Polak kontra…Grizzly

Polak kontra…Grizzly

W bezpośrednim starciu z niedźwiedziem grizzly, człowiek ma niewielkie szanse. Bliskie zeru.

Ważące do 300 kg zwierzę, potrafiące pędzić z prędkością 4 mil na godzinę, wspiąć się na drzewo i ogłuszyć dorosłego jelenia jednym uderzeniem potężnej łapy, wyposażonej w szpony o 15-centymetrowej długości, jest jednym z najgroźniejszych drapieżników zwierzęcego świata. Nic więc dziwnego, że ci, którym udaje się ujść z życiem z takiego pojedynku sam na sam, mogą zaliczać się do prawdziwych szczęściarzy. Do takich właśnie osób ostatnio zaliczono naszego rodaka z Montany – Józefa “Joe” Kiedrowskiego. Na polowaniu został on zaatakowany przez dorosłego niedźwiedzia grizzly. I znalazł się o krok od śmierci. Uratowała go zimna krew, desperacka wola życia i… pusty kontener po spreju na niedźwiedzie.

Kiedrowski mieszka w Billings, w Montanie. Jest zapalonym myśliwym. I często poluje wraz z przyjaciółmi i bratem. Głównie – na jelenie. Tak też było w tym sezonie. W minioną sobotę, Kiedrowski wybrał się z pięcioma innymi myśliwymi na polowanie w rejonie Tom Miner Basin w powiecie Park. Przebieg wydarzeń opowiada ze szpitalnego łóżka w miniony poniedziałek.

Dzień wcześniej, myśliwi rozdzielili się. Każdy poszedł w swoją stronę, zajmując indywidualne stanowiska łowieckie. Tropili jelenie. Kiedrowski podążał tropem sporego byka. Nie było to trudne. Na ziemi leżała już 12-centymetrowa warstwa świeżego śniegu, który w Montanie, o tej porze roku często już pada.

-Gdy zobaczyłem swego jelenia, podszedłem jeszcze bliżej – wspomina Polak. -Wziąłem go na cel. I położyłem jednym strzałem. Z dość dużej odległości. To była naprawdę spora sztuka. Było już jednak późno. Dobrze po południu… Na tyle późno, że nie byłbym w stanie ściągnąć asysty i zabrać zdobyczy do naszego obozu. Postanowiłem więc zostawić jelenia na noc. I wrócić na drugi dzień rano z jakimś transportem. Nawet więc nie sprawdzałem, czy postrzelona sztuka żyje…

W niedzielę rano, zgodnie z planem, Kiedrowski wraca na oznaczone miejsce.

-Nie byłem mimo wszystko pewien, czy ten byk już ostatecznie padł, czy też jeszcze może żyć – wyjaśnia. -Dlatego postanowiłem podejść go bardzo cicho. I sprawdzić, co się ze zdobyczą dzieje.

I to był błąd!

Śnieg tłumił odgłos kroków myśliwego. Polak był sam. Inni myśliwi znajdowali się na swoich terenach łowieckich, w odległości dobrych kilku mil.

-Zacząłem schodzić z niewielkiego wzgórza w kierunku miejsca, gdzie miał paść ten byk – wspomina Polak. -Przedzierałem się przez zarośla, w kierunku niewielkiej przecinki leśnej. I wtedy, w odległości jakichś może z dziesięciu metrów zobaczyłem przed sobą niedźwiedzia grizzly. Wyłonił się zza drzewa. Wyglądało na to, że drapieżnik zajął się moim upolowanym jeleniem. Po prostu uznał go za swoją zdobycz. I teraz widział we mnie groźnego intruza.

Bestia, widząc człowieka, postanowiła najwyraźniej bronić „swojej” zdobyczy. I runęła w kierunku Kiedrowskiego.

-Dosłownie w mgnieniu oka zobaczyłem przed sobą paszczę z olbrzymimi zębiskami – wspomina Polak. -Nigdy tego nie zapomnę. Niedźwiedź szarżował prosto na mnie. I zajęło mu to dwie-trzy sekundy, by mnie dopaść. Nie miałem nawet szansy użycia swej broni – sztucer niosłem przewieszony przez ramię. I był – co gorsza – nieodbezpieczony. Czasu wystarczyło mi jedynie do tego, by wysunąć ręce przed siebie i nieco do góry, by się choć trochę osłonić.

Grizzly złapał zębiskami Polaka za prawy nadgarstek.

Mocno szarpnął. Kiedrowski poczuł olbrzymi ból. Zdołał jeszcze zobaczyć, że ma przed sobą pełnowymiarowego, dorosłego niedźwiedzia.

Myśliwy szarpnął się ostro do tyłu. I padł na plecy, na gołą ziemię. Niedźwiedź wciąż atakował.

-Przekręciłem się wtedy na brzuch tak, żeby drapieżnik, zamiast rozszarpać mi żebra i plecy, zajął się moim plecakiem, który wciąż miałem na sobie – dodaje Polak. -I usiłowałem, za wszelką cenę, ochronić głowę. Jedno bowiem mocniejsze ugryzienie czaszki lub karku mogłoby oznaczać koniec.

Po kilku próbach ugryzienia myśliwego, niedźwiedź jednak wycofał się nieco. Odszedł w kierunku krzaków, z których wcześniej wyskoczył. Kiedrowski, będąc doświadczonym myśliwym, wiedział jednak, że najprawdopodobniej nie jest to jeszcze koniec morderczej przygody. Wiedział, że jedynie zyska nieco na czasie.

Za mało go jednak było, by przygotować broń, zawieruszoną tu gdzieś podczas początkowej szamotaniny. Sztucer, w bezpośrednim starciu, jest poza tym mało przydatny. I pozostaje nieporęczny w użyciu.

Kiedrowski podniósł się z trudnością z ziemi.

I sięgnął po jedyną, dostępną teraz broń – przytroczony do myśliwskiego pasa, pojemnik spreju pieprzowego, mającego odstraszać niedźwiedzie.

-Wziąłem te puszkę do ręki i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń – dodaje Polak. -Starałem się przy tym zachowywać niezwykle cicho. Zdawałem sobie sprawę, że niedźwiedź może jeszcze w każdej chwili powrócić. Słyszałem, że gdzieś mniej więcej w tym samym miejscu, z którego wyskoczył, nadal jest, bo chrząka i posapuje. Ale nie widziałem go. W końcu jednak, po chwili wyskoczył na mnie w identyczny sposób, jak poprzednio. Tym razem jednak miałem się już czym bronić.

Kiedrowski zdołał cudem przeżyć. Inni rodacy nie mieli jednak – niestety – tyle szczęścia. W USA i w Kanadzie, wskutek ataków niedźwiedzi, zginęło już 10 rodaków.

(Cały, obszerny, ilustrowany i dramatyczny reportaż o batalii Kiedrowskiego oraz o śmiertelnych, polonijnych ofiarach ataków tych drapieżników – w 46. numerze chicagowskiego tygodnika polonijnego “EXPRESS”).

HTML tutorial

COMMENTS

WORDPRESS: 0