Turniej Czterech Skoczni w Innsbrucku. Kamil Stoch ucieka od presji, w tle marzenia o wyczynie Svena Hannawalda

Turniej Czterech Skoczni w Innsbrucku. Kamil Stoch ucieka od presji, w tle marzenia o wyczynie Svena Hannawalda

Wtorek to dzień przerwy w Turnieju Czterech Skoczni. W środę czas na misję „Innsbruck”. Kamil Stoch znowu będzie odpierał ataki rywali. Na razie w kwalifikacjach. Początek kwalifikacji na „Bergisel” o godz. 14. 

Górskie królestwo Tyrolu opanowała mgła, dużo niżej padał delikatny deszcz. Pomiędzy tym wszystkim skocznia Bergisel, trzecia arena Turnieju Czterech Skoczni. Innsbruck czeka na kolejne „One Man Show” w wykonaniu Kamila Stocha. Skoczek z Zębu wygrał dwa pierwsze konkursy Turnieju i ma 11,8 punktu przewagi nad drugim w klasyfikacji Richardem Freitagiem. Przeliczając to na odległość – wychodzi nam jakieś sześć i pół metra. Trzeci w TCS jest Dawid Kubacki, ale nie ma wątpliwości, że tylko Niemiec ma jeszcze realne szanse na pokonanie Stocha. – Wszystko jest możliwe.

Ważny był ten dzień odpoczynku, mogliśmy się trochę zresetować. Z dotychczasowych skoków jestem zadowolony – mówił Richard Freitag. – Uważam, że Richard jest w dobrej sytuacji. Nie możecie go skreślać. Jeszcze wszystko może się zdarzyć – dodaje Werner Schuster, trener niemieckiej kadry. Łyżką dziegciu w beczce miodu była wariacja na temat „Mazurka Dąbrowskiego”. Organizatorzy noworocznych zawodów w Ga-Pa się nie popisali. Po dekoracji Kamil Stoch i wszyscy polscy kibice mieli usłyszeć hymn Polski, ale zamiast prawdziwego i skocznego „Mazurka Dąbrowskiego” pod skocznią w Garmish rozbrzmiało coś „hymnopodobnego”. Tempo było wolniejsze. Bardziej „Marsz Żałobny” Fryderyka Chopina niż hymn.

Ale teraz nie powinno być zmartwień, skoczkowie – po dniu przerwy – wznowią zabawę w kraju Wolfganga Amadeusza Mozarta i Ludwiga van Beethovena (choć ten urodzony w Niemczech, to większość życia spędził w Austrii). Bo polscy kibice liczą, że to nie koniec „Mazurka Dąbrowskiego” podczas TCS 2018. Złoty Orzeł za zwycięstwo w Turnieju Czterech Skoczni może nie jest tak blisko, jak główna „kopalnia” skarbów od Swarovskiego (15 km od Innsbrucka), ale właśnie o takiej formie Stocha, wręcz brylantowej, marzyli polscy kibice. – Nie chcę pobudzać ani siebie, ani innych, bo pewnie i tak niektórzy są już za bardzo pobudzeni. Skupiam się na sobie i na tym, co mam do zrobienia – mówił Stoch. Marzenia kibiców o „Wielkim Szlemie” nabierają realnych kształtów. Być może 6 stycznia Sven Hannawald nie będzie jedynym skoczkiem, który wygrał wszystkie cztery konkursy Turnieju Czterech Skoczni. Skocznia Bergisel, nawet po przebudowie, to zawsze wyzwanie.

Klimat dodatkowo mąci słynny cmentarz, który widzą skoczkowie siedzący na belce startowej. Austriacy są jednak dumni z Bergisel. Całość zaprojektowała pochodząca z Iraku Zaha Hadid – absolutny „top” współczesnych architektów świata. To najwyższy obiekt budowlany Tyrolu.

– Na razie to Adam Małysz jest legendą Bergisel. W budynku wciąż jest mnóstwo jego zdjęć sprzed lat. Dostrzegany jest też obecny fenomen polskich skoczków. Moi znajomi z Tyrolu, którzy zawsze byli dumni ze swoich zawodników, patrzą na nas z zazdrością. Polacy przyjeżdżają tu na narty, latem na wędrówki. Co roku są tu na konkursie, tysiącami. Tutaj jest najpiękniej w Austrii – mówi Katarzyna Gaczorek, która w Innsbrucku mieszka już od kilku lat. Zajmuje się marketingiem odzieżowej firmy „Tirol”. W poprzednich edycjach niemiecko-austriackiej imprezy było osiemnastu skoczków, którzy wygrali pierwsze dwa konkursy. Tylko sześciu z nich nie świętowało końcowego sukcesu w Bischofshofen. Ostatni taki przypadek? W sezonie 2012/13, gdy Andersa Jacobsena „dopadł” Gregor Schlierenzauer.

Michał Skiba, Innsbruck (AIP)

 

COMMENTS

WORDPRESS: 0