przeszukali też dom zmarłego mężczyzny. Podinspektor Mariusz Siarka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie tłumaczył, że ofiara wybuchu mogła kolekcjonować militaria. O rezultatach, jakie dało przeszukanie, policja nie chciała już mówić.

COMMENTS