Justyna Kowalczyk: Palce bieleją z zimna, ale trzeba dać z siebie wszystko

Justyna Kowalczyk: Palce bieleją z zimna, ale trzeba dać z siebie wszystko

– Jezu, siedemnaste miejsce to nie jest szczyt moich marzeń, ale w tym roku nie dokończyłam tego biegu, gdy startowałam w Pucharze Świata. Jestem w dużo lepszej formie niż na początku sezonu – mówiła biegu łączonym Justyna Kowalczyk. To była pierwsza konkurencja igrzysk w Pjongczangu. Złoty medal zdobyła Szwedka Charlotte Kalla. 

– Po tym biegu będę wiedziała, na czym stoję – mówiła dzień przed startem Polka. Odpowiedź chyba ją uspokoiła. Bo taki nadszedł czas, że pozytywnych akcentów trzeba szukać w 17. miejscu dwukrotnej mistrzyni olimpijskiej. Przyzwoicie więc wypadł test techniki klasycznej, w którym rozgrywany będzie sprint i bieg na 30 km, bo przed zmianą nart Polka – choć 12. – miała 5,4 sekundy straty do czołówki. W stylu dowolnym, w którym będzie jeszcze rywalizować w sprincie drużynowym, większe straty były wkalkulowane. Od zwyciężczyni była wolniejsza o minutę i 45 sekund.

– Optymizmu mi nie brakuje, przyjechałam na igrzyska walczyć – podkreślała Polka. – Teraz będą już inne emocje, najgorsze jest stanąć na olimpijskim starcie po tylu latach, czyli czterech, w troszkę innej formie niż na poprzednich igrzyskach. Trzeba sobie wytłumaczyć, że teraz jest inaczej, a potem dać z siebie wszystko na trasie. Jak przyznawała, olimpijska trema wciąż jej towarzyszy. – Człowiek nie śpi, denerwuje się, przecież całe cztery lata na to pracowaliśmy. Mój trener, ja, mój serwis. To są wielkie nerwy dla nas wszystkich, chcemy pokazać się z jak najlepszej strony. Po prostu to jest ważny egzamin. Lekko nie było. Trudne warunki wyzwaniem były już dla serwismenów przygotowujących narty – Kowalczyk własnych bardzo chwaliła – a co dopiero dla zawodniczek. Do tego przenikliwy, mroźny wiatr. – Po biegu miałam, jak my to mówimy, przeźroczyste białe palce. Zaraz pewnie będą pokryte bąblami, ale co zrobić, taki jest ten sport – opowiadała zziębnięta Justyna, chowająca dłonie w grubych bordowych rękawiczkach. – Mówiłam, że to będzie dla mnie najcięższy bieg, ale… Trzydziestka też będzie ciężka, a sztafeta sprinterska to już prawdziwa rzeźnia. Tym bardziej na tych trasach, na tym śniegu. Cieszę się jednak, że Sylwia jest z siebie zadowolona, mam nadzieję, że damy radę powalczyć w sztafecie o dobry wynik. Sylwia, czyli Sylwia Jaśkowiec w ostatnich latach miała pod górę. Przez kontuzje praktycznie dwa lata spisała na straty. Jej udział w koreańskich igrzyskach długo stał pod znakiem zapytania. – Zrobiłam to dzięki determinacji, woli walki, wsparciu rodziny i kibiców. Słyszałam, że wielu z nich modliło się o mój start. Dzięki wszystkim za to, że wystartowałam w swoich trzecich igrzyskach – stwierdziła po biegu, w którym zajęła 30. miejsce.

– Wszystkie pobiegłyśmy bardzo dobrze. Wyniki są krzepiące. Warunki były jednak bardzo trudne. Na trasie nie było pewnego odbicia i trzeba było biegać miękko. A to kosztuje dużo energii. Mam nadzieję, że kolejne starty będą lepsze i zajmę wyższe pozycje – podsumowała 31-letnia zawodniczka z Osieczan. Tuż za nią na metę wpadła Ewelina Marcisz. – Mało brakowało, a obie byłybyśmy w „30”. W końcówce wyprzedziła nas Francuzka (Coraline Thomas Hugue – red.). Nie zrozumiałyśmy się z Sylwią, która jakim torem ma biec. Inaczej byśmy ją „łyknęły” – przyznała. – Ostatnio często zajmuje miejsca w okolicach „30”, ale nie mogę do niej wejść. Mam nadzieję, że to się zmieni w kolejnych startach. Czuję, że mam rezerwy – dodała Marcisz, która teraz weźmie udział w sprincie stylem klasycznym. Odpuści za to sprint drużynowy. – Przyznam, że liczyłam na udział w nim – mówiła ze smutkiem. Na pytanie, czy taki był wybór Kowalczyk, z której zdaniem liczą się wszyscy, odparła: – Decyzję przekazał mi trener. Życzę powodzenia drużynie i jak najlepszego wyniku – ucięła.

Ta konkurencja zaplanowana jest na 17 lutego. Najniżej z Polek była Martyna Galewicz, która zajęła 41. miejsce. Dla 29-letniej narciarki z Zakopanego był to debiut na igrzyskach olimpijskich. – Super, bardzo się cieszę, choć nie do końca czułam emocje związane z tym wydarzeniem. Miałam wrażenie, jakbym była na Pucharze Świata. Te same twarze, procedury, może tylko motywacja była większa – opowiadała. Najważniejsze wyniki biegu dla nikogo zaskoczeniem nie były.

– Mówiłam od początku, że Charlotte zwycięży. I „dychę” też wygra bez problemu – wieszczyła Justyna. Tym samym Szwedka nie pozwoliła zdobyć Marit Bjoergen siódmego olimpijskiego złota w karierze, ale ze srebrnego Norweżka (straciła do rywalki 7,8 sek) też się cieszyła. W klasyfikacji wszech czasów goni swojego rodaka biathlonisty Ole Einara Bjoerndalena, który w kolekcji ma 13 olimpijskich krążków. Bjoergen brakuje do tego wyniku już tylko dwóch sztuk. W niedzielę w biegu łączonym (15+15 km) rywalizowali mężczyźni. Tu Norwegowie zgarnęli pełną pulę. Mistrzem olimpijskim został Simen Hegstad Krueger, srebro zdobył Marton Johnsrud Sundby, a brąz Hans Christer Holuns. 52. miejsce zajął debiutujący na igrzyskach Dominik Bury. We wtorek sprinty „klasykiem”.

 

 

Pjongczang (AIP)

COMMENTS

WORDPRESS: 0