Likwidacja limitu 30-krotności składek na ubezpieczenie społeczne. ZUS stanie się piramidą finansową, która za jakiś czas runie z hukiem?

Likwidacja limitu 30-krotności składek na ubezpieczenie społeczne. ZUS stanie się piramidą finansową, która za jakiś czas runie z hukiem?

Planowanemu przez rząd zniesieniu limitu 30-krotności składek na ZUS przeciwne są zarówno wszystkie organizacje pracodawców, jak i związki zawodowe, na czele z Solidarnością. Powód jest oczywisty: jeśli Polska ma przestać być “montownią zachodnich korporacji” i stać się krajem opartym na wiedzy i innowacjach, to potrzebujemy najlepszych menedżerów i specjalistów. A zniesienie limitu silnie uderza w najlepszych menedżerów i specjalistów. Zarazem zmienia ZUS w piramidę finansową, która za jakiś czas runie z hukiem.

Limit zarobków, do którego płaci się składki na ZUS, wynosi 142,9 tys. zł brutto rocznie, czyli 11,9 tys. zł brutto miesięcznie. Jeśli pracownik zarobi w danym roku więcej, to od nadwyżki przestaje płacić składki emerytalne, co powiększa jego zarobek netto. Łatwo to rozgrywać propagandowo, wmawiając wyborcom, że rząd „sięga do kieszeni bogaczy”, i to „w imię sprawiedliwości” (skoro inni płacą proporcjonalnie do zarobków, to czemu „bogacze” mają nie płacić?). Dzięki temu budżet państwa zyska 5 mld zł na „słuszne cele” Jest to jednak narracja skrajnie bałamutna, by nie rzec – kłamliwa i wielce szkodliwa dla Polski i Polaków. W rządowej strategii oraz propagandowych sloganach rzucanych podczas konwencji wyborczych politycy PiS podkreślają, ze kraj nasz musi odejść od dotychczasowego modelu („taniej siły roboczej”) i stać się „państwem, którego rozwój opiera się na innowacjach i wiedzy”.

 

Taki kraj potrzebuje jednak dużej liczby specjalistów, naukowców, inżynierów i wytrawnych menedżerów, tworzących wizjonerskie strategie i potrafiących sprawnie zarządzać firmami. To kapitał ludzki, najcenniejsza przewaga konkurencyjna w dzisiejszym świecie. Tylko specjaliści potrafią sprawić, że kraj biedny awansuje do elity. Ludzi takich w całej Europie brakuje – dlatego najbogatsze kraje podkupują ich w Azji i naszej części Europy. Polscy specjaliści i menedżerowie są codziennie bombardowani ofertami intratnej i ciekawej pracy na Zachodzie – od Londynu, Amsterdamu, Paryża i Berlina po Los Angeles i Nowy Jork. By ich zatrzymać nad Wisłą, pracodawcy muszą im odpowiednio dużo płacić, oferując przy tym nie tylko bonusy, ale i atrakcyjne ścieżki rozwoju i kariery. Raporty globalnych firm rekrutacyjnych pokazują, że zarobki specjalistów i menedżerów z trzyletnim doświadczeniem zaczynają się od 15 tys. zł brutto. Tyle lub więcej zarabia ok. 5 proc. ludzi w Polsce.

 

Czy to jest duża kwota?

 

Dla niewykwalifikowanego pracownika na prowincji – niebotyczna. Ale w Warszawie stanowi tylko dwukrotność obecnej średniej, a w niektórych sektorach gospodarki – nieznacznie tę średnią przekracza. Również w Krakowie są całe grupy zawodowe (nie tylko informatyków, ale i inżynierów), których przeciętne zarobki przekraczają już limit 30-krotności.

 

Co ów limit daje pracodawcy?

 

Przyjmijmy stałą przez cały rok płacę: 15 tys. zł brutto. To dla pracodawcy koszt prawie 18,1 tys. zł miesięcznie, ale tylko przez pierwszych 9 miesięcy roku. W październiku – za sprawą limitu składek na ZUS – ów koszt maleje do 17 tys., a w listopadzie i grudniu do 15,6 tys. zł.

 

Co “zyskuje” pracownik?

 

O ile przez 9 miesięcy roku jego składka na ZUS jest „normalna” i wynosi 1464 zł (emerytalna) plus 225 zł (rentowa), to w październiku maleje do 776 + 119 zł, a w listopadzie i grudniu wynosi zero. Pieniądze zostają w kieszeni pracownika. Czy jednak jego pensja na rękę przez to rośnie? Skąd!!! Taki „bogacz” wpada bowiem wcześniej w drugi próg podatkowy, 32 proc. i już od sierpnia zamiast 10,5 tys. zł netto zarabia niecałe 8,7 tys. zł netto.

 

Na koniec roku kwota ta rośnie do 9,8 tys. zł, ale – jak łatwo zauważyć – i tak jest niższa od początkowego 10,5 tys. zł. Zniesienie limitu sprawi, że pracownik taki będzie zarabiał w drugiej połowie roku 8,6 tys. zł. Oczywiście, pracodawca może mu ten ubytek zrekompensować, ale to oznacza znaczny wzrost kosztów zatrudnienia. Zważywszy, że bardziej doświadczeni specjaliści i menedżerowie (2 proc. zatrudnionych w Polsce) zarabiają powyżej 25 tys. zł brutto, ów wzrost może zachwiać finansami i konkurencyjnością wielu firm.

 

Piramida w ZUS: po nas choćby potop?

 

Związki zawodowe zwracają uwagę na inny aspekt: limit 30-krotności wprowadzono po to, by chronić państwo i ZUS przed gigantycznymi wydatkami w przyszłości: wyższe składki, bez limitu, oznaczają bowiem odpowiednio wyższe emerytury, rzędu nawet 30 tys. zł miesięcznie. Odpowiedzialny rząd to wie i planuje w perspektywie dłuższej niż kadencja.

 

Populistyczny – ściąga kasę i nie martwi się o przyszłość. Przypomina to piramidę finansową: wszystko kręci się dobrze, dopóki są jelenie gotowe ją finansować. Tu może się okazać, że potencjalne „jelenie”, wyceniane w projekcie budżetu państwa na 5 mld zł, uciekną w inne formy zatrudnienia lub – z kraju. Wtedy swój ambitny plan „transformacji Polski z kraju montowni w kraj innowacji” PiS przeprowadzał będzie przy pomocy ludzi dzierżących w rękach klucze francuskie i łopaty. Ba, nawet ich może nam zabraknąć. Zostaną klienci państwa uzależnieni od zasiłków. A jak ta piramida runie, kolejne rządy będą się głowić, jak wypłacić niebotyczne emerytury tym nielicznym, którzy jednak zdecydowali się zostać i płacić składki bez limitu.

 

aip



COMMENTS

WORDPRESS: 0