Porywacz, uciekinier, morderca. Gdzie jest Zbigniew Iwanicki?

Porywacz, uciekinier, morderca. Gdzie jest Zbigniew Iwanicki?

Porwał samolot z Polski do Danii, przedostał się do USA, został postrzelony i… zabił ochroniarza. Gdzie jest Zbigniew Iwanicki?

Ten życiorys z pewnością nadawałby się na scenariusz filmu sensacyjnego. Zbigniew Iwanicki, w 1970, a więc w “głębokiej komunie”, porwał samolot pasażerski z Polski do Danii. Stamtąd uciekł do Niemiec. Został deportowany i uciekł do… USA. Przez Kanadę. W Stanach został postrzelony. I podczas niewielkiej kradzieży sklepowej w Water Tower w Chicago sam śmiertelnie postrzelił ochroniarza. Skazany na 40 lat więzienia, zgodnie z przepisami miałby wyjść w 2017 lub 2018. Ślad po Iwanickim urywa się jednak nagle, po jego skazaniu. Nie wiadomo, gdzie jest. I czy w ogóle jeszcze żyje.

W sierpniu 2018, do Chicago przyjechała siostra Zbigniewa Iwanickiego – Irena Grzybczak. Usiłowała natrafić na jakikolwiek ślad brata. Jak dotąd – bezskutecznie. Dlatego też zwraca się z apelem do wszystkich o jakiekolwiek informacje. -Chciałabym po prostu wiedzieć i ostatecznie zamknąć ten rozdział mojego życia rodzinnego – mówi pani Irena. -Najgorsza jest ta niepewność co do losów mojego starszego brata. Jeżeli jeszcze żyje, to chciałabym go przytulić. A jeżeli już nie – chciałabym przynajmniej wiedzieć, gdzie został pochowany. I pomodlić się nad jego grobem. Nawet wtedy, gdy – będąc sam krzywdzony – mógł krzywdzić innych.

Pani Irena była geodetą. Teraz jest już na emeryturze. Mieszka w Polsce. Siedzimy przy dobrej herbacie i jabłeczniku w gościnnym domu pani Alicji Jonik z Chicago. To ona postanowiła pomóc w tej niezwykłej sytuacji. Obie postanowiły zapytać w Konsulacie Generalnym RP w Chicago. Jest też numer sprawy sądowej w archiwach. Ale wszystkie ślady, jak na razie, giną w mroku historii. To już przecież tyle lat. Wiele krajów. I dwa kontynenty…

Zbigniew Iwanicki, urodzony 19 czerwca 1941 stał się sławny w 1970. Piątego czerwca porwał samolot pasażerski AN-24. Czyli popularnego “Antka”, lecącego z Goleniowa do Gdańska. I grożąc eksplozją granatów (miał dwie atrapy), zmusił załogę do lądowania w Katrup (Dania). Było to trzecie w historii porwanie samolotu Polskich Linii Lotniczych LOT, ale chyba najbardziej dramatyczne. I mające najcięższe konsekwencje. A przy okazji rozpoczynające całą serię podobnych porwań.

-Zbyszek zawsze lubił militaria – wspomina pani Irena, która miała wtedy 15 lat i chodziła do ósmej klasy podstawówki. -Ale te granaty były jedynie atrapami. Miał też pistolet. Chyba prawdziwy, choć tak dobrze się nie znam. Marki nie pamiętam. Nie krył się z tym, że chce wyjechać na Zachód. A jak się nie uda wyjechać – to uciec.

Dusił się w PRL-owskiej Polsce. Mówił, że nie widzi tu swojej przyszłości. Marzył o Szwecji. Uczył się intensywnie angielskiego. I w miarę dobry był już w tym języku. Robił wszystko, żeby tylko wyrwać się z Polski.

Pierwszą próbę podjął, pisząc się na wycieczkę do Szwecji

-Był to wyjazd grupowy, bez indywidualnych paszportów – wspomina pani Irena. -Zbyszek cieszył się, jak dziecko na ten wypad. Że wyjedzie i zostanie. Ale dosłownie na dzień przed wyjazdem, otrzymał informację, że został skreślony z listy pasażerów. Pewnie ktoś doniósł, że Zbyszek chce zostać na Zachodzie. Ciężko to przeżył. Ale ostatecznie nie porzucił myśli o wyjeździe. Za wszelką cenę. No to pozostało mu już chyba tylko porwanie samolotu.

Ryzyko było olbrzymie. W tamtych czasach, za terroryzm powietrzny i nielegalną próbę opuszczenia kraju komunistycznego groziła po prostu śmierć. A także zagranicą krzywo patrzono na porywaczy. Z reguły nie deportowano ich wprawdzie z powrotem do Polski, ale swoje musieli odsiedzieć, zanim ostatecznie dostawali najczęściej azyl polityczny.

-Ten dzień nie różnił się specjalnie od innych – kontynuuje pani Irena. -Zbyszek jakoś specjalnie się z nami nie żegnał. Po prostu powiedział tylko, że wyjeżdża. Rodzice się domyślali. Bo mówił wcześniej, że jak będzie uciekał, to chciałby mnie zabrać ze sobą. Ale się nie zgodzili. Ze względu na ryzyko. Oni więc raczej wiedzieli. Ja i młodszy brat – nie.

Rodzina dowiedziała się dopiero na drugi dzień. Gdy do domu wpadła milicja i Służba Bezpieczeństwa.

-Przewrócili wszystko do góry nogami – dodaje siostra. -Tato akurat słuchał „Wolnej Europy”. Tamci od raz naskoczyli na niego. „Słucha pan wrogiej stacji?!” – zaatakowali. „A co, nie wolno?” – odpowiedział spokojnie ojciec. Nic nie powiedzieli. Ale potem wszyscy mieliśmy kłopoty. Pamiętam, że jak chciałam jechać na wycieczkę do Niemieckiej Republiki Demokratycznej, to mi nie wydali paszportu. Byliśmy na czarnej liście.

Wzmianki o ucieczce Iwanickiego znalazły się w wielu opracowaniach. W tym – zachodnich. Nic dziwnego – rozpoczął „czarną serię” porwań jak określały to władze polskie. Np. w książce “The Journal of Air Law and Commerce”, na stronie. 218 odnotowano lakonicznie ucieczkę Polaka. Dodając, że już 5 października 1970 został on skazany na 6 lat więzienia przez władze duńskie, za “piractwo powietrzne”. Wyrok niezbyt surowy. Tym bardziej, że Polaka zwolniono po odbyciu zaledwie połowy kary. I przyznano mu azyl polityczny. Argumentując, że gdyby został odesłany do Polski, groziłaby mu kara śmierci. Co było bardzo prawdopodobne.

-Zbyszek nie udzielał się zbytnio politycznie – dodaje pani Irena. -Nie należał do żadnej partii czy organizacji opozycyjnej. Miał po prostu dość życia w PRL-u. Był niekiedy porywczy i zdecydowany, to fakt. Głośno krytykował to, co mu się nie podobało. I wszyscy jego znajomi, o rodzinie nawet nie wspominając, wiedzieli że źle się czuje w kraju.

Od dnia porwania, najbliżsi skazani byli na wyrywkowe, niepełne, sporadyczne informacje o Zbigniewie Iwanickim. Czasem tylko przyszła jakaś kartka pocztowa czy krótki list. Rzadziej ktoś wpadł i coś powiedział o Zbyszku. Albo pojawiła się gdzieś plotka z bliżej niesprecyzowanego źródła.

-Niestety, w ciągu wszystkich tych lat, ta korespondencja gdzieś się zawieruszyła – dodaje pani Irena. -A szkoda, bo może znajdowały się tam jakieś szczegóły, które przeoczyliśmy, a które pozwoliłyby odtworzyć losy Zbyszka.

A były one rzeczywiście niezwykłe. Z fragmentów informacji można w przybliżeniu odtworzyć, co się działo dalej. Też nie mając pewności, czy to stuprocentowa prawda.

A więc po porwaniu samolotu i odsiedzeniu połowy wyroku, Polak… uciekł z Danii do Niemiec. Dlaczego? Dania mu się nawet podobała, ale język był nie do przejścia. Zbigniew został jednak deportowany z powrotem. Podczas pobytu w Danii zauroczył się Ameryką. I postanowił przedostać się do Stanów.

-Zadekował się “na gapę” w jakimś zbiornikowcu, płynącym do Kanady, bo stamtąd tylko krok do USA – dodaje pani Irena. -Wyszedł dopiero na otwartym morzu, gdzie nikt już nie mógłby go zawrócić. W Kanadzie dostał rzekomo azyl. Ale nadal chciał się przedostać do Stanów. Porwał więc… kajak. I graniczną rzeką Świętego Wawrzyńca dotarł do USA. I tu poprosił o azyl polityczny. Czekając na “zieloną kartę”, jako rzeźnik jeszcze z Polski, znalazł pracę w zakładach przetwórstwa mięsnego w Chicago. Dobrze płatną. Ale chyba nadal go nosiło…

Pani Irena nie zna statusu imigracyjnego brata. Nam udało się jednak ustalić, że został mu przyznany azyl polityczny w USA. Sam zainteresowany nigdy się jednak o tym nie dowiedział. Ze względu na częste zmiany miejsca zamieszkania, nie można było Zbigniewa poinformować o pozytywnym finale starań o stały pobyt. I nie wiadomo, na ile wiadomość ta mogłaby zmienić całe życie Iwanickiego. Ale możemy spekulować, że na pewno miałaby ogromny wpływ na jego przyszłość.

Ta jednak miała okazać się tragiczna dla Iwanickiego. Do pani Ireny dotarły strzępy informacji.

-Ktoś kiedyś powiedział, że Zbyszek, w Chicago został postrzelony przez Portorykańczyka gdzieś na ulicy – wspomina siostra. -Podobno dostał postrzał w tył głowy, ale w szpitalu jakoś z tego wyszedł. To był twardy człowiek. Nie wiem, dlaczego doszło do tej strzelaniny. Być może już wtedy Zbyszek zadawał się z niewłaściwymi ludźmi…

Niektórzy spekulują, że Iwanicki miał poważne problemy z prawem. Zadziorny niepokorny, przebojowy ryzykant. I być może związał się ze środowiskami, które były na bakier z prawem. Tak przynajmniej mogłoby wynikać z dalszego rozwoju wydarzeń.

-Dowiedziałam się też, że potem, Zbyszek sam zastrzelił w Chicago człowieka – dodaje pani Irena, po której widać, że wyznanie to sporo ją kosztuje. -I zabił tego mężczyznę. Podobno podczas zwykłej kradzieży sklepowej. Został skazany na 40 lat więzienia. To było w 1978. I z tego by wynikało, że przy odsiedzeniu całej kary powinien był wyjść w 2017-2018 roku. Czyli mniej więcej teraz. No ale nie ma najmniejszego śladu po moim bracie. Urodził się w 1941. Swoje lata już miał. Czyżby więc nie dożył do końca kary?

W takim razie gdzie jest jego grób?

I czy żyje jeszcze ktoś z rodaków, kto pamięta mojego brata? I mógłby mi nieco więcej opowiedzieć o jego losach w Ameryce?

-Nasi rodzice już nie żyją – dodaje pani Irena. -Ale ja, pewnie już jedyna żyjąca z trojga rodzeństwa po śmierci młodszego brata, chciałabym zamknąć jakimiś konkretnymi ustaleniami ten etap naszego rodzinnego życia. Dla spokoju własnego sumienia. I być może też mimo wszystko dla upamiętnienia Zbyszka, który – mimo zderzeń z prawem – zasługuje, jak każdy, na pamięć ze strony najbliższych.

Po latach bardzo ważny jest więc każdy szczegół z życia pana Zbigniewa. Być może nawet pozornie nic nie znaczący drobiazg może doprowadzić do uzyskania dodatkowych informacji i zlokalizowania zaginionego. Dlatego warto skonfrontować informacje, podane przez panią Irenę z wiadomościami ze wszystkich możliwych źródeł. I spróbować odtworzyć w miarę dokładnie cały znany przebieg życia Zbigniewa Iwanickiego.

Być może pomoże w tym relacja z początku długiej i krętej drogi życiowej poszukiwanego. A więc z porwania samolotu. Tu musimy już zdać się na relację reporterską z Polski. Traf chciał, że na pokładzie porwanego przez Iwanickiego samolotu AN-24 znalazł się szczeciński dziennikarz, Piotr Zieliński. Jego reportaż, został opublikowany W 2016, w tygodniku ogólnopolskim „Polityka”.

(Jest to pierwszy z serii trzech repotaży, opublikowany w 40. numerze polonijnego tygodnika chicagowskiego “EXPRESS”)

Red. Andrzej Wąsewicz/Foto Facebook

COMMENTS

WORDPRESS: 0