HomeKultura

Aktor i wokalista Arkadiusz Jakubik przyrównuje antyszczepionkowców do płaskoziemców [WYWIAD]

Aktor i wokalista Arkadiusz Jakubik przyrównuje antyszczepionkowców do płaskoziemców [WYWIAD]

Arkadiusz Jakubik to nie tylko ceniony aktor, ale również wokalista rockowego zespołu Dr Misio. Właśnie ukazała się jego nowa płyta – „Strach XXI wieku”. Z tej okazji zapytaliśmy artystę o jego największe lęki.

 

Wielu artystów przekłada premiery swych płyt czy filmów ze względu na pandemię. Dlaczego Dr Misio idzie na czołowe zderzenie z koronawirusem? 

Nie chcieliśmy dłużej czekać. Pierwszy termin premiery był marcowy. Piosenki przygotowane na „Strach XXI wieku” mieliśmy już nagrane pod koniec 2019 roku. Pamiętam, jak na święta dostałem jeszcze cieplutką płytę. W marcu jednak świat się zatrzymał. Ktoś pociągnął za hamulec bezpieczeństwa. Przerwana została nasza trasa z Farben Lehre i The Analogs. Minął jeden miesiąc, drugi, trzeci. Pojawiła się wtedy nadzieja, że jesienią będzie lepiej. Dlatego ustaliliśmy nową datę premiery na październik. Co ciekawe: w międzyczasie piosenki z albumu nabrały nowych sensów.

No właśnie: mogłoby się wydawać, że teksty zostały napisane w czasie lockdownu.

Cały materiał powstał w 2018 i w 2019 roku. Ostatnią piosenką, która narodziła się na tę płytę, jest „Chcesz się bać”. Wtedy nie miało to żadnego związku z pandemią. Graliśmy pod Pałacem Kultury na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy – w tym cover utworu „Polacy” Big Cyca. I kątem oka zauważyłem, że ludzie wyjmują telefony i zaczynają na nich coś sprawdzać. Potem okazało się, że to był ten moment, kiedy w Gdańsku dokonano zamachu na prezydenta Adamowicza. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero, kiedy zeszliśmy ze sceny. Pomyślałem wtedy, że muszę napisać piosenkę o swoim strachu przed nienawiścią. I na początku lutego była już gotowa – to właśnie „Chcesz się bać”.

Bardziej się boisz pandemii czy wzajemnej nienawiści, która dzieli Polaków?

Jedno i drugie wzbudza we mnie niepokój. Tak naprawdę najbardziej boję się jednak ludzkiej głupoty. Ludzie są coraz mocniej zainfekowani nie tyle koronawirusem, ale wszystkimi abstrakcyjnymi teoriami spiskowymi. Mam wrażenie, że zaczynamy się cofać do zabobonnych czasów średniowiecza. Że przestała obowiązać spuścizna oświecenia: racjonalne i naukowe myślenie. Wszyscy na serio rozmawiają o masztach 5G, o tym, że władzę nad nami sprawują reptilianie, czyli jaszczuropodobni przybysze z kosmosu, o tym, że Ziemia jest płaska, czy o tym, że Matka Boska była Polką. Śpiewam o tym wszystkim w tytułowym utworze z płyty.

Pandemia też wywołała wiele teorii spiskowych. Skłaniasz się do którejś z nich?

Najbardziej rozbawiła mnie teoria, że razem ze szczepionką na COVID-19 wpuszczą nam na polecenie Billa Gatesa do krwiobiegu nanoczipy i za ich pomocą będzie można nas wyłączyć. Ja bardzo chętnie w ten sposób zdezaktywowałbym kilka osób. Przynajmniej na jakiś krótki czas. Żeby nie opowiadały bzdur albo nie podejmowały kompletnie głupich decyzji. Przykładem niech będzie choćby to, co dzieje się teraz w naszej służbie zdrowia: nie ma jasnych procedur działania, ludzie nie mogą się dodzwonić do Sanepidu, kilometrami ciągną się kolejki do testów, które trzeba sobie wykonać za własne pieniądze. Państwo nie zdaje egzaminu. Histeria zaczyna się potęgować. Jak to się skończy? Ja mam w głowie wręcz apokaliptyczne wizje.

Faktycznie: niektórzy twierdzą, że pandemia jest początkiem biblijnej Apokalipsy.

 Generalnie bardzo twardo stąpam po ziemi. Dociera do mnie jednak taka myśl, że może nasz świat będzie już po prostu wyglądał tak jak teraz. Noam Chomsky mówi, że przed człowiekiem są dwa rodzaje zagadnień: problemy i tajemnice. Problemy są od tego, by je rozwiązywać, a tajemnice należy zostawić w spokoju, bo są poza naszym zasięgiem. Być może pandemia jest właśnie tajemnicą i trzeba się do niej przyzwyczaić. Nauczyć się żyć z maseczkami i w dystansie społecznym. Nie są to najweselsze konstatacje, ale taka wizja świata rodem z „Mad Maxa”, gdzie ludzie zaczynają walczyć o wodę i jedzenie, staje się coraz bardziej realna. Znajomy muzyk kupił sobie niedawno kuszę – na wypadek, gdyby ktoś chciał włamać się do jego domu. (śmiech)

Wielu ludziom w tych trudnych czasach przynosi ukojenie religia. Tymczasem dla ciebie jest ona kolejnym źródłem lęku. Śpiewasz bowiem: „Mówisz, że nie pójdę do nieba”. Skąd u ciebie taka reakcja? 

Jestem ateistą. Zostałem wychowany w katolickiej rodzinie, ale kiedy osiągnąłem pełnoletniość, nastąpił u mnie rozbrat z Kościołem. Nie mam dobrego mniemania o religii. Blisko mi do poglądów filozofa Daniela Dennetta, który twierdzi, że religia to wirus, którym ludzkość jest zainfekowana. Jest taka przypowieść o mrówce. Nieustannie wchodzi ona na źdźbło trawy, ale pod wpływem grawitacji spada. Wykonuje niezrozumiałą pracę, jak Syzyf. Okazuje się jednak, że jest zarażona przez pasożyta – motyliczkę wątrobową, która opanowała jej umysł i każe się jej wspinać na trawę, po to, by mogła się dostać na następny etap swego rozwoju – do żołądka kozy lub krowy. I zdaniem Dennetta to właśnie religia jest pasożytem, a mrówkami ludzie.

Twój udział w filmie „Kler” umocnił cię w tych poglądach?

 Najpierw była wielka nadzieja. Że film Wojtka Smarzowskiego będzie kroplą, która zacznie drążyć skałę. Że temat pedofilii w polskim Kościele ujrzy w końcu światło dzienne. Mam wrażenie, że wszyscy wtedy w to uwierzyliśmy. Kiedy kilka miesięcy później była premiera „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich, byliśmy już przekonani, że tej śnieżnej kuli nic nie zatrzyma. Że powstanie świecka komisja, która dostanie dostęp do diecezjalnych archiwów i wyjaśni ten haniebny proceder. I dokona się oczyszczenie, jak w Australii, Stanach czy w Irlandii. I co? Nic się nie zmieniło. Dopóki jest ta władza, nie powstanie żadna komisja, a ofiary dalej nie będą mogły dochodzić swych praw. Cały problem został skutecznie zamieciony pod dywan.

Nie spotkałeś nikogo ze strony Kościoła, kto chciałby tego oczyszczenia? 

Oczywiście, że tak. W łonie Kościoła toczy się walka. Mnie blisko do myśli ewangelicznej księdza Bonieckiego. Dlatego czytam „Tygodnik Powszechny”. Niestety: kościelni liberałowie nie mają szans z twardogłowymi. Dlatego ta wojna wydaje się być z góry przez nich przegrana.

W piosence „Niedziela” z nowej płyty, pojawia się jednak jakiś głód sacrum. Odczuwasz czasem brak Boga? 

Miałem czas agnostycznych refleksji. To było przy okazji poprzedniej płyty – „Zmartwychwstaniemy”. Przenosiłem wtedy akurat prochy mego zmarłego ojca na pobliski cmentarz. Zbudowałem grobowiec – w tym pięterko dla siebie. Zrozumiałem wówczas, że prawdziwy facet musi nie tylko posadzić drzewo, zbudować dom i spłodzić synów, ale też przygotować sobie kwaterę na cmentarzu. Miałem przy tej okazji taką wizję: że obok mojego ojca leżą ludzie niezależnie od wyznawanej wiary – katolicy, prawosławni, Żydzi, muzułmanie, ateiści i agnostycy. Bo wszyscy zadajemy sobie to samo pytanie: co jest po tamtej stronie? Ten metafizyczny niepokój, który wtedy odczułem, jest już jednak za mną.

Dlaczego? 

Nie wiem. Te pytania przestały się pojawiać. Skupiłem się bardziej na tym, co jest tu i teraz: na mojej żonie i synach, mojej mamie, bracie, przyjaciołach. Zrozumiałem, że to, co dla nas najcenniejsze, jest w zasięgu ręki i nie powinniśmy tracić czasu i energii na próbowanie znalezienia odpowiedzi na pytanie co jest po drugiej stronie. To jest właśnie ta tajemnica, którą trzeba zostawić w spokoju.

W jednej z piosenek z nowej płyty śpiewasz: „Kiedyś mieli gładkie ciała/Teraz ich nie mają”. Przygnębia cię proces starzenia?

Tak jak każdego w wieku lat 50. Dostrzegamy wtedy zmiany na swoim ciele. W tej piosence jest jeszcze następny wers: „Ten świat nie istnieje/Ludzie już nie żyją”. Czyli, że być może niewiele czasu nam zostało. Jest tu więc jakiś rodzaj atawistycznego strachu przed odejściem z tego świata i pogrążeniem się w niepamięci.

Z piosenki „Słońce niepamięci” wynika, że w śmierci najbardziej przeraża cię to, że w końcu wszyscy zostaniemy zapomniani. 

Zgadza się. Ale każdy chciałby, żeby coś po nim zostało. Że jak ja umrę, to nie będę tylko w pamięci moich najbliższych, którzy w Święto Zmarłych zapalą świeczkę na moim grobie, ale zostanie po mnie kilka filmów, scenariuszy i piosenek. To jest to śmieszne czasami i naiwne wołanie o nieśmiertelność, które rozlega się od wieków w całej kulturze, którą człowiek tworzy.

W „Słońcu niepamięci” jedynym ratunkiem w tej sytuacji okazuje się być druga osoba.

 Bo tak jest. Najważniejsze jest, by móc kogoś trzymać za rękę. Z kimś być. Żeby nie zostać samemu. Bo to jest największy strach, który mnie prześladuje od zawsze.

Z tym przemijaniem można walczyć na bardziej przyziemny sposób. Patryk Vega powiedział w jednym z wywiadów, ze co roku idzie do szpitala i robi sobie kompletny skan organizmu. A ty jak dbasz o zdrowie? Jestem aktywny sportowo. Teraz głównie biegam. Ale gdy były otwarte kluby, regularnie grałem z młodszym synem w racketlon. Cóż to takiego? W każdym secie grasz na innym korcie i trzymasz w ręku różne rakietki: tenis ziemny, badminton, tenis stołowy i squash. To bardzo intensywny sport. Wychodzę z ostatniego kortu na czworakach. (śmiech) Walczę z synem na śmierć i życie, bez taryfy ulgowej. Kiedyś z nim wygrywałem, teraz dostaję baty.

W „Nie ma mnie” śpiewasz: „Ciągle jem sałaty/Kurwa wciąż za gruby”. Masz problem z nadwagą? Ciągłe tycie i odchudzanie to moja „neverending story”. Pięć lat temu, kiedy dostałem angaż do „Wołynia”, reżyser Smarzowski zasugerował mi, żebym zrzucił kilka kilogramów, bo przed wojną ludzie tam raczej niedojadali. „Ile mam zrzucić?” – spytałem. „Ile dasz radę” – usłyszałem w odpowiedzi. Poszedłem więc do dietetyczki – która nazywa się nomen omen Magdalena Jarzynka. Udało mi się wtedy za sprawą regularnego jedzenia małych posiłków zrzucić 15 kg – i w sumie zszedłem do 75 kg. Skończyliśmy zdjęcia do „Wołynia”, a ponieważ czułem się fantastycznie, lekki jak piórko, postanowiłem utrzymać tę wagę. Przyszła jednak propozycja zagrania Kuma Kaplicy w serialu „Król” – polskiego gangstera, inspirowanego postacią Łukasza Siemiątkowskiego, który był bardzo gruby. Musiałem więc znowu przytyć, doszedłem wtedy do prawie 90 kg. Zdjęcia się skończyły – i ja znów muszę się odchudzać.

Można się od tego nabawić nerwicy. I chyba tak się stało. Uzależniłem się od ciągłego ważenia się. Właściwie dwa razy dziennie, rano i wieczorem wchodzę na wagę w łazience i sprawdzam ile pokazuje. To już rodzaj natręctwa.

W „Nie czujesz nic” śpiewasz o dwóch najpopularniejszych sposobach na „znieczulenie” egzystencjalnego lęku – alkoholu i seksie. Często je stosujesz? 

Zdarza się. Jeśli chodzi o to pierwsze – trzeba to robić z głową, znaleźć pewną harmonię pomiędzy używkami a normalnym funkcjonowaniem. Jeśli zaś chodzi o to drugie, nie nazwałbym tego „znieczulaczem”, bo to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jaka się może zdarzyć człowiekowi.

Pozostańmy przy temacie – i piosence „Siedemnastolatki”. Kuszą cię takie młode dziewczyny, które przychodzą do ciebie do garderoby po koncercie?

Oczywiście. A po co gra się rock’n’rolla? Wszyscy, którzy byli w latach młodości na koloniach czy obozach harcerskich, pamiętają na pewno, że najwięcej dziewczyn gromadziło się przy chłopaku, który trzyma gitarę i śpiewa. I po to przecież się gra rock’n’rolla, by zwrócić na siebie uwagę płci pięknej. I to się nie zmienia od dekad. Nawet u mężczyzn w średnim wieku. (śmiech) „Siedemnastolatki” to oczywiście łobuzerska piosenka z przymrużeniem oka.

Nie boisz się, ze prokuratura zainteresuje się opisanym w niej uwodzeniem nieletnich? 

Refren jest faktycznie prowokujący: „Ja deprawować chcę siedemnastolatki/Potem doświadczać egzystencjalnej pustki”. Bałem się więc, że spadnie na nas lawina hejtu i wsadzą nas do więzienia. Ale mój starszy syn sprawdził w kodeksie karnym, że nie wolno deprawować osób do końca 15 roku życia. Do tego fani napisali na Facebooku: „Spokojnie panie Arku. Wszystkie dzisiejsze siedemnastolatki są już dawno zdeprawowane. I jeszcze niejednego mogłyby pana nauczyć”. (śmiech)

No a co na to żona?

Bałem się, że mnie pogoni. Na szczęście ma fantastyczne poczucie humoru. Kiedy puściłem jej tę piosenkę w wersji demo, bardzo ją rozbawiła – i wspaniałomyślnie zgodziła się zaśpiewać w niej chórki. W ten sposób niejako pobłogosławiła mnie i dała rozgrzeszenie. Mało tego – swój chórek do wersji demo nagrała również do tej piosenki dziewczyna mojego młodszego syna, która była wtedy jeszcze osobą nastoletnią. Z tej strony też zostało mi to odpuszczone. Płeć piękna wszystko mi więc wybaczyła.

„Mam ciężką depresję” – wyznajesz na płycie. Sięgasz po jakieś antydepresanty?

 Nie. Szczęśliwie udało mi się tego uniknąć. Mam jakiś rodzaj lęku przed skutkami brania środków psychotropowych. Nie biorę żadnych medykamentów. Nawet jak rzadko boli mnie głowa, nie biorę środków przeciwbólowych. Staram się trzymać z daleka od lekarstw, póki jeszcze mogę.

A chodzisz na psychoterapię?

 Nigdy nie byłem u psychoterapeuty. Dawid Bieńkowski, jeden z moich ulubionych pisarzy, który jest z zawodu psychoterapeutą, był kiedyś na naszym koncercie. Zażartowałem więc: „Może bym wpadł do ciebie na kanapę i byśmy pogadali?”. A on na to: „Stary, ty nie potrzebujesz żądnej terapii. Ty sobie co wieczór na występie robisz taką sesję, że jesteś czysty jak łza. To jest twoja forma terapii”. I niech tak zostanie.

Ale piosenka „Dwie głowy” to kliniczny opis schizofrenii.

 To zabawna historia, skąd się wziął ten numer. Otóż ja mam oprócz swojej głowy w gabinecie dwie inne własne głowy. Wspominałem już „Wołyń” – uciekłem z planu tego filmu z uciętą głową mojego bohatera – Macieja Skiby. Dostałem ją w prezencie od produkcji. Wylądowałem o świcie z tą głową w domu, zostawiłem ją w swoim gabinecie i poszedłem wymęczony spać. Tymczasem przyszła do nas pani Gosia, która nam pomaga. Zaczęła odkurzać mój gabinet i zobaczyła tę głowę. Dostała histerii, wyleciała z domu z krzykiem, chciała wzywać policję. Na szczęście żona uspokoiła ją, że to jest sztuczna głowa z filmu.

A druga głowa?

 Kiedy zagrałem w filmie „Jestem mordercą”, również pojawiła się w nim moja głowa. W ostatniej sekwencji, na wystawie poświęconej „Wampirowi z Zagłębia” w Komendzie Głównej MO w Katowicach, umieszczony jest jej odlew. Po zakończeniu zdjęć zadzwoniłem do producentki i pytam: „Czy jest szansa, by odkupić tę głowę? Bo ja zbieram swoje głowy”. A ona: „Areczku, pięknie zagrałeś, dostaniesz od nas tę głowę w prezencie”. Minął miesiąc – i dostaję od producentki telefon. „Areczku, dzwonili do nas z WOŚP i pytają czy mamy coś ciekawego na licytację. Możemy im dać twoją głowę?”. Oczywiście zgodziłem się i nawet złożyłem na niej autograf. Głowa została wylicytowana – kupił ją ktoś z Krakowa. Minął rok i niespodziewanie dostaję wiadomość od któregoś z fanów: „Czy widział pan, że na Allegro ktoś chce sprzedać pana głowę z „Jestem mordercą”? Sprawdzam – faktycznie. Napisałem więc do tego gościa, aby zakończył licytację, bo ja chętnie tę głowę odkupię. Ta osoba z Krakowa nie uwierzyła mi jednak, że ja to jestem ja. Musiałem sobie zrobić zdjęcie i dopiero wtedy zgodziła się mi ją odsprzedać. I ta piosenka opisuje ten moment, kiedy listonosz puka do moich drzwi i ja odbieram swoją głowę w paczce.

Mimo, że cała nowa płyta Dr Misio jest dosyć mroczna, są na niej radosne momenty – i dotyczą wspomnień z twojej młodości. Bardzo tęsknisz za tamtym czasem?

 Pewnie, że tak. Kto z nas nie tęskni? To był najwspanialszy czas w naszym życiu. Wtedy wszystko było prostsze. Chodziliśmy w krótkich spodenkach, piliśmy z kumplami tanie wino i byliśmy przekonani, że cały świat leży u naszych stóp. Potem mija trzydzieści lat – i to wszystko się przewartościowuje.

Twój przypadek pokazuje, że chyba niekoniecznie: przecież osiągnąłeś bardzo dużo jako aktor czy wokalista. Wydaje się, że jesteś człowiekiem spełnionym.

 To tak nie działa. Moment, kiedy uznam, że jestem osobą spełnioną i pojawi się u mnie poczucie samozadowolenia, będzie oznaczał, że muszę „zejść ze sceny niepokonanym”. Bo to, co ja w sobie pielęgnuję, to właśnie jest tamten dwudziestoletni gówniarz w krótkich spodenkach, który ma jedną sensowną cechę: permanentną potrzebę szukania i nazywania świata wokół. Mimo, że czas płynie nieubłaganie, staram się jak najczęściej zakładać na siebie te krótkie spodenki. I karmić czy wręcz hołubić tego momentami naiwnego, ale szczerego chłopaka.

 

 

aip

COMMENTS