Seks, narkotyki i wódka. Fragment książki Michała Majewskiego „Tak to się robi w polityce”

Seks, narkotyki i wódka. Fragment książki Michała Majewskiego „Tak to się robi w polityce”

Od lat obserwuję politykę. Z racji tego, że jestem dziennikarzem, patrzę na nią w specyficzny sposób. Porównałbym go do oglądania meczu, w którym nie kibicuje się żadnej z drużyn. Wtedy interesuje nas sama gra. Taktyka, technika, czyjś spryt, słabość innego, korzystanie z okazji, którą przynosi przebieg rozgrywki. To zaczęło mnie najbardziej interesować w polityce. Metody. W jaki sposób polityk, skazywany na porażkę i mający fatalne karty, siada do rozgrywki i na koniec dnia wygrywa? Jak na to zapracował? Gdzie zręcznie blefował? Kiedy podmienił karty pod stołem? – pisze Michał Majewski.

 

Nieraz koledzy dziennikarze strofują mnie, że chwalę jakiegoś polityka, którego oni uważają za radykała, populistę, cynika czy zwykłego kanciarza. A mnie bardziej interesuje to, jak ten polityk zagospodarował jakąś niszę i zrobił z tego trampolinę do władzy. Politycy bronią się często tak: „Brudne sztuczki są konieczne. Przecież korzystają z nich nasi wrogowie. Kiedy oni strzelają do nas ostrą amunicją, to my nie będziemy wkładać im kwiatów w lufy karabinów. Musimy odpowiedzieć ogniem”.

Ich drugi argument jest taki, że liczy się cel, efekt końcowy. Droga do niego jest wyboista? Tak bywa! Od zarania dziejów polityka jest sztuką intrygi i ogrywania przeciwnika. Otto von Bismarck mówił, że ludzie śpią lepiej, kiedy nie wiedzą za wiele o powstawaniu kiełbasy i prawa. Od XIX wieku sporo się zmieniło. Sama polityka i sposób jej uprawiania zmieniły się bardzo w ostatniej dekadzie za sprawą internetu i mediów społecznościowych. Parafrazując bohatera filmowego klasyka, ilość polityki w polityce uległa zmniejszeniu. Więcej jest za to przekazów dnia, ustawek, trików obliczonych na chwilowe zainteresowanie mediów. Co z tym zrobić? Czy to nieunikniony trend?

Można próbować go wyhamowywać. Dobrym pomysłem jest zobowiązanie partii, by określoną część dotacji z budżetu państwa wydawały na ekspertów i analizy, a nie na tanie efekciarstwo. Polskiej polityce najczęściej brakuje zaplecza, wiedzy, planowania na dłużej niż trzy dni do przodu. Dotyczy to również samej organizacji rządu. Likwidacja Rządowego Centrum Studiów Strategicznych przed kilkoma laty była decyzją niemądrą. Dobrze, że pojawiła się koncepcja odbudowania takiego ośrodka. Prosty przykład: mamy miasto A (15 procent bezrobocia) i oddaloną od niego o sto dwadzieścia kilometrów aglomerację B (0,3 procent bezrobocia). Co zrobić? Wybudować drogę szybkiego ruchu między tymi ośrodkami.

Taki powinien być cel państwa. Ale w Polsce o budowie dróg decyduje minister, który może mieć zupełnie inne cele. Choćby budowę drogi w regionie, w którym startuje w wyborach. Albo w regionie kolegów, którzy uratowali go przed utratą ministerialnego fotela, więc musi się im odwdzięczyć inwestycją. Krótko mówiąc, potrzeba nam więcej wiedzy, analizy, lepszego zarządzania ograniczonymi przecież środkami, a mniej krótkowzrocznego partyjniactwa. Mam radę dla przyszłych ministrów: posprzątajcie dobrze po sobie gabinet, bo mogą być z tego kłopoty! I tu dochodzimy do sprawy, w której jestem większym pesymistą. Mądra i czystsza polityka wymaga mądrych, silnych, niezależnych ekonomicznie mediów.

Takich, które nie są powiązane z politykami i cieszą się wysokim zaufaniem społecznym. Ale dziś w okopach politycznej wojny dziennikarze siedzą tuż obok posłów i ministrów. Działa chory mechanizm: redaktorzy nie zaatakują „swoich” polityków, na ręce patrzą tylko tym z drugiego okopu. A tamci, kiedy zostają zaatakowani, odpowiadają refrenem: „Przecież to gra, ten artykuł powstał na polityczne zamówienie”. I tak w koło Macieju. Przy ekonomicznej słabości mediów, które nie mają pieniędzy na dziennikarskie śledztwa i dokładniejsze przyglądanie się działalności polityków, ten problem będzie coraz poważniejszy. Na to nie widać dobrej recepty, choć wielu się nad nią zastanawia.

Być może trwająca rewolucja technologiczna przyniesie jakieś nieoczekiwane rozwiązania, które sfinansują wysokojakościowe, niezależne dziennikarstwo. Ono zawsze podnosi jakość debaty i polityki. A jak dziś wyglądają faule i brudne sztuczki polskiej polityki? Zapraszam za kulisy. Partyjna demonstracja w centrum Warszawy, ubiegły rok. – Flagi, transparenty, szyk już gotowy do marszu. Stoję w pierwszym rzędzie, obok kolega z sejmowych ław. Mina smutna, oczy rozbiegane. Mówi: „Skoczę tylko do toalety, bo już nie mogę wytrzymać” – relacjonował mi pewien poseł. – Odmierzam czas, za trzy minuty miał być z powrotem. Po kwadransie zziajany dogonił pochód. Już wesolutki, uśmiech od ucha do ucha.

Tłumaczył, że akurat spotkał w kawiarni znajomego, więc z grzeczności zatrzymał się na chwilę. Jak ktoś pije, to potem wymyśla takie głupoty, by się usprawiedliwić. Taka prawda. Sejm przypomina czasem kolonie: chcesz się zabawić, ale trzeba uważać na nauczycielkę. Tę rolę odgrywają media. Nie starczyłoby czasu, by opisać wszystkie wpadki polityków przyłapanych przez dziennikarzy przy Wiejskiej. A okazji, by się tam napić, jest przecież sporo. Jeśli w klubie jest ponad stu posłów, a do tego dochodzą jeszcze senatorowie, to co parę dni są jakieś urodziny czy imieniny. Ale obyczaje się zmieniają. – Nasze pokoje w hotelu sejmowym to klitki, trzy na trzy metry. Ostatnio widziałem u kolegi taką scenę: w pokoju z dwunastu chłopa, muzyka z jamnika, flaszki na stole. I kilka naprawdę znanych postaci polskiej polityki. Jeden na zydelku, trzech na wersalce, kolejny palił papierosa w oknie.

Normalnie jak na wycieczce klasowej we wczesnym liceum – opowiada poseł prawicy. – Spytałem, czemu nie zajdą do knajpy sejmowej, by napić się jak ludzie. A oni na to, że tam siedzą posłowie opozycji. I jeszcze nakręcą jakiś filmik telefonem, rano wrzucą na Facebooka, więc nie ma co ryzykować. I dalej bawili się jak na koloniach. Prawicowy poseł ze Śląska: – Mamy w partii zaufanego człowieka. Uczciwy i lojalny. Nasi przeciwnicy już od kilkunastu lat go atakują, a to najlepsza rękojmia. Ten człowiek przez lata pełnił najważniejsze stanowiska z naszego nadania. W końcu coś w nim pękło. Coraz częściej zaczęły pojawiać się pogłoski, że pije. I to ostro. Sprawa trafiła do ścisłego kierownictwa. Wyznaczono zaufaną osobę, by się temu przyjrzała. Rozpytano współpracowników, zaufanych dziennikarzy, którzy nas wspierają. Niestety, plotki się potwierdziły. Gdyby sprawa wyszła na jaw, to byłby dla nas cios. Ten zaufany przyszedł więc do delikwenta i przekazał mu decyzję kierownictwa: „Zostajesz wycofany do drugiego szeregu i zaczynasz terapię. Od nas dostaniesz wszelką pomoc.

Jak wrócisz na właściwe tory, to wrócisz też do pierwszego szeregu”. Zgodził się. Alkohol to ważna część polityki. Powodów jest kilka. Po pierwsze: stres. Niektórzy uważają, że najlepiej go rozbroić wódką. Po drugie: polityka to gadanie. A wiadomo, że najlepiej się rozmawia przy alkoholu. Po trzecie: polityka to wciąż głównie męska zabawa. A co faceci najczęściej dostają w prezencie? Tak, flaszkę. Niemal każdy minister i ważny urzędnik ma pełen barek. Kolejna sprawa: wyjazdy i oficjalne imprezy. Tam niemal zawsze jest wino albo koniaczek. Wreszcie, większość posłów jest spoza Warszawy, mają daleko do domu i rodzin, więc udziela im się kolonijny klimat hotelu sejmowego. Tam muszą uważać tylko na opozycję, bo już kilka lat temu hotel został odgrodzony od dziennikarzy. Dlatego czasem podczas piątkowych porannych głosowań w Sali plenarnej wionie jak w gorzelni.

– Kiedyś zadzwoniłem do dziennikarzy, bo po Sejmie kręciła się kompletnie nawalona posłanka, a było dopiero wczesne przedpołudnie – wyznał mi polityk liberalnej partii. – Wpisałem chłopaków z pewnej gazety na listę sejmowych gości, ale posłanka miała szczęście. Ktoś ją wcześniej odprowadził do pokoju w hotelu na regenerację. Doniosłem na tę posłankę, bo strasznie mi uprzykrzała życie, czepiała się mnie przy każdej okazji. Ale generalnie w sprawie picia panuje ponadpartyjny konsensus. Sam kiedyś uczestniczyłem w transportowaniu w kocu do hotelowego pokoju kolegi z innej partii. Ale to były takie czasy, że się równo piło. I równie dobrze to ja mogłem być w tym kocu. Wyprowadzka z hotelu sejmowego też może się skończyć przygodą. – Asystent znalazł mi pokój z kuchnią niedaleko Wiejskiej. Pewnego wieczoru wracam do domu i mijam na klatce jednego z założycieli mafii pruszkowskiej. Poznałem go, bo wcześniej byłem urzędnikiem MSWiA i otarłem się o sprawę rozbijania tej grupy – opowiada jeden z prawicowych polityków.

– Próbowałem sobie to spotkanie jakoś racjonalizować. Przekonywałem siebie, że przecież Warszawa to taka większa wieś. Ale okazało się, że facet mieszka na tym samym piętrze, drzwi w drzwi ze mną. Kiedyś przez wizjer zobaczyłem, że przyszło do niego dwóch kolejnych z dawnej grupy pruszkowskiej. Następnego dnia wróciłem do hotelu sejmowego. Poselskie hamulce łatwiej puszczają na wyjazdowych, zamkniętych dla mediów posiedzeniach. Poseł liberalnej partii:

– Pojechaliśmy kiedyś za Warszawę do takiego ośrodka. Znana posłanka tak się upiła, że padła w windzie i przez jakiś czas jeździła z góry na dół i z powrotem. Mieliśmy też w klubie posła, który bez przerwy pił herbatę. Dużo o niej opowiadał, radził nam, jak najlepiej zaparzyć poszczególne gatunki. Mówiliśmy na niego „Anglik”. W końcu zrozumiałem, o co tu chodzi. Kiedyś z marynarki wypadła mu piersiówka, z której dolewał do tej herbaty. Pracownik jednego z sejmowych klubów miał dość nietypowe zadania. – Na początku zajmowałem się obsługą medialną kilku posłów. Wyszukiwałem im informacje, by w studiu wychodzili na dobrze zorientowanych. A że sam byłem dziennikarzem telewizyjnym, to podpowiadałem na przykład, jak mają siadać, by marynarka im się nie gniotła, jak przerywać przeciwnikowi, by nie wyjść na chama – opowiada.

– Szybko się okazało, że muszę też zadbać o to, by moi podopieczni byli na chodzie. Brat jest lekarzem, więc szybko dogadałem się z zaufaną ekipą od stawiania na nogi. Oni przyjeżdżali z kroplówką, witaminami, odżywkami, a ja z planem wieczornego występu posła w programie publicznym. Pacjent dogorywał w łóżku, a ja próbowałem sączyć mu do głowy, co i jak ma powiedzieć w telewizji. Jak zawodnik był w szczególnie złym stanie, to starałem się dowiedzieć, jakie pytania dostanie. Dziennikarze nie robili większych problemów, bo akurat moi podopieczni byli pupilkami mediów. Jeden z premierów opisywał mi kiedyś swój zwyczaj. Po skończonym dniu pracy, zwykle ok. godz. 22, zapraszał najbliższych współpracowników na szklaneczkę. To był jego pomysł na integrację, moment na spokojną rozmowę, okazja, by przeprosić kogoś, kogo opieprzył w ciągu dnia.

– Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że część osób na tę szklaneczkę przyjeżdża specjalnie z domu. Chciałem być miły, a okazało się, że rodziny tak rozbijam. Wycofałem się z tego. Poza tym przejrzałem rozliczenie mojego funduszu reprezentacyjnego i okazało się, że whisky w knajpie była trzy razy droższa niż w sklepie! – opowiadał premier. Odległość od domu sprzyja flirtom wśród posłów. Niegdyś tajemnicą poliszynela był romans jednego z dziesięciu najważniejszych polityków w kraju z pewną młodą dziennikarką. Dzięki tej relacji ona miała dobre informacje. Jej redakcja puszczała swego czasu newsy o budowaniu rządu, których inni nie mieli.

Ale flirt zaczął się przeradzać w niebezpieczną sytuację. Dziennikarka wyobrażała sobie, że polityk zostawi dla niej rodzinę i wkrótce będzie niańczyła ich wspólne dziecko. Ale facet nie miał takich planów, miał za to bardzo władczą i zaborczą żonę. Dziennikarka była mocno zakochana i nie przyjmowała tego do wiadomości. Po nocach słała do polityka SMS-y, płakała przed koleżankami, że wyjeżdża z Warszawy na święta, a przecież mógłby zostać z nią. I tak się toczył ten brazylijski serial romantyczny. Problem w tym, że chodziło o jedną z najważniejszych osób w państwie, a przez niedyskrecję młodej dziennikarki romans mógł się zaraz wydać. Doszło nawet do tego, że znana i doświadczona reporterka, sprzyjająca partii polityka, umówiła się z nim na spotkanie, by zdać sprawę z powagi sytuacji i poinformować o krążących plotkach. W końcu facet zerwał romans, ale jego partyjni koledzy długo mieli z tego używanie i pozwalali sobie na koszarowe żarty wobec młodej dziennikarki. Przykra sprawa, bo dziewczyna chyba się wtedy autentycznie zakochała.

Historii początkujących dziennikarek, które próbowały robić karierę przez łóżka polityków, jest sporo. Ale zwykle były to kariery na krótką metę. By osiągnąć sukces w mediach, nie wystarczy parę wyciągniętych w łóżku informacji. Trzeba mieć jeszcze wiedzę o polityce, warsztat, rozumieć, na czym polegają partyjne rozgrywki. Poważne kariery nie zaczynają się w łóżku, a fama kochanki polityka może się ciągnąć za taką dziennikarką przez lata. Częściej zdarzają się romanse wewnątrzpartyjne. Jedną z takich historii sprzed kilku lat opowiedział mi poselski asystent. – Była taka brunetka tuż po trzydziestce, powabna, trzepocząca rzęsami. Od jakichś trzech lat kręciła się wokół partii, bywała na demonstracjach, wspierała nas na Facebooku. Aż wreszcie wypatrzył ją sobie jeden z naszych posłów – opowiada. – Ten polityk był konserwatystą, ważne były dla niego rodzinne wartości. Jak się okazało, konserwatystą był tylko od pasa w górę. Dziewczyna zaczęła przyjeżdżać do Warszawy ze swojego miasteczka. Chodziła z nim na zakupy, do modnych knajp, a potem do jego pokoju w sejmowym hotelu.

Brunetka, poza fizyczną atrakcyjnością, miała też spore ambicje i znakomite zdanie na swój temat. – Zupełnie nieuprawnione. Z trudem odróżniała Sejm od Senatu i Ministerstwo Sprawiedliwości od resortu spraw wewnętrznych. A chciała być pracownicą naszego klubu, udzielać się przed kamerami. Ale nawet nasz konserwatysta nie był na tyle nierozsądny, by się na to zgodzić – opowiada poselski asystent. – Wiedział, że istnieje granica, za którą łatwo wpaść w kłopoty. Ktoś by tę dziewczynę przepytał w Sejmie, a ona by nie wiedziała na przykład, kto jest ministrem obrony. Zrobiłaby się afera, media by się na to rzuciły, zaczęłoby się wewnętrzne śledztwo, kto ją do nas sprowadził i dlaczego. To już o krok od tego, by romans się wydał. Poseł postanowił inaczej zaspokoić potrzeby brunetki. Zadzwonił do wiceszefa spółki skarbu państwa, któremu wcześniej pomógł zająć ten stołek.

Ale i tu sprawa wymagała zachodu, bo podopieczna posła nie była w stanie samodzielnie napisać listu motywacyjnego. Nie można było tego komuś zlecić, by sprawa się nie wydała. – Więc ten nasz konserwatysta sam musiał napisać list za dziewczynę, którą znał ledwie dwa miesiące. Z posadą się oczywiście udało, a odwiedziny w sejmowym hotelu trwały. Praca za seks? No a jak to inaczej nazwać? – pyta mój rozmówca. Historia z drugiej strony politycznej barykady. – Zaczęło się od tego, że lider konkurencyjnej partii podłożył się niemądrą wypowiedzią. Nasza młoda działaczka, nieznana dziewczyna z prowincji, zgrabnie to wykorzystała w mediach społecznościowych. Zauważyli ją internauci i dziennikarze. Padł pomysł, by ściągnąć ją do Warszawy – opowiada poseł lewicy. – Chodziło o to, by na jakiejś konferencji powiedziała parę słów, bo nie chcieliśmy w kółko pokazywać tych samych ogranych twarzy. Działaczka przyjechała do stolicy, ale w ostatniej chwili odebrała telefon. – Ktoś ją zaczął namawiać, by dała sobie spokój z wychodzeniem przed kamery.

Chcieliśmy się dowiedzieć, o co chodzi i kto daje jej takie instrukcje – opowiada poseł. – Ktoś pojechał za nią do znanego warszawskiego hotelu. Tam czekał na nią wpływowy polityk naszej partii. Wsiedli do windy i pojechali na górę. Może poseł podejrzewał, że medialna aktywność jego koleżanki może zwrócić uwagę na ich relację? Przecież w domu czekali na niego żona i dzieci. – To się źle potoczyło. Któregoś dnia ta dziewczyna opublikowała w mediach społecznościowych post o przemocy wobec siebie. Dała dość jasno do zrozumienia, kto za to odpowiada. Media się tym zainteresowały, ale sprawa szybko przycichła. Może ją przekonał, może jej zapłacił. Faktem jest, że ten polityk jest dziś w drugim szeregu. I raczej nie wróci do pierwszego, bo ta historia zostałaby przypomniana w błyskawicznym tempie. Wielu reporterów o niej wie – uważa poseł. Czasem romanse pomagają na styku biznesu i polityki.

– To była ważna sprawa dla naszego koncernu. Szykowała się zmiana przepisów, która popsułaby nam biznes w Polsce. Chodziło o naprawdę duże pieniądze – tę historię z początku XXI w. opisuje były menedżer wielkiej firmy. – Byliśmy bezradni, tradycyjne metody przekonywania polityków zawiodły. Argumentów ekonomicznych i społecznych nikt nie chciał słuchać. Ale sprzyjało nam szczęście. Jedna z pracujących u nas dziewczyn była w doskonałych relacjach z bliskim współpracownikiem premiera. To była wpływowa osoba. I ten ich kontakt został wzmocniony. Zaczęli się częściej widywać, wyjeżdżać razem na weekendy. To nam pomogło. Po kilku tygodniach argumenty, z którymi nie mogliśmy się przebić, pojawiły się na posiedzeniu Stałego Komitetu Rady Ministrów i w konsultacjach międzyresortowych. Przepisy, które w nas uderzały, w końcu wypadły z ustawy.

Narkotyki, szczególnie wciąganie kokainy, to wciąż tabu w polskiej polityce. Jakby jakiś polityk wpadł w ten sposób i został opisany przez tabloidy, byłby zniszczony. Znam osobiście byłego polityka, którego ćpanie kompletnie wykoleiło. Ale ta historia działa się w czasach, kiedy kokaina była w Polsce jeszcze narkotykiem mało znanym, ekskluzywnym i trudno dostępnym. Temu politykowi pozwalała się doprowadzać do używalności po alkoholowych ekscesach. Na porannego kaca wciągał kreskę i wracał do żywych. Kokaina daje poczucie pewności siebie, chwilowo poprawia elokwencję. Ale z czasem potrzeba jej coraz więcej. Zaczynają się skutki uboczne: lęki, paranoje, kłopoty z sercem, emocjami i portfelem, bo jest po prostu droga. Sejm przypomina czasem kolonie: chcesz się zabawić, ale trzeba uważać na nauczycielkę. Tę rolę odgrywają media Temu politykowi latały ręce, wzrok miał coraz bardziej rozbiegany. Kiedyś niemal wpadł, bo jeden z pracowników biura przyszedł do niego do hotelu sejmowego, a tam na stole leżała karta kredytowa obsmarowana białym proszkiem.

Dziś sprawa pewnie wydałaby się szybko, bo ludzie mają większą świadomość tego, jak zachowują się uzależnieni od kokainy. Ale wtedy zachowanie tego polityka zrzucano na „przejściowe problemy z alkoholem”. Może życie uratował mu fakt, że jego partia nie weszła do Sejmu. Zniknął stres i konieczność stawiania się do pionu narkotykami po nocnych libacjach. Znajomi w porę podali mu rękę i wyciągnęli z bagna. – Nie jestem człowiekiem małostkowym i mściwym, więc mój poprzednik miał szczęście – opowiada mi jeden z wicepremierów. – W szufladach przy biurku znalazłem zostawione przez niego „świerszczyki” i listy od jakichś panienek. A na kanapę w gabinecie najwyraźniej nie raz się komuś ulało. Była nie do odratowania. W związku z tym mam radę dla przyszłych ministrów: posprzątajcie dobrze po sobie gabinet, bo mogą być z tego kłopoty! *** Co jest w polityce najważniejsze? Wybory! Mój rozmówca był w polityce przez piętnaście lat.

Zaczynał w młodzieżówce, a doszedł do stanowiska ministra. Choć wiatr historii wywiał go z życia publicznego, to nie lubi tych dziecinnych żali, że polityka jest bezwzględna, brudna i fałszywa. Dziś uważa, że to gadanina naiwniaków i pięknoduchów. Sam przez chwilę był takim naiwniakiem, ale szybko mu przeszło. Kiedy? Zbierali podpisy, by zarejestrować listę wyborczą. To moment, gdy partyjne młodzieżówki mogą się wykazać. Chwila prawdy i test organizacyjnej sprawności. Jeśli go zdasz, możesz liczyć na nagrodę. Może zostaniesz szefem biura poselskiego, może asystentem posła. A jak pójdzie naprawdę dobrze, to w następnych wyborach, choćby samorządowych, samemu zagościsz na liście wyborczej.

Mój rozmówca zbierał z kolegami te podpisy, ale ewidentnie im nie szło. Liczył, że będzie miał pięćset autografów dziennie, a po trzech dniach ledwie dociągnął do trzystu. Wstyd. Zbierał z nim chłopak, który miał trochę więcej doświadczenia. Mój rozmówca był już o krok od rzucenia tego w diabły i szybkiego zakończenia błyskotliwie zapowiadającej się kariery politycznej. Ale jego kolega wiedział, że jest jeszcze ostatnia deska ratunku. Wsiedli do autobusu i pojechali na obrzeża miasta. Wysiedli przy kościele. Przez głowę przyszłego ministra przeszła myśl, że może idą się pomodlić, bo już nie ma nadziei. Ale minęli kościół i poszli na cmentarz. Kolega instruował:

– Weź kartkę, długopis i spisuj z nagrobków imiona, nazwiska i daty urodzenia. Omijaj groby tych, którzy dziś mieliby po sto lat albo więcej. Jedziemy! W dwie godziny mój rozmówca miał trzysta martwych nazwisk.

Następnego dnia pojechał z kolegą na cmentarz w sąsiednim miasteczku i kolejnych pięćset nazwisk wpadło. Ale pod listami wyborczymi trzeba jeszcze wpisać PESEL i złożyć podpis. Do dat urodzenia zatem na chybił trafił dopisywali cyfry i tak tworzyli PESEL . Podpisy? Wzięli kilka długopisów, by tusz był różny, i sami stawiali te autografy. To były czasy, kiedy nikt w Państwowej Komisji Wyborczej podpisów pod listami dokładnie nie sprawdzał. Byli o krok od wpadki, bo przypadkowo wpisali dane i złożyli podpis kobiety, która miałaby sto czterdzieści lat, ale w ostatniej chwili sami to zauważyli. – Po latach w polityce powiem brutalnie: jakbyśmy chcieli być legalistami, to trzeba by anulować wyniki wszystkich wyborów z ostatnich kilkunastu lat – opowiada mój rozmówca.

– Dlaczego? Dane podpisujących listy wyborcze są kolekcjonowane przez partie. To była jedna z najcenniejszych rzeczy, jaką chroniła szafa pancerna w naszym biurze. Trzymało się te dane na czarną godzinę – z poprzednich wyborów, dawnych referendów. I jeśli brakowało podpisów pod bieżącymi listami wyborczymi, to się korzystało z tych starych i je dopisywało. Ale przy takich fałszerstwach trzeba zawsze złożyć pod listą więcej podpisów, tak ze sto trzydzieści, sto pięćdziesiąt procent wymaganych. Górka jest potrzebna, jakby PKW coś zakwestionowała. Poza spisywaniem z nagrobków był jeszcze jeden trik, który stosował kolega mojego rozmówcy. Jego ciotka pracowała w urzędzie miasta.

A tam są spisy mieszkańców, dane kierowców czy płatników lokalnych podatków. To dane cenne jak diabli, bo prawdziwe, pełne i aktualne. Kolega przyszłego ministra dostał taki spis od ciotki i z miejsca miał kilkaset nazwisk. Pięknie wtedy zapunktował u szefów. Ładnie mu się kariera rozwinęła. Już trzecią kadencję jest posłem, dziś walczy o praworządność, ciągle o niej mówi w telewizji. Podkreśla, jak to trzeba przestrzegać zasad. – Regułą jest też, że mniejsze komitety wymieniają się listami z podpisami. Prosty układ: my dajemy wam trzy tysiące podpisów, które zebraliśmy, a wy dajecie nam swoje trzy tysiące podpisów – opisuje mój rozmówca.

– Każdy na tym zyskuje. Szefowie tych komitetów to akceptowali, bo nie mieli wyjścia. Jakby nie zebrali podpisów, toby nie stanęli do wyborów i wypadli z obiegu.

 

Michał Majewski, „Tak to się robi w polityce”, Wydawnictwo: Czerwone i Czarne

COMMENTS

WORDPRESS: 0