Kamil Stoch trzyma się blisko latających Norwegów

Kamil Stoch trzyma się blisko latających Norwegów

Wygląda na to, że wiatr w Pjongczangu najmniej przeszkadza skoczkom narciarskim. Wczoraj na dużym obiekcie przeprowadzono pierwsze treningi przed sobotnim konkursem indywidualnym. Kamil Stoch był w czołówce.

Wygląda na to, że wiatr w Pjongczangu najmniej przeszkadza skoczkom narciarskim. Wczoraj na dużym obiekcie przeprowadzono pierwsze treningi przed sobotnim konkursem indywidualnym. Kamil Stoch był w czołówce. Bądź tu człowieku w Korei mądry. W Pjongczangu wiało wszędzie, tylko nie na skoczni.

– Były wyjątkowo dobre warunki, nie narzekalibyśmy, gdyby podobne były w sobotę – przyznawał po treningach Maciej Kot. – Choć na górze, tam gdzie są szatnie, wiatr był mocny. Najwyraźniej jednak miał taki kierunek, że zatrzymywały go siatki i w tej niecce był spokój. Polacy po kilku dniach przerwy wrócili na skocznię i widać było, że szybko się pozbierali po sobotnim konkursie na normalnym obiekcie. – Po czym miałem się zbierać? Po tym, że oddałem bardzo dobre skoki i zająłem wysokie miejsce? – pytał Stefan Hula. – Wtedy, na gorąco, były ogromne emocje, ale po przemyśleniu stwierdziłem, że dla mnie piąte miejsce jest i tak ogromnym sukcesem. Do medalu było blisko, ale to już jest historia. Jestem w dobrej dyspozycji i wszystko jest w porządku. Najbardziej w porządku – u Kamila Stocha. W każdej z trzech serii treningowych był w pierwszej trójce. Najdalej i najlepiej latali Norwegowie: Robert Johansson i Johann Andre Forfang, brązowy i srebrny medalista pierwszego konkursu. – Bardzo przyjemnie było znów robić to, co po tutaj przyjechaliśmy – komentował Stoch. – Moje skoki były na dobrym poziomie, pewne elementy dopracowałem, nad innymi jeszcze popracuję. Teraz skupiałem się zwłaszcza na pozycji dojazdowej i trening przyniósł pożądane efekty. Dwukrotny mistrz olimpijski przyznał, że w końcu osiąga satysfakcjonujące prędkości na progu. – Myśleliśmy, co zrobić, żeby jeździć szybciej, ale też żeby z tego dobrze wstać, żeby była dobra energia włożona w odbicie i jego kierunek. Jak się takie rzeczy wymyśla? Nie robię tego, leżąc wieczorem w łóżku. Od tego są analizy z trenerem – śmiał się Stoch. On i Dawid Kubacki mogą być pewni startu w piątkowych kwalifikacjach. Na pozostałe dwa wolne miejsce jest trzech chętnych. Decyzja, kto wystąpi zapadnie po czwartkowych zajęciach.

– Dla mnie obecna sytuacja jest trudniejsza niż na przykład rok temu – przyznaje Kot. – Jadąc na mistrzostwa świata do Lahti, byłem przekonany, że wystąpię w konkursach. Mógłby mnie wyeliminować z nich jedynie wielki pech. Na każdym treningu mogłem skupić się na poprawianiu jakiegoś elementu. Obecnie tak nie jest, każda próba to walka o skład. Sytuacja nie jest łatwa, ale jak najbardziej do zaakceptowania. Tym bardziej, że czuję się na siłach, by walczyć. To też pomaga podnieść poziom swój i innych. Na swoją szansę czeka Żyła, który pierwszy konkurs obejrzał w telewizji, w wiosce. – Wszyscy jesteśmy mocni, a koledzy lepiej skakali, więc to mi przyszło kibicować. Czy będę rządził, bo odpocząłem? Na pewno będę walczył – zapowiedział. Na treningach jednak nie błyszczał.

– Skoki dobre, ale krótkie – dowcipkował. – Parę rzeczy jest do poprawienia. Trochę na rozbiegu mnie chwiało, był słaby balans. Trzeba złapać dobre czucie i będzie lepiej. Olimpijskie konkursy to również olimpijski reżim. Trener Stefan Horngacher pilnuje wszystkiego, wprowadził specjalne środki ostrożności, żeby przez przypadek ktoś nie złapał jakieś infekcji. – Zalecenia mamy takie, żeby siedzieć w hotelu i mieć jak najmniej kontaktu z innymi ludźmi. Z pokoju wychodzimy praktycznie tylko na posiłki i treningi – opowiada Kot. – Stosujemy wzmożoną higienę, często myjemy i dezynfekujemy dłonie, zwłaszcza przed i po jedzeniu. Uważamy też na to, co jemy. Na przykład omijamy produkty surowe. Pilnujemy się, a jeżeli ktoś cokolwiek zauważy niepokojącego, to od razu ma zgłosić się do lekarza. Kontrola diety? – Na stołówce jadam standardowo – mięso, ryż, papryczka jalapeno i śliweczka – uśmiecha się Żyła. – Trochę miszmasz, ale od początku przyjazdu do Pjongczangu tak jadłem. Cokolwiek jemy, to jest to konsultowane-niekonsultowane z trenerem. Zależy, czy akurat jemy w jego obecności, he, he, he. Kiedyś mi zwracał uwagę, teraz już nie musi.

Przemysław Franczak, Pjongczang (AIP)

COMMENTS

WORDPRESS: 0