HomeLubuskie

Lubuskie: Za grunt wart nawet 267 tys. zł bezrobotny nie dostał ani złotówki. Najpierw wsparł go minister sprawiedliwości, a teraz Sąd Najwyższy

Lubuskie: Za grunt wart nawet 267 tys. zł bezrobotny nie dostał ani złotówki. Najpierw wsparł go minister sprawiedliwości, a teraz Sąd Najwyższy

Sąd Najwyższy uznał skargę kasacyjną, którą w sprawie Jerzego Zalewskiego, 68-letniego bezrobotnego alkoholika ze Strzelec, złożył minister sprawiedliwości. Adwokat Zalewskiego twierdzi, że małżeństwo strzeleckich biznesmenów wprowadziło go w błąd i działkę wartą nawet 267 tys. zł kupiło od niego za 10 tys., nie płacąc nawet tej kwoty. Prokuratura umorzyła jednak sprawę, a sąd jej decyzję podtrzymał.

– Skuteczna kasacja podtrzymuje wiarę w sprawiedliwość – komentuje Janusz Stefańczyk, adwokat Zalewskiego. O tej sprawie pisaliśmy w lutym. Zalewski twierdzi, że w 2015 r. przez przypadek dowiedział się, że… nie jest już właścicielem gruntu, który „był jego od zawsze”. Znajomy zaprowadził go do prawnika. Mecenas Janusz Stefańczyk ustalił, że do transakcji sprzedaży faktycznie doszło. Zalewski zaklinał się jednak, że nie ma o tym pojęcia. I że dostał za to „choćby złotówkę”.

 

Mec. Stefańczyk ustalił, że w roku 2010 do Zalewskiego zwrócił się strzelecki biznesmen o inicjałach: M.S. (rodzina zastrzegła nazwisko do wiadomości redakcji) zainteresowany kupnem gruntu. Według Zalewskiego ten grunt był jego. Gdy jednak biznesmen chciał grunt odkupić, okazało się, że formalnie Zalewski wcale nie jest właścicielem. Trzeba więc było najpierw doprowadzić do tego, że grunt stanie się własnością Zalewskiego z mocy prawa. [polecane]20603713[/polecane] Biznesmen zadeklarował, że zajmie się tym na swój koszt – pod warunkiem, że kiedy już formalnościom stanie się zadość, Zalewski odsprzeda mu całość. – Za 10 tys. zł. „To dobra cena”, co rusz tak mnie zapewniał – powtarzał reporterowi Zalewski.

 

Pod pojęciem „grunt” kryje się prawie hektar ziemi uprawnej, do tego duża działka ze zrujnowanym domem, w którym wychował się Zalewski. Działka z ruiną leży w środku willowego osiedla, a ziemia orna u wylotu z miasta na Gdańsk. Obie lokalizacje podnoszą wartość tych nieruchomości. Pan S. podsunął mi dokumenty i powiedział, żebym podpisał. Ja ich nie czytałem, nie miałem nawet okularów, ale podpisałem – mówi Jerzy Zalewski Formalności gruntowe miał załatwić syn biznesmena S., wtedy aplikant, dzisiaj radca prawny. Został on prawnym pełnomocnikiem – ale nie swojego ojca, tylko Zalewskiego. Uporał się z formalnościami. Wtedy Zalewski jako „oficjalny” właściciel nieruchomości podpisał umowę sprzedaży – z biznesmenem i jego żoną, rodzicami prawnika, który formalnie reprezentował Zalewskiego. Stało się to w kancelarii Ilony Teresy Zielińskiej, notariusza z Poznania. Obie strony ustaliły tu kwotę sprzedaży gruntu na 10 tys. zł.

 

– Pan S. podsunął mi dokumenty i powiedział, żebym podpisał. Ja ich nie czytałem, nie miałem nawet okularów, ale podpisałem. Pani notariusz odczytała te dokumenty przed podpisaniem. Ja nie rozumiałem, co ona czytała, bo ja się nie znam – opowiadał Zalewski reporterowi (oczywiście używa całego nazwiska, a nie inicjału). Twierdził też, że w drodze do Poznania strzelecki biznesmen dał mu kilka butelek piwa. – Ja jedno z tych piw wypiłem, może dwa – mówił GL. O sprawie pisaliśmy po raz pierwszy w lutym 2020 r.:

 

Biznesmen, jego żona i syn przedstawiają sprawę zupełnie inaczej. W ich opinii to nie biznesmen, ale Zalewski zaproponował zapłatę w wysokości 10 tys. zł. I nigdy nie sygnalizował, że chce więcej. Zalewskiego absolutnie nikt nie wprowadzał w błąd ani tym bardziej do niczego nie zmuszał. Wręcz przeciwnie. Zalewski od początku miał świadomość, że grunt formalnie nie jest jego, a uporządkowanie sytuacji prawnej wymaga dużych pieniędzy i wiedzy prawniczej. Biznesmen S. nigdy by się na to nie porwał, gdyby nie wziął tego na siebie jego syn. Ten z kolei został pełnomocnikiem Zalewskiego po to tylko, żeby wyprostować sprawy gruntu za Zalewskiego – dowodzą S.

 

Rodzina S. uważa, że to ona w tej sprawie jest ofiarą: „(…)zostaliśmy potraktowani instrumentalnie, jak >>jelenie<< finansujący to całe przedsięwzięcie, spotykając się w konsekwencji z wyrachowaniem pana Zalewskiego” „Przez wiele lat, począwszy od 2011 roku, często kontaktowaliśmy się z panem Zalewskim w sprawie tej nieruchomości. Nigdy nie miałem jakichkolwiek wątpliwości co do tego, czy rozumie skomplikowanie sprawy i wie, ile z tym jest zachodu” – oświadczył w odpowiedzi na pytania reportera GL biznesmen. Kategorycznie zaprzeczył, jakoby w drodze do notariusza w Poznaniu miał częstować Zalewskiego piwem, a ten miał nie wiedzieć, co tam podpisuje.

 

Rodzina S. uważa, że to ona w tej sprawie jest ofiarą. „(…)zostaliśmy potraktowani instrumentalnie, jak >>jelenie<< finansujący to całe przedsięwzięcie, spotykając się w konsekwencji z wyrachowaniem pana Zalewskiego” – napisał do reportera prawnik S. w imieniu rodziców. Żona biznesmena, pani S., w lutowej rozmowie telefonicznej: – To nie jest tak, że jest biedny człowiek, a po drugiej stronie bogaci biznesmeni, którzy tego człowieka wykorzystali. To my się czujemy wykorzystani. Wydaliśmy na tę sprawę około 46 tys. zł. Koszty cały czas rosną, a jesteśmy ze wszystkich stron szarpani: sprawa cywilna, karna z kasacją, teraz media…

 

Po analizie sprawy mec. Stefańczyk doszedł jednak do wniosku, że państwo S. Zalewskiego wykorzystali. W jego imieniu wniósł cywilny pozew, by unieważnić transakcję sprzedaży gruntu. [zdj 45003040 p l] W trakcie procesu psychologowie i psychiatrzy uznali, że Zalewski „był w stanie wyłączającym świadome podjęcie decyzji”. „Jest zaniedbany środowiskowo, o silnie zredukowanych potrzebach życiowych i wysokim stopniu społecznej nieporadności”, „od dłuższego czasu jest podatny na wpływy i manipulacje osób trzecich”, „wymaga kompleksowej diagnostyki, opieki osoby drugiej”, „nie zdawał sobie sprawy ze znaczenia i skutków własnego postępowania”, „był w stanie wyłączającym świadomość”, „praktycznie niemożliwe jest udawanie takiego stanu” – takie opinie ekspertów legły u podstaw wyroku Sądu Rejonowego w Strzelcach. 2 lutego 2019 r., po ponad trzech latach procesu, sąd pod przewodnictwem Roberta Słabuszewskiego uznał Zalewskiego za właściciela spornej nieruchomości.

 

Państwo S. obciążył sąd opłatami od pozwu, kosztami prawnymi i ekspertyz. To był wyrok nieprawomocny. Apelacja trwa do dziś. – Kolejne badania zlecone przez sąd potwierdziły, że udzielając pełnomocnictwa i sprzedając ziemię, mój klient „nie wiedział, co czyni” – mówi dziś Stefańczyk. Pan Jerzy pod moje dyktando napisał do ministra Zbigniewa Ziobry kilka zdań na zwykłej kartce, w stylu: jest taka i taka sprawa, czuję się oszukany, prokuratura mi nie pomogła, a sąd na to pozwolił – opowiada adwokat

 

Biegli uznali, że nieruchomość była warta od 82,5 do 267 tys. zł, a sąd cywilny ustalił, że nawet tych 10 tys. zł Zalewski faktycznie nie dostał. Rodzina S. twierdzi, że Zalewski po prostu odmówił przyjęcia zapłaty. – Bez problemu można było przekazać pieniądze np. pocztą za potwierdzeniem odbioru – uważa mecenas Stefańczyk. Na pozwie cywilnym więc nie poprzestał. Powiadomił strzelecką prokuraturę, że doszło do „oszustwa i przywłaszczenia mienia”. W decyzji o umorzeniu asesor Grzegorz Grzegorczyk napisał, że państwo S. nie kupili działki od Zalewskiego „za miskę soczewicy”. – Czyli 10 tys. zł za ziemię wartą nawet 267 tys. zł to w ocenie pana prokuratora godna zapłata?! – złościł się Stefańczyk. – Dlaczego jednak pan prokurator nie zorientował się, że nawet tych pieniędzy Jerzy Zalewski nie otrzymał? Adwokat napisał zażalenie, ale sędzia Róża Majchrzak decyzję prokuratury utrzymała w mocy. Mecenas chwycił się więc ostatniej deski ratunku.

 

– Pan Jerzy pod moje dyktando napisał do ministra Zbigniewa Ziobry kilka zdań na zwykłej kartce, w stylu: jest taka i taka sprawa, czuję się oszukany, prokuratura mi nie pomogła, a sąd na to pozwolił – opowiada. [zdj 45003044 p s] Wokół sprawy zapadła cisza. Po ponad roku jednak minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro złożył kasację do Sądu Najwyższego. Wytknął radcy S. (synowi biznesmena), że jako pełnomocnik Zalewskiego nie rozliczył się z nim z zapłaty. Minister zauważył też określenie „za miskę soczewicy”. I uznał, że strzelecka prokuratura oceniła dowody w sposób „dowolny, sprzeczny z zasadami prawidłowego rozumowania oraz wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego”, a sąd „zaniechał wszechstronnej kontroli odwoławczej”. Inaczej mówiąc: minister uznał, że bezmyślną decyzję strzeleckiej prokuratury sąd przyklepał bez sprawdzenia.

 

„Osoba Jerzego Zalewskiego potraktowana została przez obu podejrzanych instrumentalnie i przedmiotowo”, a ich działania „ewidentnie zmierzały do przejęcia nieruchomości bez jego wiedzy i woli” – napisał minister. 4 sierpnia tego roku Sąd Najwyższy w Warszawie kasację ministra uznał. Uchylił umorzenie sprawy. Strzelecki sąd musi więc przyjrzeć się decyzji prokuratury ponownie. – Spodziewam się uchylenia także jej – mówi Stefańczyk. I dodaje, że wskutek kasacji Sądu Najwyższego „obaj panowie S. znów mają status podejrzanych o oszustwo”. Ani syn, ani ojciec w rozmowie z GL nie chcieli kasacji komentować. – Czekamy na pisemne uzasadnienie – tyle tylko powiedział biznesmen.

 

Zbigniew Borek aip

COMMENTS