Jason Doyle – jeden z największych pechowców żużla

Jason Doyle – jeden z największych pechowców żużla

Przypadek Jasona Doyle’a po raz kolejny pokazał, że w sporcie nie ma sprawiedliwości. Najlepszy żużlowiec tego sezonu najprawdopodobniej nie zdobędzie medalu mistrzostw świata.

Dramat rozegrał się w 3. wyścigu turnieju o Grand Prix Polski w Toruniu. Wszystko trwało ułamki sekundy. Fredrik Lindgren narobił zamieszania przy wejściu w drugi łuk, jadący obok niego Chris Harris wypuścił motocykl, a ten uderzył w przygotowującego się do ataku po zewnętrznego Jasona Doyle’a. W tym momencie marzenia Australijczyka o największym sukcesie w karierze pękły niczym mydlana bańka. Żużlowiec, który wygrał cztery tegoroczne turnieje Grand Prix w jednej chwili stracił szansę nie tylko na tytuł mistrza świata, który wydawał się być na wyciągnięcie ręki, ale nawet na medal z jakiegokolwiek kruszcu. Bo już wiadomo, że Doyle’a zabraknie podczas finałowej rundy, która 22 października odbędzie się w Melbourne. – Niestety, muszę zrezygnować ze startu w Australii. Mam przebite lewe płuco, a drugie też jest w kiepskim stanie. Ze względu na te problemy nie mogę nawet latać samolotem. Do tego mam poobijany i zwichnięty lewy bark. Czekam też na operację łokcia, która odbędzie się dopiero wtedy, gdy mój ogólny stan zdrowia ulegnie poprawie – poinformował Jason Doyle na swojej stronie. Tym samym Australijczyk zapisze się w historii żużla nie jako mistrz świata, ale jeden z największych pechowców.

Z Gollobem było podobnie

Ale nie jedyny, bo historia speedwaya zna podobne przypadki. Niemal identyczna historia wydarzyła się w 1999 roku, kiedy to Tomasz Gollob także pewnie zmierzał po pierwszy w karierze tytuł mistrza świata. Niestety, tuż przed ostatnim turniejem Grand Prix, podczas Złotego Kasku we Wrocławiu miał potwornie wyglądający wypadek i nieprzytomny, ze złamanym obojczykiem i zmiażdżonym palcem trafił do szpitala. Polak wygrał wtedy wyścig z czasem, wystąpił w finałowych zawodach, ale ledwo się trzymał na motocyklu i ostatecznie przegrał rywalizację o tytuł z Tony Rickardssonem. Na pocieszenie zdobył srebro. Doyle takiego szczęścia raczej mieć nie będzie, bo goniący go w klasyfikacji generalnej Tai Woffinden oraz Bartosz Zmarzlik mają do niego odpowiednio osiem i dziesięć punktów straty. To niewiele biorąc pod uwagę aktualną formę obu zawodników. Pewniakiem do złota jest Greg Hancock, któremu do końcowego triumfu brakuje zaledwie jednego wygranego wyścigu. – Wiem, że jestem o krok od wywalczenia czwartego tytułu w karierze, ale w całej tej sytuacji nie czuję się zbyt dobrze. Potrafię sobie wyobrazić co teraz czuje Jason. On nie zasłużył na to, by w taki sposób stracić szansę na złoto – stwierdził Amerykanin. Historia Doyle’a poruszyła zresztą całe środowisko żużlowe. – Powodów jest kilka. Po pierwsze Doyle był w tym sezonie zdecydowanie najlepszy. Wygrał cztery turnieje Grand Prix, z czego trzy z rzędu. Po drugie, to przypadek zawodnika, który dopiero tuż przed trzydziestką przebił się do światowej czołówki. Historia żużla nie zna za wiele podobnych przypadków. Australijczyk jeszcze nie tak dawno był żużlowcem z drugiego, a może nawet trzeciego planu. Przecież trzy lata temu startował jeszcze w Kolejarzu Rawicz! – mówi Paweł Ruszkiewicz, komentator telewizyjny i ekspert żużlowy „Głosu Wielkopolskiego”. Niedźwiadki były pierwszym klubem Doyle’a w Polsce. Potem jeździł jeszcze w Starcie Gniezno, Polonii Piła, ROW Rybnik i ponownie w Kolejarzu. W każdym z tych zespołów był typową zapchajdziurą. – Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że za trzy lata będę jeździł w Grand Prix i wygrywał zawody z tego cyklu, to bym po prostu nie uwierzył. Niewielu zresztą wtedy we mnie wierzyło – opowiadał nie tak dawno 31-letni żużlowiec z australijskiego Newcastle. Przełom nastąpił w 2014 roku, kiedy to Doyle trafił do Orła Łódź. Tam stał się liderem zespołu i już po roku przeniósł się do ekstraligi, a konkretnie do KS Toruń. W tym sezonie reprezentował barwy Falubazu Zielona Góra i właśnie został wybrany najlepszym zawodnikiem zagranicznym występującym na polskich torach. – On wszędzie jeździł doskonale. A jeździł bardzo dużo, najwięcej z całej czołówki światowej. Bo oprócz Polski i Grand Prix była to także Szwecja i Anglia. Jak widać, taka ilość startów jemu akurat nie przeszkadzała – dodaje Ruszkiewicz. – To na pewno był jego sezon. Jeździł niesamowicie równo i skutecznie. Wygrywał wyścigi bez względu na to, czy tor był długi czy krótki, czy nawierzchnia był twarda czy też przyczepna. Jemu nic nie przeszkadzało – chwalił swojego kolegę klubowego przed kamerami nsport+ Piotr Protasiewicz. W czym tkwi sekret wspaniałych, tegorocznych występów Doyle’a? Co lub kto stoi za tak nagłą metamorfozą żużlowca? – Ten przypadek trudno nawet racjonalnie wytłumaczyć. Być może stało się coś w jego podejściu mentalnym, a być może zmienił coś w swoim teamie – mówi nasz ekspert.

Skończył z imprezami

Wielu twierdzi, że duży wpływ na wyniki Australijczyka ma tuner Flemming Graversen. Sam zawodnik wielokrotnie zresztą podkreślał, że bez jego wsparcia nie byłby w tym miejscu, w którym jest obecnie. – Może i tak, ale Graversen przygotowuje silniki nie tylko Doyle’owi. Z jego usług korzysta jeszcze kilku innych zawodników. Poza tym sprzęt, na którym ścigają się najlepsi żużlowcy świata jest porównywalny. Nie tutaj zatem bym się doszukiwał przewagi Australijczyka – twierdzi Ruszkiewicz. – Jasona wyróżnia za to styl jazdy. On jest wyjątkowo odważnym żużlowcem. Każdy zawodnik na świecie wie, że jak startuje w wyścigu razem z Australijczykiem, to musi mieć oczy dookoła głowy, bo atak może nastąpić z każdej strony. Dla niego nie ma straconych sytuacji. Jeszcze nie tak dawno dość często upadał na tor. Ale teraz to się zmieniło. Australijczyk złapał pewność siebie. Jeździ twardo, ale płynnie i nie stwarza niebezpie-cznych sytuacji na torze. To zawodnik będący połączeniem Ni-cki Pedersena i Jasona Crumpa – mówi Ruszkiewicz. A co na temat swojej metamorfozy mówi sam zainteresowany? – Wszystko zaczęło się od diety. W pewnym momencie zrzuciłem trochę kilogramów. Do tego zmieniłem w Anglii drużynę i z Poole Pirates trafiłem do Swindon Robins. To był klub, który na mnie postawił, i w którym mogłem się skupić na jeździe. No i przestałem też impre-zować – mówił nie tak dawno zawodnik w rozmowie z portalem theworldgames2017.com. – W to imprezowanie wierzę, bo Doyle to podobny typ człowieka co Chris Holder czy Darcy Ward. Typowy luzak, charakteryzujący się bezstresowym podejściem do życia. Australijczycy już tak mają – dodaje Ruszkiewicz.

Pracował jako murarz

Takie bezstresowe podejście do życia sprawiło, że Doyle późno rozpoczął treningi na żużlu. – Z dyscypliną miałem kontakt od najmłodszych lat, bo na żużlu ścigał się również mój tata. Do 17 roku życia grałem jednak w baseball. Nawet podpisałem kontrakt na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Doznałem jednak kontuzji, a z dyslokacją barku nie miałem czego szukać w baseballu. Wróciłem więc do speedwaya. Na początku nie miałem jednak lekko. Już będąc zawodnikiem angielskich klubów po sezonie wracałem do Australii i pracowałem. Układałem cegły, mieszałem beton – mówił Doyle dla theworldgames2017.com. Taką nietypową szkołę życia i żużla przechodzi wielu zawodników z Australii. – Oni przyjeżdżają do Anglii z jednym plecakiem i zaczynają od zera. Są z dala od domu i muszą o wszystko zadbać sami. To ich uczy pokory i wytrwałości w dążeniu do celu. Może dlatego później osiągają takie sukcesy. Doyle początkowo niczym się nie wyróżniał, wydawał się zawodnikiem pokroju swoich rodaków Davey Watta, Shane’a Parkera czy też Adama Shieldsa. Niby niezły zawodnik, ale taki, który nie jest w stanie przeskoczyć pewnego poziomu. Nagle to się zmieniło i Jason ku zaskoczeniu wszystkich stał się wielką gwiazdą – mówi ekspert „Głosu Wielkopolskiego”. Przedsmak tego, jakiego pokroju może to być żużlowiec mieliśmy już w ubiegłym roku, kiedy to Australijczyk „po cichu” zajął czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej Grand Prix. Teraz Doyle już błyszczał i miał ogromną szansę na złoto. Pytanie, czy po kontuzji będzie w stanie powtórzyć tak rewelacyjny sezon? – Muszę zapomnieć o tym co się stało i skupić na tym, aby wrócić do pełni sił i jak najlepiej przygotować się do nowego sezonu – napisał żużlowiec na swojej stronie. Przy okazji podziękował kibicom za słowa otuchy i wsparcia. Bo dla wielu fanów speedwaya to właśnie on jest tegorocznym mistrzem świata. Choć bez tytułu.

Tomasz Sikorski (AIP), Fot. Mariusz Kapała



COMMENTS

WORDPRESS: 0