HomePOLSKAPomorskie

Bałtyk to składowisko wojskowej broni chemicznej

Bałtyk to składowisko wojskowej broni chemicznej

Rozmawiamy z Kamilem Wyszkowskim, dyrektorem Global Compact Polska. Mówi o pozostałościach II wojny światowej, zalegających na dnie Bałtyku

Jakiś czas temu jeden z największych dzienników w Polsce przypomniał o zagrożeniu związanym z pozostawioną na dnie Bałtyku bronią z okresu II wojny światowej. Dziennikarze wieszczą wielką katastrofę ekologiczną. Z kolei inni uspokajają, że jak dotąd nie było zbyt wielu incydentów z bronią chemiczną i przestrzegają, że takie plotki mogą tylko zaszkodzić polskiej turystyce na wybrzeżu. Jak jest naprawdę? Czy ktoś monitoruje sytuację?

Temat broni chemicznej na dnie Bałtyku jest trudny i mało kto chce o tym rozmawiać. A to poważny problem, który już jest i będzie tylko narastał. Udało się zainteresować tym tematem Wspólnotę Europejską. Stworzony został program badawczy na kwotę 4,5 mln euro, który miał sprawdzić ile broni chemicznej znajduje się w Bałtyku na obszarze 1760 kilometrów kwadratowych. I tylko na tym wąskim obszarze znaleziono 17 tys. obiektów, które spełniają cechy amunicji chemicznej. Teraz problemem broni chemicznej, pozostawionej na dnie Morza Bałtyckiego, zajmuje się grupa ekspertów powołanych przez Komisję Ochrony Środowiska Morskiego Bałtyku (HELCOM), do której należą m.in. Polska i Niemcy. Między innymi dzięki wysiłkom polskiej oraz litewskiej dyplomacji powstała rezolucja Zgromadzenia Ogólnego, dotyczących działań mających na celu ocenę i zwiększenie świadomości na temat ryzyka środowiskowego, związanego z bronią chemiczną zatopioną w morzu. Sporo wiedzy o skali zjawiska zyskaliśmy też przy okazji prac budowlanych przy falochronie osłonowym terminalu LNG w Świnoujściu. Tylko tam wydobyto 1810 niewybuchów, w tym m. in. brytyjskie miny lotnicze. Wyciągnięto też broń chemiczną. W opinii Marynarki Wojennej RP było to największe składowisko niewybuchów na polskich obszarach morskich, odkryte i oczyszczone po II wojnie światowej. Ile podobnych składowisk czeka na odkrycie, nie wiadomo.

Jednak nie wszystkie śmieci powojenne, które za sprawą aliantów trafiły do Bałtyku, są równie niebezpieczne.

To prawda. Na dnie Bałtyku zalega bardzo różnorodny arsenał amunicji. Przyglądając się bliżej ok. 50 tys. ton zatopionej w Bałtyku broni chemicznej, jedną trzecią, czyli ok. 15 tys. ton, stanowią bojowe środki trujące, których działanie powoduje śmierć, zmiany nowotworowe czy genetyczne w organizmach żywych i prowadzi do trwałej degradacji środowiska morskiego. Wśród nich wyróżnia się substancje o charakterze paralityczno – drgawkowym, jak sarin czy tabun, duszącym, jak fosgen, parzącym, jak iperyt czy luizyt, drażniącym, jak adamsyt, i wreszcie najgorsze z nich, bo ogólnotrujące, w postaci arsenowodoru czy cyjanowodoru.

Problem wraca dziś. Dlaczego sytuacja jest tak poważna?

Szacuje się, że beczki z bronią chemiczną mogą pozostać niezniszczone na dnie Bałtyku przez okres około 150 lat. Tu położenie i specyfika wód Bałtyku trochę nam sprzyja. Morze Bałtyckie jest akwenem nisko zasolonym i chłodnym, dlatego proces korozji stalowych beczek postępuje wolniej. W naszej pracy spotykamy się również z innymi szacunkami. Specjaliści z rosyjskiego Stowarzyszenia „Oceanotechnika” obliczyli, że pojemniki zawierające róźne substancje mogły zacząć rozszczelniać się w 2010 roku. A jeżeli substancje, które są w środku, wydostaną się do morza, to natura nie będzie już dla nas tak łaskawa. Bałtyk to praktycznie morze zamknięte, gdzie zaledwie 3 procent wody wymienia się przez cieśniny duńskie i jest morzem bardzo płytkim. Problem więc będzie duży, a możliwość poprawy sytuacji siłami samej natury mocno ograniczone.

Czy znamy potwierdzone przypadki, że broń chemiczna wydostała się z beczek i faktycznie zagraża ludziom?

Według ustaleń programu CHEMSEA, którego liderem był Instytut Oceanologii Polskiej Akademii Nauk, w ciągu ostatnich 20 lat odnotowano 115 incydentów z udziałem broni chemicznej pozostawionej na dnie Bałtyku. Większość z nich dotyczyła rybaków narażonych na działanie gazu musztardowego, który dostał się do ich sieci. Dla przykładu, w 1997 roku załoga polskiego kutra rybackiego WŁA 206 wydobyła około 5-7 kilogramowy obiekt, który przypominał glinę, a okazał się być bryłą gazu musztardowego. Bryła spowodowała poważne oparzenia u 8 członków załogi. Wszyscy musieli być hospitalizowani. Takich groźnych sytuacji jest więcej. Raport z wynikami programu jest ogólnodostępny i można zapoznać się z nim na oficjalnej stronie projektu CHEMSEA.

Czy próbowano kiedykolwiek wyciągnąć te niebezpieczne ładunki, chociażby np. w ramach współpracy międzynarodowej? Czy istnieją takie plany?

Obecnie jest to technologicznie możliwe i bezpieczne. Niemieckie przedsiębiorstwo DYNASAFE odnosi sukcesy na Morzu Północnym, podobnie Japoński koncern KOBELCO wzdłuż wód terytorialnych Japonii, gdzie alianci pod koniec II wojny światowej zrzucili na spadochronach tysiące min, by zatrzymać flotę japońską w portach i nie wypuszczać jej na Pacyfik. Koncern wydobył i zdetonował ponad 3 tysiące bomb, jest zainteresowany przeniesieniem swoich doświadczeń w inne regiony świata, także na Bałtyk. Wreszcie Polska Marynarka Wojenna posiada odpowiedni sprzęt i doświadczenie, aby podjąć się tego zadania. W niektórych krajach, np. w Finlandii, podjęto też próby detonacji broni chemicznej w środowisku wodnym, ale skutki takiego postępowania mogą być bardzo niekorzystne dla środowiska. Optujemy za zastosowaniem zdecydowanie bardziej bezpiecznych technologii. Warto wspomnieć o powołanym w 2016 roku projekcie Dajmon. Jest on dofinansowany przez Unię Europejską. Realizują go naukowcy z Instytutu Oceanologii Polskiej Akademii Nauk we współpracy z placówkami badawczymi z Finlandii i Niemiec. Ma na celu ocenić ryzyko pozostawionej na dnie Bałtyku broni chemicznej. Przy użyciu najnowszych technologii pobrano próbki do badań nad wpływem niebezpiecznych substancji na środowisko naturalne. W przyszłym roku zostanie sfinansowanych kolejnych sześć wypraw badawczych.

Skoro istnieją sprawdzone metody, dlaczego dotąd nic z tym nie zrobiono?

Mamy odpowiednie technologie, którymi dysponuje, jak już wspomniałem wcześniej, także Polska Marynarka Wojenna i wyspecjalizowane firmy niemieckie czy japońskie, ale wydobycie broni z dna Bałtyku to wciąż spory koszt.

Na co powinniśmy zwracać uwagę? My mieszkańcy Pomorza, turyści spacerując brzegiem?

Ze względu na prądy morskie zagrożenie wyrzucaniem na polskie plaże pozostałości bojowych środków chemicznych jest niestety możliwe. W ciągu ostatnich 40 lat zdarzały się przypadki poparzeń plażowiczów po niemieckiej stronie wyspy Uznam. Łącznie odnotowano ich ponad 100. Dwa lata temu spacerowicz, myśląc że zbiera bursztyny, podnosił w rzeczywistości kawałki białego fosforu, z oparzeniami trafił do szpitala. Będąc na wakacjach proszę uważać i nie podnosić dziwnie wyglądających substancji czy kryształów. Może być to pozostałość po broni chemicznej.

TS/Monika Makoś (aip)

COMMENTS