Legalizacja medycznej marihuany w Polsce to nadzieja dla tysięcy cierpiących pacjentów

Legalizacja medycznej marihuany w Polsce to nadzieja dla tysięcy cierpiących pacjentów

 Jedynym lekiem na bazie konopi dostępnym w Polsce jest Sativex, który kosztuje prawie 3 tys. zł

W ubiegłym tygodniu do Sejmu trafił projekt ustawy, która dopuszcza stosowanie marihuany do celów medycznych. Projekt popiera grupa 21 posłów pod przewodnictwem Piotra Liroya Marca. To rozwiązanie jest nadzieją dla tysięcy pacjentów w Polsce, którzy zmagają się z padaczkami, stwardnieniem rozsianym, chorobami nowotworowymi, czy ciężkimi postaciami Parkinsona i Alzheimera. Na zmiany w Polsce powoli przestaje liczyć Monika z Poznania. Zadbana kobieta około 30 mieszka z mężem i córeczką na jednym z eleganckich osiedli na obrzeżach miasta. Choruje na epilepsję.
– Pierwszy atak padaczki miałam, gdy skończyłam 18 lat – mówi Monika. – Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo to zmieni moje życie. Po pierwszym ataku przez kilka lat miałam spokój. Byłam pod kontrolą neurologa, ale nie dostawałam leków. Powoli zapominałam już o tej padaczce, gdy nagle, półtora roku po urodzeniu dziecka, choroba wróciła ze zdwojoną siłą. Monika miała atak za atakiem. Kilkanaście razy w tygodniu po kilka wyładowań następujących po sobie. To tak zwane ataki gromadne. – Jeszcze wtedy niewiele wiedziałam o padaczce. Naiwnie myślałam, że dostanę leki i będę mogła normalnie żyć – mówi Monika.
Tymczasem leki nie działały. – Przez prawie rok brałam depakine. Gdy w szpitalu HCP zrobiono mi badania poziomu tego leku we krwi, okazało się, że wynosi on prawie zero. Zaczęto mi wmawiać, że nie biorę leków, wylądowałam u psychiatry – wspomina Monika. – Dopiero, gdy trafiłam do szpitala przy Przybyszewskiego i całą dobę podawano mi leki przez kroplówkę, a następnego dnia w badaniu wyszło, że we krwi mam znikome ilości leku, lekarz uwierzył, że rzeczywiście stosuję się do jego zaleceń. W tym czasie Monika miała po kilkanaście ataków padaczki w tygodniu. Po roku bezskutecznego leczenia, lekarz zmienił jej leki. Chciałabym tylko móc się leczyć i nie cierpieć. Obawiam się, że jednak tego nie doczekam – Różne dawki, różne leki zasadniczo nie zmieniały mojej sytuacji – mówi Monika. – Po atakach regularnie trafiałam do poznańskich szpitali. W jednym z nich rozmawiałam z neurologiem o leczeniu marihuaną. Nie powiedział on mi wprost, że mam ją stosować, ale ja odczytałam wyraźną sugestię. Na końcu padło: jest pani dorosła, może wybierać. Później spotykałam lekarzy, którzy wspominali o alternatywnych metodach leczenia, usłyszałam też, że nikt mnie do nałogu nie namawia, ale czasem trzeba szukać niekonwencjonalnych rozwiązań.
Ani Monika, ani jej mąż nie wiedzieli, jak zabrać się za zdobycie leków na bazie konopi. Wiedzieli, że w Polsce jest to nielegalne, ale wiedzieli też, że są pacjenci, którzy w jakiś sposób omijają przepisy. – Pierwsze, co nam przyszło do głowy, to Czechy – wspomina Monika. – Chciałam znaleźć tam lekarza, do którego pójdę prywatnie i on przepisze mi leki, które na miejscu wykupię. Pomysł prosty w formie, w realizacji okazał się skomplikowany. I drogi. – Takie rozwiązanie zrujnowałoby nas finansowo – mówi Monika. – Wtedy przeczytałam, że na polskim rynku dostępny jest lek na bazie marihuany, który można kupić w aptece. Cieszyłam się, jak wariatka. Wiedziałam, że mój lekarz wypisze mi ten lek , choć jest on przeznaczony dla pacjentów ze stwardnieniem rozsianym.
Radość Moniki trwała do czasu poznania ceny medykamentu. To prawie 3 tys. zł za opakowanie, które wystarcza na około miesiąc. – Kiedyś powiedziałam o moich dylematach znajomemu, ten stwierdził, że zdobycie marihuany w Poznaniu to nie problem, zaproponował pomoc – mówi Monika. – Byłam zdesperowana, wykończona atakami, nie mogłam normalnie żyć, pracować w swoim zawodzie, prowadzić auta, pojawiły się skutki uboczne stosowanych leków. Miałam już arytmię serca, zaczęłam cierpieć na kamicę nerkową. Zgodziłam się na ten krok. Marihuanę od znajomego Monika zastosowała tylko raz. – Nigdy nie paliłam nawet papierosów, po wypaleniu tego świństwa, wymiotowałam cały dzień – mówi Monika. – Ataków miałam jeszcze więcej niż przedtem.
Pewnie przez ten stres i przez to, że zwracałam wszystkie leki. To doświadczenie zniechęciło Monikę do eksperymentów. Kobieta postanowiła zastosować legalne konopie siewne. – Poszłam do sklepu w Poznaniu, który oferuje wszystko z tych konopi. Sprzedawca poradził mi olej. Powiedział, w jaki sposób go przygotować i stosować. Przez miesiąc piłam ten olej, nie było mi po nim ani lepiej, ani gorzej. Zniechęciłam się. Kiedy znajomi przywieźli dla Moniki marihuanę z Holandii, podeszła ona do niej bez entuzjazmu.
– Miałam już tyle złych doświadczeń, że nie spodziewałam się cudu, a jednak on nastąpił – mówi Monika. – Następnego dnia nie wzięłam leków na czas. Chciałam sprawdzić, co będzie. Nic się nie działo. Nie dostałam ataku, chociaż wcześniej małe spóźnienie z lekami oznaczało dla mnie stuprocentowy epizod padaczkowy. Monika pokazuje leki, które bierze. – Codziennie przyjmuję 14 tabletek leków psychotropowych, do tego leki na arytmię i kamicę nerkową – mówi Monika. – Doraźnie mam przepisane relanium, które mam brać, gdy czuję zbliżający się atak. Gdy mam konopie z Holandii, zastępuję relanium nimi i to działa. Monika z mężem rozważają wyjazd na stałe za granicę.
Ze względu na chorobę kobiety. – Chciałabym mieć dostęp do leczenia, które mi służy, które nie wywołuje skutków ubocznych w postaci całkowitego zrujnowania zdrowia. Widzę, że w Polsce nie ma do leczenia marihuaną zdrowego podejścia – mówi Monika. – Ja nie chcę odlotu, nie domagam się legalizacji marihuany dla rozrywki. Chciałabym tylko móc się leczyć i nie cierpieć. Obawiam się, że nie doczekam żadnej zmiany. W innych krajach europejskich ważniejsze od ideologii jest dobro pacjenta.



COMMENTS

WORDPRESS: 0