HomeCiekawostki

Dzisiaj Polski Fiat 126p obchodzi urodziny!

Dzisiaj Polski Fiat 126p obchodzi urodziny!

Maluch wiecznie żywy. W 1972 roku po raz pierwszy zaprezentowano go w Turynie. 6 czerwca 1973 r. w Bielsku – Białej zjechał z taśmy pierwszy Polski Fiat 126p. Mimo wielu wad zrewolucjonizował polską motoryzację. Zdetronizował Warszawy, Trabanty i Syrenki.

Ludzie dzielą się na dwie kategorie – takich, którzy mieli fiata 126p i tych, co marzyli, by go mieć. W końcu Grzegorz Markowski z Perfektu śpiewał: “telewizor, meble, mały fiat – oto marzeń szczyt”. Dzisiaj „maluch”, bo to najpopularniejsza, a z czasem oficjalna nazwa Polskiego Fiata 126, obchodzi 47. urodziny. 6 czerwca 1973 r. z taśmy Fabryki Samochodów Małolitrażowych w Bielsku – Białej zjechał pierwszy, zmontowany z włoskich części, Polski Fiat 126p.

Auto, produkowane na licencji włoskiego Fiata, kosztowało wówczas 69 tys. złotych, przy ówczesnych średnich poborach w wysokości 3,5 tys. złotych. Mało kogo było stać na taki wydatek.

I nie ma znaczenia fakt, że tym, którzy wsiadali do malucha, znajomi od razu zadawali taką oto zagadkę:
Co to jest fiat 126p?
F atalna
I mitacja
A uta
T urystycznego
1-jednodrzwiowego
2-dwuosobowego
6-sześciokrotnie
p-rzepłaconego

Przez tych, którzy opowiadali takie rzeczy przemawiała zawiść. Wiem, bo sam opowiadałem… Ale to najlepszy polski samochód. Przy okazji 40. rocznicy rozpoczęcia jego produkcji w Bielsku-Białej pora przyznać to otwarcie. Oto dowody.

Wóz ekskluzywny

Fiacik był samochodem luksusowym. I to w każdym szczególe. Tak jak dziś trzeba czekać po kilka miesięcy na drogie auta w wybranej konfiguracji, tak czekało się na niego. Portal auto-swiat.pl tak to opisuje: “Rok 1976 dla Władysława Bazarnika z Krakowa był bardzo udany. Wreszcie doczekał się zamówionego 3 lata wcześniej Polskiego Fiata 126p, no i został dziadkiem”.
Pan Władysław musiał być naprawdę bardzo szczęśliwy. Nie wystarczyło bowiem podjąć decyzji: “kupuję!”. W 1973 roku, gdy zaczęto jego produkcję, kosztował 69 tys. zł, czyli jakieś 20 ówczesnych średnich pensji. Najpierw trzeba było założyć książeczkę przedpłat. A potem czekać na to, aż się zostanie wylosowanym. To mogło trwać nawet 5-6 lat. Ale nawet posiadanie całej kwoty nic nie znaczyło. Trzeba było bowiem zdobyć talon na fiata 126p. Tymi zaś dysponowali zwykle dyrektorzy dużych państwowych zakładów, organizacji, związków zawodowych czy sekretarze partii.
Wacław Sondej, wrocławski dziennikarz, mówi, że swojego pierwszego fiacika kupił dzięki ówczesnemu ministrowi przemysłu maszynowego, Aleksandrowi Kopciowi (to zresztą on podpisał umowę licencyjną na produkcję malucha w Polsce). Dziennikarz spotkał go na radiowym korytarzu. Zagadnął, że przydałyby się talony dla radiowców. – Niech pan powie naczelnemu, żeby wysłał do mnie pismo w tej sprawie. Załatwimy to – opowiada radiowiec. – Naczelny wysłał pismo i po niedługim czasie dostaliśmy pięć talonów. Jeden dostałem ja.

Kto nie miał szans na talon (bo był tzw. prywaciarzem) mógł kupić auto za dolary (jeśli je miał oficjalnie albo potrafił przekonać samochodowych decydentów, że można uznać walutę za legalną…) albo używane. Do dzisiejszych, nowoczesnych aut można zamówić dziesiątki elementów wyposażenia dodatkowego: specjalny lakier, światła, klimatyzację itd. Z fiatem 126p było podobnie. – Jak się chciało mieć ładniejszy, włoski lakier, który nie złuszczał się szybko jak polski, trzeba było go sobie załatwić – tłumaczy inny z moich dziennikarskich kolegów, Piotr Wąsikowski. – “Załatwiało się” też wygodną, włoską kierownicę i inne drobiazgi.

Nie wysokość dopłaty była najważniejsza, ale to, czy udało się “znaleźć dojścia”. Maluch miał jeszcze jedną niezwykłą cechę, której współcześni, nowocześni kuzyni mogą mu jedynie pozazdrościć – po wyjeździe z salonu właściciel mógł go od razu sprzedać za dwa razy wyższą cenę. Było to więc znakomita lokata kapitału.

Bryka dla celebryty

Każdy szanujący się kibic wie, czym jeździ jego ulubiony piłkarz czy koszykarz. 40 lat temu też tak było, ale wtedy nawet ludzie stroniący od sportowych emocji nie mieli z tym kłopotu – za sukcesy dostawało się fiata 126p. No, ewentualnie fiata 125p, jeśli miało się szczęście grać w klubie górniczym.

Talony na małego fiata dostał m.in. Leszek Chudeusz, świetny wrocławski koszykarz, wielokrotny reprezentant Polski. – Kiedyś przyjechał nim na zgrupowanie kadry do Cetniewa nad morzem razem z dwoma kolegami. Kiedy zobaczyliśmy, jak wysiadają z niego, mieliśmy duży ubaw – opowiada Jerzy Binkowski, inna koszykarska znakomitość z Wrocławia (206 cm wzrostu). – Ale woleli jechać tak, niż zapchanym pociągiem. To było o wiele wygodniejsze – dodaje.

Zresztą, taka podróż mogła też być uznana za trening sprawnościowy. – Sam czasami jechałem gdzieś fiacikiem, kiedy żona zabrała mój większy samochód. Najtrudniej było wsiąść i wrzucić jedynkę, bo kierownica blokowała nogi. Potem to już łatwizna – zaśmiewa się. – Niełatwe było też otwarcie okna w czasie jazdy. Trzeba było podnieść kolano, znaleźć korbkę i nią pokręcić.

Jerzy Chudeusz, brat wspomnianego już Leszka, również koszykarz i znany trener, dodaje, że dla ludzi jego wzrostu najważniejsza była jedna sprawa: – Od razu po kupieniu fiacika trzeba było koniecznie wymienić kierownicę na mniejszą. Ta oryginalna była tak wielka, że nogą blokowałem dźwignię zmiany biegów i nie mogłem wrzucić jedynki – mówi. – Najśmieszniej było, gdy umówiłem się, że zabiorę na trening Harolda Jamisona (205 cm – przyp. MS). Przyjechałem po niego maluchem. Popatrzył i wybuchnął śmiechem. Pytał, dlaczego przyjechałem po niego samochodem mojego dziecka – opowiada Jerzy Binkowski.

Auto turystyczne

Mały fiat nadawał się do wszystkiego – dosłownie. Przede wszystkim był samochodem rodzinnym. Na wczasy nad morzem nadawał się wręcz idealnie. – Pamiętam, jak kiedyś pojechaliśmy z całą rodziną do Świnoujścia: rodzice, brat i ja. My obaj siedzieliśmy z tyłu – opowiada Wojciech Koerber, mój redakcyjny kolega. – Bagaże były zapakowane na dachu. Jak padał deszcz, owijaliśmy je folią. Kiedy wracaliśmy znad morza, w Szczecinie rodzicom wpadła w oko pufa. Kupili ją od razu i wstawili na tylne siedzenie między nas dwóch. To była niezapomniana podróż – jeszcze po wielu latach znakomicie ją pamiętam – śmieje się Wojtek, człowiek o wzrośnie ponad 190 cm.

Fiacik pozwalał też rzucić wyzwanie zagranicy. W każdym razie tej bliższej, ludowej. – Jeździłem z rodziną z Katowic do Budapesztu. To niespełna 410 km, więc w dzisiejszych warunkach to żaden wyczyn, ale wtedy to było coś zupełnie innego – opowiada Piotr Wąsikowski.

Wacek Sondej dodaje, że takie wyprawy, jak na Węgry, czy do Bułgarii były normą. On dwukrotnie wybrał się w podróż ekstremalną. – Raz dostałem wczasy w Odessie, a kiedy indziej w Suchumi w Gruzji. Stamtąd wyruszyłem przez Kaukaz do Tbilisi. Jednego dnia kąpałem się w morzu, a drugiego brnąłem po osie w śniegu na wysokości 2500 m n.p.m. Fiacik bez kłopotów to przetrwał. I dotrzymywał kroku fiatowi 125p, którym jechał mój kolega – dodaje.
Dzielny samochód podejmował się też zadań o wiele bardziej wymagających. Chętnie korzystali z niego wielbiciele caravaningu. – Nasi znajomi jeździli na zloty w całej Polsce małym fiatem ze specjalnie do niego przystosowaną przyczepą campingową – mówi Zofia Mielke z Klubu Motorowego Górników Jarząbek w Jastrzębiu-Zdroju. – Zresztą, wielu innych też tak robiło. Ale od kilku lat to jest zabronione, bo przyczepa ważyła prawie tyle, co maluch. Zdarzały się więc kłopoty, szczególnie na ostrych zjazdach – śmieje się. – Ale przed zakazem znajomi dotarli ze swoją przyczepą nawet na zlot w Magdeburgu w dawnej NRD
Inni śmiali się, że ci z maluchów muszą wyjeżdżać w trasę trzy dni wcześniej, ale komu to przeszkadzało…?

Osiołek na kółkach

Polski fiat 126 był też świetną… bagażówką. Zresztą, nie miał wyjścia – prawdziwych bagażówek było niewiele, a ich usługi słono wyceniano. – Wiozłem nim kiedyś pralkę z Warszawy do Katowic. Wystarczyło wyciągnąć przednie siedzenie – mówi Piotr Wąsikowski.

To właściwie norma dla fiata 126p. Ale on był gotów na o wiele poważniejsze wyzwania. – Przeprowadzałem się z jednej strony Wrocławia na drugą. Trzeba było przewieźć wersalkę i dwa fotele. Te ostatnie zapakowałem do środka, a wersalka trafiła na bagażnik dachowy – relacjonuje wrocławianin, emerytowany pułkownik Wojska Polskiego Zdzisław Czekierda. – Trochę przysiadł, ale jechał. Rozglądałem się tylko nerwowo, żeby mnie milicja nie złapała…
Kiedy indziej, jak przyznaje, wykorzystał malucha do zadań rolniczych. Chciał posadzić koło domu trawę. Kolega podpowiedział mu, żeby przywiózł z poligonu płaty darni. – Wymontowałem fotele i zapanowałem auto. I w kilku ratach dowiozłem ładunek do domu – mówi.

Inny z moich rozmówców, zarykując się ze śmiechu, opowiada, jak jego szwagier postanowił przewieść fiacikiem capa. Operacja powiodła się bez kłopotów. No, może z małymi… Nie darmo przecież mówi się, że “coś capi”. – Siedzenia tak śmierdziały, że trzeba było je natychmiast wymienić – wyjaśnia, prosząc o anonimowość, żeby nikt nie nabijał się z jego szwagra.

Ale cóż tam cap – słyszałem i o tym, że na jednej z dolnośląskich wsi ktoś przewoził maluchem do skupu rosłego cielaka!

Zabierz ziemniak na drogę

Fiat 126p był samochodem niezawodnym. Już spieszę wyjaśnić – nie chodzi o to, że się nie psuł. Wprost przeciwnie – robił to nieustannie. Nie przez przypadek przecież dowcipnisie opowiadali sobie: “Dlaczego fiat 126p ma z tyłu podgrzewane szyby? Żeby tym, co go pchają zimą, było ciepło w ręce”. On niezawodnie sprawiał, że jego właściciel zamieniał się w dobrego mechanika. – Nigdy mi się nie zdarzyło, żebym nie wrócił małym fiatem do domu. Nie wzywałem lawety, co zdarzało się tym, którzy mieli bardziej luksusowe wtedy skody – mówi Piotr Wąsikowski. – Zawsze potrafiłem go naprawić. Często to robiłem. Nie dlatego, że to lubiłem. Po prostu za Gierka te usługi były bardzo drogie.
Wacław Sondej dodaje, że sam potrafił rozłożyć swojego fiacika na czynniki pierwsze i go złożyć. – A dzisiaj, żeby wymienić głupią żarówkę, muszę jechać do serwisu i za to zapłacić – podkreśla.

Poza umiejętnościami każdy kierowca musiał mieć przy sobie obowiązkowy zestaw części zamiennych, m.in.: linki sprzęgła i gazu, przegub tylnej osi, przyrząd do ustawiania przerwy w przerywaczu i kondensatory itd. – A jak ktoś nie miał kondensatora, mógł z popsutego wyciągnąć kabelki i podłączyć je do… ziemniaka. Jakimś cudem dzięki temu do warsztatu można było dotrzeć – śmieje się Piotr.

Wszyscy przyznają, że “ubogie” (to delikatne określenie) wyposażenie fiata 126p przyczyniało się do wybuchu innowacyjności – każdy zastanawiał się, jak sprawić, by jego fiacik wyróżniał się wśród innych – obrotomierzem, lusterkiem wstecznym od strony pasażera (nie było go w wersji podstawowej) czy wskaźnikiem napięcia.

Zwierzę sportowe

Takiej znakomitości, jak fiat 126p, nie mogło zabraknąć na trasach rajdowych. Może nie miał wyjątkowo opływowej sylwetki, może mocy mało (w wersji cywilnej miał 23 KM). W końcu za jego kierownica zasiadali m.in. Marian Bublewicz, Leszek Kuzaj czy Kajetan Kajetanowicz . Przez 10 lat jedną z dwóch załóg fabrycznych FSM tworzyli Andrzej Lubiak i Maciej Wisławski.
Pan Maciej, słysząc sugestię, że maluch słabo nadawał się do rajdów, reaguje żywiołowo. – Ależ to właśnie mały fiat stworzył wielki sport rajdowy w Polsce! – mówi bez cienia wątpliwości. – Zanim się pojawił, w rajdach startowało 40 samochodów. Gdy powstała klasa fiata 126p, było ich dwa razy więcej. To była szansa dla młodych ludzi, którzy mieli trochę benzyny we krwi. Za stosunkowo niewielkie pieniądze mogli startować w rajdach – mówi. I dodaje, że fiacik był wtedy całkiem nowoczesnym autem. Dość powiedzieć, że ówcześni rajdowcy mieli do dyspozycji głównie trabanty, wartburgi czy łady.
Pytam, jak mieścił się we wnętrzu fiacika przy 192 cm wzrostu. Mówi, że miał problemów, bo zawsze był sprawnym człowiekiem. – Poza tym – niech mi pan wierzy – w środku było tyle samo miejsca, co w dzisiejszych samochodach rajdowych grupy WRC, które kosztują kilkaset tysięcy euro – tłumaczy z uśmiechem.

Dodajmy, że fiat 126p służył też jako radiowóz milicji, a potem policji. Nigdzie jednak nie znalazłem informacji, by brał udział w pościgach. Doskonale tłumaczy to kolejny żart: – Czy to prawda, że maluch przyspiesza do setki w 10 sekund?
– Tak. Od dziewięćdziesiątki…

Grzeczny czy grzeszny?

“Maluch otrzymał błogosławieństwo od Watykanu. To jedyne auto, w którym nie można zgrzeszyć” – to jeszcze jeden dowcip o naszym bohaterze. Dodajmy, że zupełnie pozbawiony podstaw. Ostatecznie z tym mitem rozprawił się niedawno na antenie TVN 24 poseł Ryszard Kalisz. Prowadząca program Małgorzata Domagalik zapytała go, czy to prawda, że uprawiał kiedyś seks w małym fiacie w jednym z warszawskich parków. Potwierdził. – Ale chciałem zaznaczyć, że kiedyś byłem szczupły i mogłem to robić w maluchu – tłumaczył się polityk. – To była druga, trzecia nad ranem i nikogo tam nie było. Z dziewczyną, z którą wtedy to robiłem, było wspaniale – mówił.
To dowód na to, że fiat 126p mógłby spokojnie grać zamiast wielkiej amerykańskiej limuzyny w hollywodzkich filmach.
Na koniec jeszcze jeden – najważniejszy – dowód na to, że fiat 126p to najlepsze polskie auto. Żaden inny samochód nie rozśmieszał pokoleń Polaków tak, jak on. Choćby w ten sposób:
– Czy wiesz, że o zakupie malucha zdecydowała na dobrą sprawę nasza babcia?
– Pożyczyła wam pieniądze?

– Nie w tym rzecz. Pojechała z nami do salonu sprzedaży, długo grymasiła, przebierała w modelach i kolorach. Pewnie nie załatwilibyśmy tej transakcji tego dnia, gdyby nie fakt, że babcia jest trochę przesądna. Gdy usłyszała, że właśnie w maluchu najtrudniej wyciągnąć nogi, zdecydowała z miejsca: “Bierzemy! Niech i ja jeszcze sobie trochę pojeżdżę…”.

Red. AIP PolskaPress

 

COMMENTS