HomePOLSKA

Jadwiga Emilewicz: “Odmrożenie gospodarki nastąpi do końca czerwca” [WYWIAD]

Jadwiga Emilewicz: “Odmrożenie gospodarki nastąpi do końca czerwca” [WYWIAD]

Aktualnie nie da się przeprowadzić wyborów prezydenckich w terminie wyznaczonym przez konstytucję. W żaden sposób. Dziś nie ma żadnego trybu, w którym, zgodnie z prawem, można by je zorganizować – mówi Jadwiga Emilewicz, wicepremier, minister rozwoju.

Mamy już prawdziwe zlodowacenie. Długo potrwa? Pyta pan o wskaźniki gospodarcze?

Tak – bo akurat temperatury w tym roku zapowiadają się wysokie. I wygląda na to, że niedługo przyjdzie nam się mierzyć nie tylko ze skutkami pandemii, ale również suszy. Bardzo trudny rok. Tym trudniejszy, bo nie widać horyzontu, nie wiadomo, kiedy te wszystkie problemy ustaną. Przewidywać sytuację możemy maksymalnie na dwa tygodnie do przodu.

Z jednej strony marzniemy, z drugiej będzie nam gorąco. Brzmi jak opis człowieka bardzo poważnie chorego. A jak określić stan gospodarki znajdującej się w takim stanie? Mamy do czynienia z sytuacją nową, która się już pewnie nigdy nie powtórzy. Zawsze przecież przygotowujemy się na kryzysy, które znamy, przechodziliśmy w przeszłości – tymczasem obecny ma kompletnie inny charakter. Wyjątkowość tego polega na tym, że paraliżuje wszelkie formy aktywności polityk publicznych, inwestycyjnych. Zerwane są łańcuchy wartości, nie ma kto generować popytu, bo klienci są zwyczajnie zamknięci w domach. Dlatego też zdecydowaliśmy się w pierwszej kolejności skierować strumień pieniędzy do firm, by te zachowały płynność i były w stanie utrzymać miejsca pracy. Ale obok instrumentów, które znalazły się w tarczy antykryzysowej, staramy się przede wszystkim jako rząd zarządzać stanem epidemii.

Na razie to zarządzanie sprowadza się głównie do zakazów. Zakazy są najbardziej widoczne przez szeroką rzeszę obywateli. Ale szukamy też sposobów, jak na nowo przywrócić gospodarkę do życia. To jednak zależy od tempa rozwoju pandemii – dlatego najważniejsza jest kontrola przyrostu liczby zachorowań i obserwowanie, czy ona wzrasta, czy maleje. Stąpamy po bardzo cienkim lodzie, bo w takiej sytuacji każda decyzja może mieć dalekosiężne, nieodwracalne konsekwencje.

Ale póki co jedyny zakaz, z jakiego się rząd wycofał w ramach odmrażania gospodarki, to zakaz wchodzenia do parków. Wkrótce pojawią się kolejne poluzowania. Ale też wszystko będzie podlegać stałej ewaluacji. Gdyby się okazało, że nagle liczba zachorowań zaczyna gwałtownie rosnąć, to wcale nie wykluczone, że z części poluzowań będziemy musieli się wycofać. Swoją drogą odpowiedzialne zachowania Polaków w czasie epidemii, pokazują, że taka decyzja byłaby akceptowalna społecznie.

Minister finansów Tadeusz Kościński przewiduje, że w tym roku Polska zanotuje spadek PKB w wysokości 4-4,5 proc. i deficyt budżetowy w okolicach 4 proc. Podziela Pani tę prognozę? Szacujemy, że każdy dzień samoizolacji Polaków kosztuje nas ok. 7 mld zł. W skali miesiąca to ok. 140 mld zł. Oddzielna sprawa, że rozstrzał w prognozach tego, co się będzie działo na koniec roku jest bardzo duży.

Adam Glapiński, prezes NBP, mówił, że PKB może wzrosnąć nawet o 2 proc. Ale też nie brakuje prognoz, mówiących, że wpadniemy w tym roku w recesję. Nie tylko minister finansów to przewiduje.

A Pani potwierdza jego szacunki? Na pewno nie spodziewam się szybkiego odbicia w kształcie litery V – gdyby tak miało być, to już w pierwszym miesiącu kryzysu widzielibyśmy oznaki ożywania.

A chyba tylko przy błyskawicznym odbiciu gospodarki po obecnym załamaniu byłoby szansa na uratowaniu plusa przy wyniku PKB za rok 2020. Przypomnę, że cały czas jesteśmy przed nowelizacją budżetu – mamy więc tutaj cały czas bufor pozwalający nam zrewidować założenia gospodarcze na ten rok. Będziemy pewnie myśleć o tym w okolicach czerwca. Dziś cały czas mamy więcej znaków zapytania niż odpowiedzi. Nie wiemy na przykład, w jaki sposób w tym kryzysie odnajdą się gospodarki innych państw. Co się na przykład stanie z produkcją w Hiszpanii i we Włoszech, które bardzo mocno ucierpiały w tym kryzysie.

Cały czas Pani podtrzymuje tezę, że w wyniku tego kryzysu Polska może zyskać, przesunąć się w górę w światowym łańcuchu produkcyjnym? Gdy kilka tygodni temu postawiła Pani publicznie taką tezę, spadła na Panią bardzo ostra krytyka. Nie mam żadnych wątpliwości, że w wyniku tego kryzysu pojawią się na rynku nowe możliwości. Pytanie, czy polscy przedsiębiorcy zdołają się odpowiednio szybko dostosować do nowych warunków funkcjonowania i te możliwości wykorzystać. Już słychać o zamiarach przenoszenia produkcji przez firmy niemieckie i francuskie z Chin do Europy. A przecież te fabryki nie powstaną tylko na terenie Niemiec i Francji. Pytanie, czy polski klaster produkcji części samochodowych będzie w stanie się tak zorganizować, żeby część tej przenoszonej produkcji przejąć. Być może powinien to zrobić we współpracy z innymi partnerami, na przykład z Węgier lub Czech. Wiadomo, że nie uda się tego zrobić w tym roku, to oczywiste. Ale takie możliwości trzeba brać pod uwagę, a my nad takimi scenariuszami pracujemy w ministerstwie.

Zostańmy przy dziś. Jeszcze na początku marca mówiła Pani, że polska gospodarka straci 0,2-0,3 proc. PKB z powodu koronawirusa. Dziś widać, jak że te straty będą zdecydowanie większe. Dlatego tak trudno uchwycić specyfikę tego kryzysu? Co jest powodem tej nieprzewidywalności? Dane, które podawałam na początku marca, nie były z sufitu – tak wynikało z robionych w tamtym momencie symulacji.

Podobnych prognoz wtedy było więcej. Dominowało przekonanie, że w drugim kwartale po pandemii w gospodarce nie będzie śladu. Ta nieprzewidywalność to pokłosie braku pełnych danych. Wydaje się, że jesteśmy miesiąc, dwa za Chinami w rozwoju pandemii. Ale czy rzeczywiście? Tak naprawdę nie wiemy dokładnie, jak się koronawirus rozwijał w tym kraju. Ciągle nie wiemy też dokładnie, jak leczyć koronawirusa, nie mamy przeciw niemu szczepionki. Poza tym w Polsce ciągle utrzymuje się dość wysoki wskaźnik zakażalności, a to z kolei opóźnia możliwość szybkiego odmrożenia gospodarki. To wszystko zaś powoduje dużą niepewność w założeniach do prognoz.

A według stanu wiedzy na dziś – kiedy polska gospodarka zostanie odmrożona? Nasz scenariusz bazowy zakłada, że na koniec czerwca. Ale też proszę tego nie traktować tego jako powrotu do stanu sprzed wybuchu pandemii. Nawet w sytuacji, gdy wszystkie sklepy zostaną otwarte w pełnym wymiarze, to i tak dalej będą obowiązywały różnego rodzaju restrykcje sanitarne. Nowa normalność w wielu miejscach będzie się różnić od tego, do czego się przyzwyczailiśmy przed kryzysem.

Ile polska gospodarka jest w stanie wytrzymać zamrożona, żeby szybko odbić po zdjęciu ograniczeń? Kiedy jesteśmy stanie wrócić do stanu z końca 2019 r.? Znów mówimy o sytuacji, w której wiemy mniej niż więcej. Ale nasze scenariusze bazowe zakładają, że jeśli polska gospodarka utraci ok. 2 proc. PKB to do średniego tempa rozwoju z ostatnich lat wróci najdalej w ciągu ok. dwóch lat. Ważne jest, żeby utrzymać aktywne te obszary gospodarki, które są dla niej kluczowe. Już wspominałam o branży motoryzacyjnej. Mamy także klaster AGD – czy po kryzysie możemy produkować jeszcze więcej na wspólny europejski rynek? Farmacja i biotechnologia na pewno będą języczkiem uwagi wielu państw. Mamy w tym obszarze i firmy i kompetencje. Uruchomienie badań i szybka transmisja ich wyników na produkcję powinny być nową szansą dla Polski. Ale też przemysł włókienniczy. Polska jest jednym z ostatnich krajów w Europie, w którym utrzymały się szwalnie. Pytanie, czy po tym kryzysie Europejczycy nadal będą szyli ubrania w krajach azjatyckich, czy to jednak się zmieni.

Myśli Pani, że Łódź znowu może stać się ziemią obiecaną? Oczywiście nie w tym sensie, o którym Pan myśli, ale pracujemy nad tym, aby wykorzystywać nasze naturalne przewagi i nie tylko w obszarze przemysłu tekstylnego. Takich szans dziś szukamy.

Rozmawiamy o tym, jak napięta jest rzeczywistość z powodu pandemii. Warto było ją jeszcze komplikować politycznymi napięciami w Zjednoczonej Prawicy? Na pewno napięcia polityczne nie są nam potrzebne. Każdy minister dziś walczy na jednym froncie – walki z koronawirusem.

Ale w międzyczasie pojawił się nowy front, między Jarosławem Kaczyńskim i Jarosławem Gowinem. Dla tego drugiego oznaczało to utratę miejsca w rządzie. Tak się podzieliliśmy obowiązkami z premierem Gowinem, że dziś to on prowadzi rozmowy na temat wydłużenia o dwa lata kadencji prezydenta. Gdyby opozycja się na to zgodziła – natychmiast rozwiązałby się problem z majowymi wyborami prezydenckimi. To najlepsze rozwiązanie z tych, które dziś leżą na stole. Podpisali się pod nim zresztą nasi najważniejsi partnerzy polityczni: Prawo i Sprawiedliwość oraz Solidarna Polska.

Jednocześnie na Nowogrodzkiej przypomniano sobie, że Pani, Gowin i inni członkowie Porozumienia byli wcześniej członkami Platformy Obywatelskiej – i zastanawiają się, czy stara miłość nie rdzewieje też w polityce. Po pierwsze dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Po drugie od wybuchu pandemii cały swój czas poświęcam na pracę nad projektami ustaw dotyczącymi tarczy antykryzysowej, w tym intensywne rozmowy i konsultacje z przedsiębiorcami i branżami. To dla mnie w tym momencie najważniejsze wyzwanie i na nim się koncentruję.

Jest Pani też posłem – i na początku maja będzie musiała Pani zagłosować w sprawie ustawy o wyborach korespondencyjnych. Jak się wtedy Pani zachowa? Do maja jest jeszcze trochę czasu. Chcemy go wykorzystać na to, żeby przekonać opozycję do naszego dobrego projektu zmian w konstytucji. Wciąż wierzymy w powodzenie tej inicjatywy. Dlatego decyzja o tym, jak zagłosować w maju w sprawie wyborów korespondencyjnych jeszcze przed nami. Niewątpliwie jednak pandemia sprawia, że trzeba szukać nowych, bezpiecznych rozwiązań dotyczących przeprowadzania wyborów. Aktualnie nie da się przeprowadzić wyborów prezydenckich w normalnym trybie w terminie wyznaczonym przez konstytucję. W żaden sposób.

Korespondencyjny też? Dziś nie ma żadnego trybu, w którym – zgodnie z prawem – można przeprowadzić wybory.

Jacek Sasin już zlecił druk kart, które mają zostać wykorzystane w wyborach korespondencyjnych. Premier Sasin przekonuje, że działa na podstawie decyzji premiera Morawieckiego, który ma takie kompetencje na mocy pierwszej ustawy covidowej. Z kolei premier Gowin prowadzi rozmowy z opozycją, by przesunąć wybory o dwa lata. Jeśli naprawdę partiom opozycyjnym zależy na tym, żeby nie zajmować się teraz wyborami, to liczę, że zgodzą się one poprzeć propozycję zmian w konstytucji – bo to najlepsze rozwiązanie z tych, które są obecnie dostępne.

Opozycja ten pomysł odrzuca. Jednego dnia odrzucają, a drugiego mówią, że wybory powinny się odbyć za rok. Tak – ale nie ma przy tym mowy o poprawkach w konstytucji. Sytuacja jest trudna, dlatego musimy szukać optymalnych rozwiązań.

Minister Łukasz Szumowski wskazał na wybory korespondencyjne. Tyle że podstawa prawna do ich organizacji zostanie przyjęta dwa-trzy dni przed głosowaniem. Przecież to zwyczajnie niepoważne. W czasach przed Covid-19 przyznałabym panu rację. Ale dziś mierzymy się z sytuacją skrajną. Najtęższe głowy analityczne nie są w stanie przewidzieć tego, co się stanie za miesiąc. A my musimy jeszcze zorganizować wybory, bo takie są terminy konstytucyjne. Dlatego jeszcze raz apeluję do opozycji, aby przyjąć wspólnie poprawki do ustawy zasadniczej pozwalające nam odroczyć termin głosowania o dwa lata. To byłaby odpowiedź na postulaty Polaków, którzy nie chcą, żeby politycy zajmowali się dziś rozgrywkami politycznymi, tylko rozwiązywaniem naszych problemów z koronawirusem. Warto też pamiętać, że minister Szumowski powiedział nie raz, że najbezpieczniejszym wariantem są wybory za dwa lata, gdy będziemy mieć szczepionkę lub skuteczne leki.

Opozycja powtarza, że termin wyborów można odroczyć wprowadzając stan klęski żywiołowej. Jeżeli stan nadzwyczajny ma zostać wprowadzony tylko po to, aby przesunąć wybory, to naprawdę warto się zastanowić, czy jednak nie lepiej jest dokonać zmiany w konstytucji i przesunąć je o dwa lata.

Na razie wygląda na to, że kluczowe będzie głosowanie w Sejmie w sprawie wyborów korespondencyjnych. A Pani będzie musiała zdecydować, czy ważniejsza jest lojalność wobec Zjednoczonej Prawicy, czy wobec własnej partii, Porozumienia. Panie redaktorze, gra wciąż się toczy. Jarosław Gowin rozmawia z liderami poszczególnych partii, także z Jarosławem Kaczyńskim. Bo my jesteśmy państwowcami, a przy podejmowaniu kolejnych decyzji kierujemy się dobrem Polski. I właśnie wzgląd na dobro Polski zadecyduje o tym, jak zagłosujemy w sprawie wyborów korespondencyjnych.

Jak duże jest ryzyko, że każdy posłowie Porozumienia – kierując się dobrem Polskim – zagłosuje inaczej w tej sprawie? Wierzę, że każdy poseł Porozumienia prawidłowo rozezna w swoim sumieniu, co jest dobre dla Polski.

 

 

AIP

COMMENTS