Warto mieć noworoczne postanowienia, nawet jeśli nie uda się ich zrealizować [rozmowa]

Warto mieć noworoczne postanowienia, nawet jeśli nie uda się ich zrealizować [rozmowa]

O tym, dlaczego Nowy Rok sprzyja stawianiu przed sobą nowych wyzwań i dlaczego są one dla nas tak ważne mówi dr n. med. Sławomir Wolniak, psycholog i psychiatra.

Ma pan jakieś swoje noworoczne postanowienie? Dr Sławomir Wolniak:Oczywiście. Od wielu lat ciągle takie samo i, niestety, dalej pozostaje na etapie postanowienia.

 

Ulżyło mi, bo to znaczy, że nie muszę mieć aż takich wyrzutów sumienia, skoro pan również ma problem z ich realizacją. Ale ciągle mam nadzieję, że kolejny rok będzie właśnie tym, w którym to postanowienie uda się zrealizować! A że nie wychodzi? W tym wypadku kieruję się dewizą Scarlett O’Hara: „pomyślę o tym jutro”. Ciągle sobie postanawiam: „mniej pracy, mniej obowiązków”. Ale, niestety, nie zawsze się tak udaje. Same postanowienia pozostają jednak ważne.

 

Postanowienia noworoczne mają większą szansę na realizacje niż te, które poweźmiemy np. w czerwcu, wrześniu czy marcu? To naturalne, że koniec roku jest okazją do tego, byśmy podsumowali sobie, co udało nam się zrobić przez ostatnie 12 miesięcy. Rozliczenie dotyczy takich codziennych spraw, jak np. budżet domowy, jak i naszych postanowień. Tym rozliczeniem zamykamy niejako pewien etap naszego życia. Rozpoczęcie nowego roku kalendarzowego to jak gdyby zupełnie nowe otwarcie – z nową energią, nowym entuzjazmem i nadzieją. Na dodatek dzień staje się coraz dłuższy. Takie bodźce związane z naturą są bardzo ważne. Dostajemy też impuls, że świat budzi się do życia – słońce zaczyna „wstawać” wcześniej, później zachodzi. To wszystko sprawia, że tak wiele osób właśnie o tej porze zaczyna wracać pamięcią do zamierzeń i celów, których w mijającym roku nie udało nam się zrealizować. I postanawia w ramach tego „nowego otwarcia”, że tym razem musi się udać.

 

W styczniu już na pewno zacznę chodzić na siłownię i będę wyglądać jak Ewa Chodakowska? Właśnie. Przecież postanowienia dotyczące schudnięcia czy poprawienia kondycji fizycznej to chyba jedne z tych najczęstszych noworocznych wyzwań. Mam wielu pacjentów z Warszawy i z ich relacji wiem, że w styczniu kluby fitness pękają tam w szwach, ciężko jest zdobyć karnet.

 

Ale po miesiącu coraz częściej okazuje się, że „dziś to nie, bo mam pilną sprawę do załatwienia”… Postanowienie noworoczne to jedno, a jego realizacja to zupełnie inna kwestia. Bywa różnie. To troszkę tak, jak ze spowiedzią: przystępujemy do niej i mamy postanowienie poprawy. Siła i chęci są, ale czasami się nie udaje. Ale spowiedź i noworoczne postanowienie łączy jeszcze jedna ważna kwestia: w obu przypadkach samo powzięcie myśli o „poprawie” stanowi swego rodzaju oczyszczenie, daje nam lepszy komfort życia, zadowolenie z siebie, bo walczymy, staramy się coś z naszym życiem robić. Takie działania ubogacają, dają nam nową energię. Gdybyśmy ciągle myśleli według schematu: znowu mi się nie udało, na pewno mi się już nic nie powiedzie, tkwilibyśmy w błędnym kole ciągłej depresji, smutku i zobojętnienia. Jak to ktoś powiedział: póki mamy marzenia, jesteśmy młodzi. Gdy zaczynamy wspominać – to oznaka starości.

 

Trawestując klasyka: „warto postanawiać?”Pozytywne myślenie związane z podejmowaniem wyzwań na nowy rok jest ważne. Warto postanawiać coś sobie w tym momencie. Jednym się uda cel zrealizować, innym nie, ale mimo tego każdy powinien sobie postanawiać coś słusznego dla swojego ciała, zdrowia i psychiki.

 

No tak, ale jeśli postanowienia nie dotrzymamy, grozi nam kolejny dół. Może więc lepiej w ogóle się na możliwość porażki nie wystawiać? Widzę u swoich pacjentów, że wielu z nich robi sobie noworoczne postanowienia. Niektórzy później „dołują się”, jeśli im one nie wychodzą. Ale zawsze powtarzam im, że nawet Chrystus trzy razy upadał pod krzyżem, podnosił się i szedł dalej. Nie możemy sobie wyrzucać tego, że nie jesteśmy bogami. Możemy upadać, wstawać i iść dalej.

 

Łatwo powiedzieć, trudniej się pozbierać…Prawda jest taka, że po dwóch – trzech tygodniach postanowienia zaczynają nam „uciekać”. Sale fitness pustoszeją… Ale zawsze jest ta szansa, że możemy do postanowienia wrócić. Nadzieja pozostaje.

 

Trudno o optymizm, kiedy na dworze jest ponuro, zimno i jeszcze słota. Nasz klimat nie sprzyja temu, żebyśmy z optymizmem podchodzili do wznawiania postanowień porzuconych tylko na chwilę Koniec zimy i początek wiosny może się zbiec z tym, że musimy się zmierzyć z tą pra-wdą, że np. jakiegoś postanowienia nie uda nam się zrealizować. Ale bez względu na to zwykle jest tak, że okres związany z końcem przedwiośnia i początkiem wiosny, kiedy słońce nie może się jeszcze do końca „przebić”, sprzyja depresyjnym nastrojom. Nawet wzrasta wówczas liczba prób samobójczych. W pracy z pacjentami kieruję się zawsze zasadą: jeśli mamy odstawiać leki, to zaczynajmy robić to stopniowo, od maja. Wówczas dzień jest już dłuższy, możemy spróbować podjąć takie wyzwanie.

 

Słońce i pogoda faktycznie odgrywają aż taką rolę? Oczywiście. Depresja jesienno – zimowa nie jest mitem. Szacuje się, że nawet około 10 procent ludzi może na nią cierpieć. Obserwując swoich pacjentów widzę, że brak słońca od razu przekłada się na ich gorsze samopoczucie. Miałem pacjenta, który mimo przyjmowania leków ciągle chorował, fatalnie się czuł. Zaleciłem mu, by jeśli tylko może, spróbował choć krótkich, kilkudniowych wyjazdów do krajów z cieplejszym klimatem. I właśnie takie „latanie do słońca” pomogło mu! Mam też pacjentów, którzy nawet po kilkanaście razy w roku wyjeżdżają gdzieś, gdzie świeci słońce i to znacznie wzmacnia w ich przypadku efekty leczenia.

 

Ale taka terapia niechybnie musi osłabiać kondycję portfela. Tymczasem bardzo wiele osób nawet raz w roku nie może sobie pozwolić na takie słoneczne wakacje. To prawda. Ale i z tej sytuacji jest wyjście. Można np. skorzystać z pomocy specjalnych lamp typu fotovita. Działają trochę jak zamiennik promieni słonecznych. Natężenie 10 000 lux przez pół godziny dziennie z odległości 1 metra – taką fototerapię stosujemy w klinice z dobrymi efektami.

 

Pół godziny z lampą działa jak dzień na plaży w Egipcie? Może nie do końca, słońce potrafi być groźniejsze dla naszej skóry niż lampa, nie każdy może się też opalać, szczególnie, jeśli stale przyjmuje leki z określonych grup. Z drugiej strony – krótki wyjazd, związana z nim zmiana klimatu, potrafią dobrze działać na naszą psychikę nie tylko dlatego, że możemy tam korzystać ze słońca.

 

Zewsząd bombardują nas reklamy o suplementach, które mogą nam słońce zastąpić i pomogą dotrwać do pełni wiosny. To tylko chwyt reklamowy? W tym wypadku nie. Tego typu suplementacja jest nam naprawdę potrzebna. Zachęcam do niej nie tylko zimą. Z badań wynika, że osoby, które nie skończyły jeszcze 65 lat, witaminę D3, czyli tą popularną „witaminę słońca”, powinny zażywać nawet już od września aż do końca kwietnia. Po ukończeniu 65 roku życia – zalecałbym przyjmować ją już przez cały rok. No chyba że ktoś ma ten komfort, że może często przebywać w ciepłych krajach. Cóż, takim wybrańcom losu ja sam również zazdroszczę.

Ewa Drzazga (aip)

COMMENTS

WORDPRESS: 0