HomePOLSKA

Jan Wróbel, nauczyciel, publicysta: Większość mediów nakręca atmosferę zwiazaną z powrotem dzieci do szkoł

Jan Wróbel, nauczyciel, publicysta: Większość mediów nakręca atmosferę zwiazaną z powrotem dzieci do szkoł

Jestem przekonany, że jeśli przestaniemy zupełnie niepotrzebnie domagać się mądrości i zdolności przewidywania od ministerstwa i kuratorów, a zaczniemy od siebie, to zyskamy przez to odpowiedź na wiele nurtujących pytań – mówi Jan Wróbel, nauczyciel, publicysta.

 

 

Oczywiście otwieracie szkołę 1 września, prawda? Nie ma słów „oczywiście” w planach związanych z otwieraniem szkół, bo zmiennych jest po prostu za dużo. W tej chwili najbliżsi jesteśmy takiemu rozwiązaniu, żeby zaczynać w klasach pierwszych, bo one jeszcze w życiu nie widziały naszych nauczycieli na oczy i kontynuować nauczanie zdalne w klasach starszych.

 

 

Nauczanie zdalne, to chyba nie jest dla uczniów najlepsze rozwiązanie. Nie ma rozwiązań, do których nie moglibyśmy się nie przyczepić. Natomiast chyba taka polityka, żeby niejako stopniować zagrożenia, które spadają człowiekowi głównie w sferę psychiczną, jest słuszna, bo wydaje mi się, że próba uznania tak „na hura”, że nic nikomu nie może zagrozić w placówce nauczania byłaby zupełnie bzdurna. Z kolei utrzymywanie, że szkoła jest szczególnie niebezpiecznym miejscem dla młodego człowieka, też jest bzdurne. Więc kto wie, czy slalom gigant jest lepszym rozwiązaniem niż też slalom gigant tylko realizowany w innych warunkach. Najpierw wszystkie dzieci idą do szkoły, a po 10 dniach pojawiają się poważne wątpliwości, bo dajmy na to w Lubelskiem trzy szkoły się nagle zamknęły z powodu koronawirusa. To co teraz z nami będzie itd., itd.

 

 

Dzieciaki nie widziały się już trzy miesiące w zeszłym roku szkolnym i teraz znowu mają uzyć się zdalnie? Zamknięte w domach. One w zdecydowanej większości chcą iść do szkół. W różnych szkołach jest różnie. Co do tezy, że dzieciaki nie widziały się przez te ostatnie trzy miesiące szkolne: jedne się nie widziały, inne się widziały. Przecież nie jest tak, że uczniowie mający 12 czy 15 lat, tym bardziej 17 lat spędzili ostatnie pięć miesięcy w domach czy w ogródku u babci. Oni się widują. Więc to jest argument na rzecz tego, żeby się też widywali w szkole, a widują się trochę mniej niż to było powiedzmy rok temu. Więc to jest argument za tym, żeby i tutaj było trochę inaczej.

 

 

Jest pytanie o poziom nauczania zdalnego, bo z tego, co mówią i nauczyciele, i uczniowie – nie jest tak wysoki, jak podczas uczenia się w szkole. Tak, ale czy będzie wyższy poziom od tego, że przez powiedzmy trzy tygodnie wszystkie dzieci chodzą do szkoły, słysząc od swoich nauczycieli, co, moim zdaniem, będzie się zdarzało, że nie wiadomo, jak to będzie: „macie klasówkę 1 października, no chyba że znowu nie będziemy w szkole”. Chcę powiedzieć tak: jestem o tyle doświadczonym nauczycielem, że zdaje mi się, iż każdą rzecz można jakoś tam oswoić. Można oswoić chodzenie do szkoły z lękiem, że być może jutro minister wyda znienacka rozporządzenie, żeby do szkoły nie chodzić. To się da oswoić, nie róbmy atmosfery końca świata. Natomiast, na zdrowy rozum, wydaje mi się, że gdyby tak trochę rozproszyć zagrożenie, używając do tego nauczania zdalnego, jako jednej z metod, to jest OK. Większość mediów nakręca atmosferę z przyjemnością, słyszy się często, że oto szkoły nie wiedzą zupełnie, co mają zrobić, że oto brakuje wszędzie wszystkim wszystkich instrukcji. Prawda jest taka, że jeśli chodzi o to, co należy w szkołach robić, to przecież nie możemy zawieszać wzroku na Ministerstwie Edukacji Narodowej, czy na kuratorach, bo przecież oni tego nie widzą i się nie dowiedzą. Chyba że z tych samych źródeł, z których my się możemy dowiedzieć, czyli z informacji, które przekazują nam eksperci i specjaliści. W Polsce jest kilka takich instytucji, które na temat wirusa w ogóle, a w szczególności w temacie wirusa szkolnego się wypowiadają i na podstawie tych wypowiedzi powinniśmy w konkretnej szkole, w konkretnej miejscowości wdrożyć odpowiednią procedurę. Jestem przekonany, że jeśli przestaniemy zupełnie niepotrzebnie domagać się mądrości i zdolności przewidywania od ministerstwa i kuratorów, a zaczniemy od siebie, to zyskamy przez to odpowiedź na wiele nurtujących pytań. Czy w ramach nauczania, które będzie się składało z różnych procedur i różnych momentów, będziemy raczej wybierali chodzenie do szkoły, ponieważ potrzeby dzieci, nacisk rodziców są tego typu, że to nam jest potrzebne, czy w szkole będziemy mieli system zmianowy, czy podzielimy klasy na pół, czy będziemy stosować więcej nauczania komputerowego, czy być może wprowadzimy testy online albo prezentacje projektów, czy prezentacje wiedzy uczniowskiej zamiast klasówek i te prezentacje odbywają się w warunkach sanitarnie perfekcyjnych – tę układankę z różnych puzzli trzeba ułożyć tutaj, na miejscu. Nie zostawiać tego na głowie ministerstwa, które – bez zjadliwej ironii, mówię szczerze, jak jest – co potrafiło, to już zrobiło.

 

 

Ale czemu tak ostrożnie zaczynacie? Przecież te klasy II, III i IV można by podzielić na połowę, jedna grupa chodziłaby do szkoły, druga uczyła się zdalnie, a potem byłaby zmiana. Myślę, ale nie chcę tego akurat poglądu narzucać mojemu koledze nauczycielowi z Siedlec czy z Ostrołęki, że uczenie połowy klasy, przy zostawieniu tej drugiej w domu, która nasłuchuje lekcji przez łącze internetowe, jest wadliwe.

 

 

Dlaczego? Bo ta połowa zostawiona w domu nie będzie uczestniczyła w lekcji, tylko będzie oglądać tę lekcje jako taki rodzaj teatru ze swoimi kolegami i nauczycielem w rolach głównych. To chyba nie ma sensu, trzeba raczej postawić na wykład internetowy dla wszystkich lub na ćwiczenie przez internet, które jest robione przez wszystkich pod okiem nauczyciela. Być może dobrym rozwiązaniem byłoby, żeby co drugą klasę wpuszczać do szkoły, a co drugą klasę zostawiać w domu. To dość skomplikowane. W przypadku na przykład naszej szkoły, gdzie jest bardzo dużo możliwości wybierania sobie przedmiotów na pewnym poziomie, więc jest stosunkowo mało klas, a bardzo dużo grup, to dla nas wyjątkowo trudne i skomplikowane, żeby jedni uczniowie z tego samego rocznika byli w domu, a drudzy nie. Niemniej w innym liceum, czy innej szkole podstawowej może być tak, że akurat przy tej liczbie klas i przy sprawnym zespole nauczycielskim, który przede wszystkim pracuje w jednej szkole lub wyłącznie w jednej szkole, takie rozwiązanie się sprawdzi. Czuję trochę podskórnie, trochę po rozmowach z kolegami i koleżankami po fachu, że jest wystarczająco wiele osób w każdej szkole, aby opracować rozsądny plan, najbardziej rozsądny dla lokalnej szkoły, dla lokalnej społeczności. Ale obawa jest taka, że jeśli coś się wydarzy, a szczerze mówiąc, na pewno coś się wydarzy, bo jesteśmy w czasach wirusa, nie oczekujemy na trzęsienie ziemi, tylko na zupełnie biologiczne zjawisko, na które mamy minimalny wpływ, to wtedy pojawi się pytanie: kto sknocił? I my dość powszechnie żyjemy w takim lęku, żeby nie padło na nas. Aha, szkoła sknociła, więc szukamy, żeby sknocił burmistrz, a on oczywiście szuka, żeby sknocił kurator, a najlepiej, żeby to było ministerstwo. Wiemy, że w Polsce szacunek do władzy nie jest zbyt duży, ministra prawie nikt nie zna osobiście, ani jego wiceministrów – dawaj, trzeba winę zrzucić na wpół anonimową siłę, „bo w Polsce to zawsze”.

 

 

Myślę, że nie będzie pytań: „kto sknocił” w przypadku pandemii. Przecież trudno winić dyrektora szkoły, że mu jakiś dziecko przyniosło wirusa, mogło się nim zarazić w domu czy na podwórku. Trudno nosić piasek na Saharę. Oczywiście, że to nie ma żadnego sensu. To proszę mi wytłumaczyć, skąd niechęć, unikanie przez szkoły wolności w dobieraniu sobie tych metod, które są właściwe. Najbardziej właściwe, ich zdaniem, w konkretnych warunkach, których ja w Warszawie po prostu nie znam. Tak jak nie jest wcale konieczne, żeby ktoś nieznający warunków i realiów mojej szkoły, wymyślał dla mojej szkoły najlepsze z możliwych rozwiązań. Jedyna rzecz, której nauczyciele naprawdę potrzebują od Ministerstwa Edukacji Narodowej, to odważnej, chirurgicznej decyzji podzielenia podstaw programowych większości roczników polskiej szkoły na pół: tę połowę mamy zrobić wszyscy, a z drugiej zróbcie tyle, ile zdążycie, ile wam się uda. To jest zdjęcie z nauczycieli tego kagańca pod tytułem: tańczcie polkę galopkę, stójcie na uszach, trzaskajcie kostkami, ale dopiero, jak zrobicie podstawę programową. Ona jest w warunkach najbardziej życzliwych i normalnych w pełni nie do zrealizowania, a w szkole, w której co rusz coś przepada, coś trzeba robić wolniej, coś trzeba powtórzyć, bo pół klasy to miało, a pół nie miało – to ona jest wylęgarnią serwilistycznych postaw szkoły. Jak byłem w wojsku, a załapałem się na wojsko Polski Ludowej, to charakterystyczne było, że zawsze była garść przepisów, nieraz bardzo mądrych, które były nie do wykonania. Dzięki czemu zawsze kapral miał przewagę nad szeregowcami, a z kolei kadra dowódcza miała przewagę nad kapralami i sierżantami, bo wiadomo było, że jest coś sknocone, prawda? Pytanie tylko, czy będę chciał to na ciebie wyciągnąć, czy nie będę chciał? Jak mi podskakujesz, to pójdę i powiem: „No proszę, nierówno buty na korytarzu stoją”.

 

 

Nie odpuszczę jednak: uważa pan, że poziom nauczania stacjonarnego jest taki sam jak tego online? Ja uważam jednak, że jest niższy. Najlepsze nauczanie, w takim modelu teoretycznym ogólnym, to takie, które jest różnorodne. Ja nawet jestem zwolennikiem tego, co w szkole bardzo trudno osiągnąć ze względu na procedury szkolne, żeby jednego przedmiotu nauczało dwóch nauczycieli, żeby choćby cząstkowo ten drugi wprowadził się w lekcje. Żeby nie było mechanizmu, że uczeń umie się nauczyć przedmiotu, ale właśnie z tym nauczycielem. Najłatwiej to zobrazować w przypadku języka obcego. Uczeń się po paru miesiącach albo latach nauki języka obcego z tym samym nauczycielem oswoił się ze sposobem wymowy, mówienia, ulubionych zwrotów tego swojego nauczyciela. Dzieje się to bezwiednie. Nie wszyscy ludzie na świecie mówią po niemiecku tak, jak jego nauczyciel niemieckiego, prawda? Więc byłoby dobrze w procesie nauczania mieć tych kontaktów z niemieckim kilka. Podobnie jest z tym nauczaniem zdalnym i niezdalnym. Najzwyczajniej w świecie dobra edukacja to jest taka, w której człowiek został przyuczony do słuchania wykładu, robienia z niego notatek, umie zestawić ze sobą dwa teksty i je porównać, umie rozwiązać samodzielnie zadanie matematyczne i umie zrobić to w grupie. W tym pakiecie różnych umiejętności, których warto od ludzi wymagać, jest także ta, aby umieli pracować przez komputer, a nie żeby komputer kojarzył im się z takim niebezpieczeństwem: idę do komputera, a tam czeka nam mnie czternaście pokus diabelskich. Przecież w pracy używamy komputera, pracujemy online. Więc szkoła powinna mieć lekcje online, jako część swojego normalnego działania. A to, że pandemia trochę nam przyspieszyła to działanie, nawet sporo, to inna sprawa. Co się dziwić, że część lekcji online nie wychodzi? Jeśli nauczyciel nigdy w życiu wcześniej tak nie uczył, to w marcu czy w kwietniu się zagubił, bo to się zdarzało. Jeśli nauczyciel jest schematyczny, ma mało elastyczny umysł, to zagubił się również w maju i czerwcu, zagubi się we wrześniu i w październiku. Nie chcę przez to powiedzieć, że każdy, kto ma kłopoty z lekcjami online, jest nieelastyczny, jest gorszy w naszym fachu, bo mogą być różne powody takiego stanu rzeczy. Uczniowie w danej klasie czy szkole mogą wyczuwać, że skoro jest lekcja internetowa, to hulaj dusza, piekła nie ma – wtedy poziom takich zajęć nie ma istotnego związku z poziomem reprezentowanym przez tego nauczyciela. Ale nie ma się co dziwić, że ujawnia się wiele kłopotów, że nie są one szybko rozwiązywane, bo szkoła tak w ogóle działa. Jak wprowadzono gimnazja, to minęło parę lat, zanim większość nauczycieli gimnazjów zaczęła sobie dobrze radzić na poziomie gimnazjalnym, naprawdę kilka lat.

 

 

Jak pan ocenia po roku powrót do starego systemu: czteroletniego liceum i ośmioletniej szkoły podstawowej? Pechowo się złożyło, że ten powrót jest związany pandemią, ale też pechowo nakłada się na rządy Prawa i Sprawiedliwości. Dlatego że w tej formule rządów PiS jest taki trudny do przełknięcia, nawet dla konserwatysty, pośpiech, on jest czasami nawet żenujący. Przekonanie, że jak się coś zrobi szybko i najlepiej tak bez litości i oczywiście bez rozmowy z tymi, których operujesz, to ta operacja będzie wyżej punktowana w takim rankingu politycznym, nawet jeśli przynosi skutki uboczne, a pacjent jak nie chodził, tak dalej nie chodzi. Sam powrót do czteroletniego liceum, w mniejszym stopniu cieszę się z pięcioletniego technikum, był pewnym pomysłem. Jestem przekonany, że w naszej tradycji utkwiona czteroletniość liceum ma duży sens. Trzyletnie liceum było pod bardzo silną presją ducha czasu, to znaczy takiego traktowania edukacji jako czegoś, co się ma przydać, czegoś, co musi być skuteczne i pragmatyczne. A edukacja musi być trochę pragmatyczna, trochę przygotowywać do tego mitycznego rynku pracy lub do zdania matury, a w dużej mierze ma formować osobowość człowieka. W trzyletnim liceum było to trudniejsze. Zaczynało się przebieranie nogami już w połowie pierwszej klasy: czy to nam się przyda na maturę? Czy będę miała z tego punkty, dzięki którym pójdę na lepsze studia? W czteroletnim liceum powinno być znacznie łatwiej te akcenty rozłożyć prawidłowo: i na edukację, i na formacje.

 

 

A podstawa programowa? Jak ją pan ocenia? Uczę w szkołach już 32 lata, zaczynałem za komuny. I odkąd zacząłem edukację, aż do dzisiaj, przeszkadza nauczycielom podstawa programowa, która zawsze jest za duża i zawsze jest nierealistyczna. Wiele instytucji na świecie, w tym szkoła, prezentuje bardzo prosty schemat: ci, którzy sobie naprawdę bardzo dobrze radzą, to jak gdyby pierwszy poziom, a drugi – ci, którzy starają się naśladować tych, którzy sobie dobrze radzą. Trzeci to ci, którzy sobie nie radzą. Nie dają rady naśladować, nawet jeśli próbują. Niestety szkoły – to nie jest tylko polski problem – idą takim schematem. To takie pierwsze piętro piramidki: uczniowie, którzy sobie dobrze radzą i są przez te szkoły chwaleni i pod nich robiony jest program. Potem jest drugi poziom: uczniowie, którzy ciężko pracują, żeby doścignąć tych z pierwszego poziomu i można powiedzieć, że często im się udaje, więc jakoś to wygląda. Ale jest bardzo duża kategoria osób, które sobie selektywnie radzą: z tym przedmiotem sobie radzą, ale nie mogą mu się w żaden sposób poświęcić, nie mogą jego piękna poznać, jego głębi spenetrować, bo starają się po prostu zdać z tych przedmiotów, które są skrojone ponad miarę, zwłaszcza że tych przedmiotów jest nieustannie coraz więcej. I jakie są tego rezultaty: skoro podstawa programowa jest tak zrobiona, żeby swobodnie była realizowana tylko przez pierwsze piętro uczniów, to tracimy dobre 60 procent uczniów, którzy właściwie tylko tak przez szybkę oglądają większość edukacji. Pandemia umożliwiła ministrowi edukacji zrobienie takiego cięcia – na połowę, ale do tego trzeba wodza z charyzmą, a nie ministra, który ani specjalnie nie jest wodzowski, ani nie przesadza z charyzmą.

 

 

Krąży taki pogląd, że poziom wykształcenia młodzieży jest dzisiaj niższy niż kiedyś. Pan się z tym zgadza? Pamiętajmy, że jeśli chodzi akurat o gimnazja i licea, to tu po prostu bardzo wiele się objawiło, prawda? To znaczy, jeśli człowiek sobie kiepsko radził w szóstej klasie szkoły podstawowej tej dawnej, to do ósmej klasy jakoś go tam po prostu przepychano. I na zdrowy rozum, nie ma sensu człowieka trzymać po dwa lata w każdej klasie w szkole podstawowej, jak Przerośniętego z przygód Marka Piegusa. No i potem to samo zrobiło się z liceami, których pojawiło się dużo więcej niż było kiedyś, więc i więcej młodzieży poszło do liceów. No i więcej nauczycieli zobaczyło na własne oczy braki edukacyjne, których przedtem w takiej masie nie widzieli. To dość istotne dla tego obrazu. A druga część – mamy takie awers i rewers – więc rewers tego obrazu jest taki, że rzeczywiście dzisiaj umysły młodych ludzi działają inaczej niż lat temu dziesięć czy dwadzieścia. Ja mam takie konserwatywno–zdroworozsądkowe przekonanie co do edukacji, ale nawet ja nie mogę uciec przed tym, że bardzo dużo tej pamięci, która kiedyś była w głowie, teraz jest w kieszeni. W smartfoniku, prawda? Zanim sprawdzę coś podczas lekcji w dzienniku, bo czasami zapomnę czyjegoś imienia, zanim sformułuję tę wątpliwość do końca, to ktoś już na swoim komputerku znajdzie odpowiedź. I już wie, jak się pisze Eugène Delacroix. Więc jeśli tak wielu uczniów ma błyskawiczną u)miejętność znajdowania informacji, tylko trzeba im wskazać, których szukają i po co, to edukacja musi się rzeczywiście znacząco zmienić. Znacząco bardziej powinna się przejmować tym, po co czegoś szukać. Musi się bardziej koncentrować na tym, żeby uczeń miał przekonanie, że wiedza jako taka jest wartością, bo wiedza to coś innego, niż informacja, niż to, co szkoła robi, a uczy człowieka przyswajania informacji i wypluwania ich w określonym standardzie egzaminacyjnym. To też jest potrzebne, ale dużo mniej niż lat temu 10 czy 20. My ciągle wiosłujemy starymi pagajami, a woda jest już zupełnie inna. Dlatego wiosłujemy wolniej i mamy poczucie pewnego nonsensu znacznej części naszej pracy.

 

 

To chyba będzie ciężki rok, prawda? Na pewno. Tu się narażę moim kolegom i koleżankom po fachu, ale my w takich trudnościach zazwyczaj bardzo się ożywiamy jako nauczyciele. Poza takimi mumiami, które się w każdej szkole na świecie znajdują, to reszta się ożywi, bo jak wiemy potrzeba jest matką wynalazków. A niebezpieczeństwo wywołuje w nas nowe, niezwykłe umiejętności.

 

 

Czyli będzie dobrze? Nie, będzie trudno. I raz lepiej, raz gorzej.

 

aip

COMMENTS