Kamieniem w kierowcę. Młody Polak wśród sprawców tragedii

Kamieniem w kierowcę. Młody Polak wśród sprawców tragedii

Młody Polak wśród lekkomyślnych „dowcipnisiów”, odpowiedzialnych za śmierć człowieka .Z wiaduktu rzucali kamieniami w przejeżdżające samochody.

Głupota i nieodpowiedzialność, zwłaszcza u młodych ludzi, czasem ma tragiczne konsekwencje. Tak jest również w tym przypadku. Grupa pięciu nastolatków, w której znalazł się młody chłopak z polonijnej rodziny, zabawiała się… rzucaniem kamieniami z wiaduktu, w przejeżdżające poniżej autostradą samochody osobowe. I nie były to małe kamyki! Niektóre bryły ważyły nawet do 3 kg. I jednym takim kamieniem został uderzony w głowę 32-letni, zupełnie przypadkowy, polonijny kontraktor, wracający z pracy vanem. Zginął na miejscu. Policja zatrzymała już młodocianych sprawców. Wśród nich… 16-letniego Polaka, Marka Sekelskiego. Teraz grozi im dożywocie.

Do tragedii doszło 18 października, w pobliżu Detroit (Michigan). W głównym zarysie odtworzono już przebieg dramatu. Jest środa. Dochodzi godz. 20:30. Autostradą międzystanową I-75 jedzie – mający charakterystyczną, kontraktorską drabinę na dachu – biały van. Zmierza w kierunku południowym. Znajduje się o ok. 80 mil na północ od Detroit.

Kenneth Andrew White (32), pochodzący z polonijnej rodziny, ale noszący typowo amerykańskie nazwisko po ojcu siedzi na fotelu pasażera z przodu. Jest polonijnym kontraktorem. Wraca z pracy. Vana prowadzi jego przyjaciel, pracujący na tej samej budowie. Samochód zbliża się do wiaduktu w Vienna Township. Kierowca nie przekracza sześćdziesiątki.

Obaj mężczyźni cieszą się. Jest już po pracy. I niedługo będą w domu. Na Kennetha czeka narzeczona – Aimee Cagle, z czwórką dzieci. Najmłodsze ma 5 lat. Podróż z powrotem do domu ma trwać dwie godziny. Do zakończenia podróży pozostaje zaledwie 10 minut…

I wtedy zdarza się tragedia. Gdy van przejeżdża pod wiaduktem, z gór spada duży kamień. Uderzenie jest precyzyjne. Twarda bryła przebija przednią szybę. I uderza pasażera najpierw w głowę. A potem spada na klatkę piersiową.

Kenneth natychmiast traci przytomność.

Kierowca zjeżdża na pobocze. I niewiele już może zrobić. Poza wezwaniem karetki pogotowia. Przewieziono Kennetha do miejscowego szpitala Hurley Medical Center, gdzie formalnie stwierdzono zgon.

Całe zdarzenie widzi w lusterku wstecznym Jim Schultz, jeden z czwórki kierowców, poszkodowanych mniej więcej w tym samym czasie przez grupę nastolatków, rzucających kamienie.

– Jechałem przed tamtym vanem – wspomina. I zobaczyłem, jak z wiaduktu lecą na autostradę kamienie. Były to duże odłamy. Miały po kilka dobrych kilogramów wagi. Nie mogłem ostro skręcić. I najechałem na jeden taki kamień. Wtedy poszła mi miska olejowa. Dosłownie urwało mi ją i rozwaliło na pół. Kamień miał gdzieś tak ze dwadzieścia pięć centymetrów średnicy. Przypominał wręcz piłkę do koszykówki. Zwolniłem, przygotowując się do zjazdu na pobocze. I zobaczyłem w tylnym lusterku, jak jadący za mną van dostaje trafienie z wiaduktu, prosto w szybę… Dostrzegłem, jak mężczyzna na siedzeniu pasażera zostaje ugodzony tym pociskiem i bezwładnie osuwa się do tyłu. Miałem duże szczęście, bo równie dobrze to mogłem być ja. Niestety, zginął człowiek. Łączę się w bólu z rodziną tego nieszczęśnika, życząc jej przetrwania tych trudnych chwil.

(Cały reportaż o tych dramatycznych zdarzeniach – w 44. numerze chicagowskiego tygodnika polonijnego “EXPRESS”)

Fot.twitter

HTML tutorial

COMMENTS

WORDPRESS: 0