Wybory prezydenckie w Warszawie 2018. Polityczna bitwa o Warszawę będzie długa i brutalna

Wybory prezydenckie w Warszawie 2018. Polityczna bitwa o Warszawę będzie długa i brutalna

Wybory w Warszawie w 2018 r. będą bitwą obozu liberalnego i konserwatywnego. To starcie pokaże, kto lepiej odnajduje się w nowych realiach politycznych: Rafał Trzaskowski z PO czy kandydat PiS – Patryk Jaki lub Stanisław Karczewski.

Kariera polityczna Rafała Trzaskowskiego świetnie ilustruje tezę o brutalności świata polityki. Dziś 45-latek trafił do polityki ze świata akademickiego. Zaczął od terminowania. Najpierw (lata 2004-2009) pracował jako doradca przy klubie PO w Parlamencie Europejskim – współpracował najbliżej z Jackiem Saryuszem-Wolskim, który był wtedy najważniejszym Polakiem w europarlamencie. W 2009 r. sam zdobył mandat europosła. Uznał, że think tanki to za mało, zaczął rozpychać się w realnej polityce. Znów poszedł na termin – do Hanny Gronkiewicz-Waltz, która potrzebowała pomocy przy kampanii w Warszawie w 2010 r. Wykazał się na tyle dobrze, że później Donald Tusk wciągnął go do sztabu wyborczego w 2011 r. – a po wygranych wyborach zaprosił do swojego rządu.

 

Tak Trzaskowski politycznie okrzepł i zapracował sobie na opinię ostatniej nadziei Platformy czy, nawet szerzej, liberalnej opozycji. Ale nie byłoby to możliwe, gdyby nie słabości jego wcześniejszych mentorów, osób, u których terminował politycznie. Trzaskowski nie wyrobiłby sobie silnej pozycji jako jedna z najważniejszych osób w polityce europejskiej w PO, gdyby nie stała marginalizacja w tej partii Saryusza–Wolskiego. Trzaskowski po prostu stopniowo zajmował miejsce, z którego tamten był wypychany. Symbolicznie było to widać, gdy Saryusz-Wolski został usunięty z Platformy po tym, jak zgodził się walczyć o stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej rok temu. Wtedy przy okazji stracił funkcję wiceszefa Europejskiej Partii Ludowej (jej członkiem jest PO). Grzegorz Schetyna jako jego następcę wskazał właśnie Trzaskowskiego. Dokładnie ten sam mechanizm ma miejsce teraz w Warszawie. Trzaskowski jest postrzegany jako ostatnia nadzieja Platformy, bo jego dawna mentorka Hanna Gronkiewicz-Waltz po swoich trzech kadencjach pozostawia w stolicy właściwie spaloną ziemię.

 

Gdyby było inaczej, gdyby jej prezydowanie nie kończyło się gigantycznych skandalem, tylko względnym sukcesem, Trzaskowski kandydatem w tych wyborach by nie był, już prędzej byłby to ktoś protegowany przez obecną panią prezydent (były już wiceprezydent stolicy Jarosław Jóźwiak?) lub protegowany samego szefa PO (Andrzej Halicki?). Jednak Jóźwiak „utonął” przy okazji afery reprywatyzacyjnej, Halicki z kolei nie dawał gwarancji dobrego wyniku wyborczego. To właśnie dlatego Trzaskowski – z jego lekką ręką do kampanii wyborczych oraz nieposzarganym aferami życiorysem – jest tą ostatnią nadzieją. I ma szansę zająć miejsce w polityce, które przez ostatnią dekadę z okładem zajmowała Gronkiewicz-Waltz. Trzaskowski jest zbyt inteligentny, by nie wyciągnąć wniosków z tego, w jaki sposób zrobił karierę polityczną. Widzi, że wchodzi na szczyt po plecach swoich byłych mentorów. To, że mu to nie przeszkadza, wyraźnie pokazuje, jak definiuje swoje miejsce w przestrzeni publicznej, która jest po prostu brutalną grą o przetrwanie. Przetrwanie – bo tylko żyjący mają szansę zająć funkcję czy stanowisko.

 

Oddzielna sprawa, że Platforma z okresu Donalda Tuska nie była w ogóle otwarta na osoby ze średniego pokolenia. Poza dyżurnym Sławomirem Nowakiem realna polityka w tej partii rozgrywała się w gronie osób w wieku 50 plus. Młodszych w żaden sposób nawet nie próbowano dokooptować. Zmieniła to dopiero afera taśmowa – wtedy Ewa Kopacz zaczęła się rozglądać za młodszymi twarzami (stąd się wzięli Borys Budka czy Cezary Tomczyk). Wcześniej 40-latkowie nie mieli szans – chyba że sami sobie z nożem w rękach wyrąbali drogę do szczytów hierarchii. Trzaskowski był na tyle ambitny, że zdecydował się zastosować jedyny dostępny wariant awansu. I dopiął swego. Właśnie w ten sposób stał się ostatnią nadzieją PO. Z grubsza wiadomo, jakie są atuty Trzaskowskiego w zbliżającej się bitwie o Warszawę. Jest stosunkowo młody (od biedy może nawet udawać polskiego Macrona), dobrze przygotowany merytorycznie, ma niezłe doświadczenie (poseł, europoseł, praca w rządzie), umie robić kampanie wyborcze i nie ma skrupułów. Jego dużym atutem jest także miasto, w którym przyjdzie mu walczyć o zwycięstwo.

 

Gdyby na przykład miał kandydować na prezydenta Białej Podlaskiej, to pewnie przepadłby w pierwszej turze (trudno zakładać, by jego potencjalnym wyborcom spodobał się jego udział w paradach równości). Ale w Warszawie kandydat liberalny, z wizerunkiem politycznego self-made mana, może się podobać, takie osoby zwykle zdobywają tutaj duże poparcie. Większe niż politycy z rysem konserwatywnym, tak mile widzianym w Białej Podlaskiej. Gdyby Platforma wystawiła Trzaskowskiego w wyborach w Warszawie w 2014 r., pewnie wygrałby w cuglach, miałby w drugiej turze lepszy wynik niż Gronkiewicz-Waltz. Przy okazji zapracowałby na lepsze wyniki w 2015 r. dla całej Platformy. Poprzednie wybory samorządowe odbywały się na jesieni, już po wybuchu afery taśmowej. W takiej sytuacji wystawienie kogoś a la Trzaskowski pokazałoby, że rządząca wtedy PO jest zdolna do autorefleksji, samodzielnej sanacji od błędów, które popełniła. Ale ta partia nie widziała takiej potrzeby. Zakleszczona w wewnętrznych sporach pomiędzy poszczególnymi partyjnymi frakcjami starała się przejść przez aferę taśmową po linii najmniejszego oporu. To dlatego stworzony wtedy nowy rząd Ewy Kopacz niewiele różnił się od gabinetu jej poprzednika Donalda Tuska. To dlatego Gronkiewicz–Waltz po raz trzeci walczyła o fotel prezydenta Warszawy, a Paweł Adamowicz po raz czwarty o szefowanie w Gdańsku.

 

Ta minimalistyczna strategia skończyła się dla PO katastrofą. Pod hasłami ostrej sanacji życia politycznego w 2015 r. weszło Prawo i Sprawiedliwość. Ta partia pokazała nowe pomysły („500 Plus”), nowe twarze (Andrzej Duda, Beata Szydło) – i okazało się, że właśnie tego chcą Polacy. Platforma przegrała wszystko, co było do przegrania – i po tych porażkach nie umie się pozbierać do dziś. Natomiast PiS jest od dwóch lat na fali – i będzie próbował swoją dobrą passę podtrzymać w przyszłym roku, także w czasie wyborów w stolicy. Rządy PiS oznaczają także całkowicie nową polityczną jakość. I to jest słabość Trzaskowskiego. On pokazał, że świetnie sobie radzi w standardach politycznych obowiązujących za czasów rządów Platformy. Skutecznie przebijał się po stopniach politycznej kariery, wpychając się w miejsca wcześniej zajmowane przez swoich politycznych mentorów. Jednocześnie świetnie przekonywał Polaków do tego, by głosowali na niego w wyborach.

 

Jego klipy wyborcze z Michałem Żebrowskim, Tomaszem Karolakiem czy Michałem Rusinkiem robiły wrażenie, przykuwały uwagę, budowały przekonanie o tym, że Trzaskowski to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Ale dziś to już nie będzie działać – właśnie dlatego, że rządzi PiS. Jeszcze w 2014 r. ktoś taki jak Michał Rusinek mógł uchodzić za ponadpartyjny autorytet intelektualny, a Tomasz Karolak i Michał Żebrowski – za sympatycznych aktorów niemieszających się do polityki. Dziś to nieaktualne. Gdyby Trzaskowski zdecydował się powtórzyć swoje spoty wyborcze w 2018 r., natychmiast wyszłoby na jaw, że Rusinek był członkiem komitetu honorowego Bronisława Komorowskiego, Karolakowi przypomniano by, że atakował fake newsami córkę Andrzeja Dudy tuż przed wyborami w 2015 r., a zdjęcia Żebrowskiego z udziału w demonstracjach KOD zalałyby Twittera i Facebooka. Wszyscy w czasie rządów PiS stracili nimb bycia „ponad”. Są zapisani do jednego obozu politycznego – tego samego, z którym związany jest Trzaskowski. I żadne zapewnienia o tym, że on z Żebrowskim przyjaźnią się od podstawówki tego nie zmienią. To jest właśnie radykalna zmiana, którą wniosły rządy PiS do realnej polityki.

 

Nie wiadomo, w jaki sposób Trzaskowski w tym nowym rozdaniu politycznym się odnajduje. Nigdy nie był twarzą totalnej opozycji, formuły, którą zaproponował Grzegorz Schetyna – ale też gdy doszło do próby sił w grudniu i styczniu przy okazji blokady mównicy sejmowej, był jednym z najmocniej ładujących się w ten protest. Już to pokazuje, że Trzaskowski nie znalazł pomysłu na siebie w opozycji. Inny przykład. „PiS podjęło sensowne decyzje, nawiązało kontakt z olbrzymią częścią społeczeństwa” – mówił we wrześniu w wywiadzie dla RMF, komentując wysokie sondażowe prowadzenie partii rządzącej. Słowa rzadkie w ustach polityka opozycji, choć pokazujące, że Trzaskowski nie jest dogmatykiem totalności w opozycji, stać go na realną ocenę sytuacji. Problem w tym, że takie zdanie to prezent dla PiS, świetny materiał dla nich na piękny spot wyborczy. Trzaskowski – rzucając takie hasła, a nie przedstawiając własnych pomysłów na złapanie kontaktu z Polakami – tylko sam wystawia się na strzał. A przy okazji swoją partię. Sytuację Trzaskowskiemu skomplikuje także konkurencja we własnym obozie liberalnym. Wszystko wskazuje na to, że swoich kandydatów w stolicy wystawią też Nowoczesna oraz SLD, kolejnych dorzucą też lewicujące ruchy miejskie.

 

Trzaskowski będzie musiał najpierw wygrać te swoiste prawybory obozu liberalno-lewicowego, w które zamieni się pierwsza tura wyborów w Warszawie, zanim zmierzy się w drugiej z kandydatem PiS. W tych prawyborach bardzo przydatne okażą się klipy wyborcze z Żebrowskim i Karolakiem – ale one z kolei będą ciążyć w rundzie finałowej. Ciążyć będzie także dawna współpraca z Gronkiewicz-Waltz. To w pełni pokazuje skalę wyzwania, przed którym stoi kandydat PO na prezydenta stolicy. A to nie wszystko. W wielkim finale będzie czekać przedstawiciel PiS. Warszawa nie jest miastem, które tej partii sprzyja, choć ma tutaj swój solidny żelazny elektorat gwarantujący minimum 30 proc. głosów. Na rzecz PiS będzie działać ujawnienie afery reprywatyzacyjnej oraz wysokie sondażowe poparcie w całym kraju.

 

Jeśli Trzaskowski zdoła takiemu wyzwaniu stawić czoła i wyjść ze starcia zwycięsko, stać przed nim otworem będą wszystkie najwyższe zaszczyty i funkcje (premier, prezydent, przewodniczący Rady Europejskiej – o czym tylko zamarzy). Ale jeśli przegra, pewnie pozostanie mu wrócić do pracy w think tankach – bo w polityce nigdy już nie wyjdzie poza taką rolę, jaką dziś w parlamencie odgrywają Marek Borowski czy Marcin Święcicki. Stanie się młodszą reinkarnacją.

 

-Jeśli Rafał Trzaskowski chce wygrać, musi pokazać, że umie się na nowo wymyślić w polityce
-Patryk Jaki buduje sobie pozycję przez komisję weryfikacyjną ds. reprywatyzacji
-Być może PiS wystawi marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego

 

 

HTML tutorial

COMMENTS

WORDPRESS: 0