Igrzyska w Pjongczangu. Konkurs skoków narciarskich, który zmroził Polaków

Igrzyska w Pjongczangu. Konkurs skoków narciarskich, który zmroził Polaków

Dyskusje, czy należało przerwać olimpijski konkurs na normalnej skoczni, czy w ogóle był sens go rozgrywać lub czy ktoś majstrował przy przelicznikach wiatrów będą trwały w nieskończoność, ale jednego nie zmienią. Polacy zostali bez medalu, choć na półmetku Stefan Hula i Kamil Stoch byli na dwóch pierwszych miejscach. Złoto zdobył Niemiec Andreas Wellinger.

 

– Szok? Czy ja wiem, było blisko, co zrobić. Piąte miejsce i tak jest wspaniałe. I tak jest to dla mnie największy sukces. Choć była szansa na więcej… Akceptuję to – mówił po zawodach smutnym głosem Hula (0,9 pkt od brązu). Atmosfera po zawodach była w polskiej ekipie grobowa. Sukces był na wyciągnięcie ręki. 31-latek ze Szczyrku, któremu ten medal należał się jak mało komu – za upór, wytrwałość, pracowitość – prowadził po pierwszej serii ze sporą przewagą. W szalonym finale, który ciągnął się i ciągnął przez wiatr, a zimno było tak, że zawodnicy odmrażali sobie policzki, Polacy przeżyli dwa potężne rozczarowania. Najpierw miejsca na podium nie obronił Stoch, który przegrał z Wellingerem oraz Norwegami: Johannem Andre Forfangiem i Robertem Johannsonem. Od tego ostatniego – na „pudło” wskoczył z 10. miejsca – był słabszy o 0,4 pkt. Drugi cios był jeszcze boleśniejszy. O ile bowiem po skoku Huli stało się jasne, że złoto zdobędzie Niemiec, o tyle wydawało się, że Polak medal ma pewny. Otoczony przez kolegów z kadry czekał na wynik, ktoś zdążył mu nawet pogratulować. Na telebimie wyświetliło się jednak 5. miejsce. – Byłem przekonany, że ma srebro – przyznawał potem Stoch. – Nie wiem, jak to wszystko się policzyło, Stefan na pewno nie miał takich dobrych warunków jak pokazały współczynniki. – Złość czy rozczarowanie? Ani jedno, ani drugie. Po prostu przetrawię to. Mimo wszystko to dla mnie dobry czas, bo pokazuję, że jestem w dobrej dyspozycji. Szczegóły zadecydowały, a byłoby zupełnie inaczej – komentował z wielką klasą Hula. – Po skoku nie było tak, że czułem, iż jest medal. Aż tak to nie. Można gdybać, ale co to da? W środku jest sportowa złość na taki los, ale już nic na to nie poradzę. Złość mi nic nie da, bardziej zaszkodzi. Walczymy dalej. W podobnym duchu wypowiadał się Kamil. – Jestem rozczarowany, bardzo mi żal, zabrakło mi dosłownie odrobinkę, ale też mam świadomość, że świat się nie kończy i jeszcze są dwa konkursy przed nami. To, co się stało, to już historia i jej nie zmienię. Zawody były wielką porażką organizatorów i jury. Wiatr utrudniał ich przeprowadzenie, konkurs zaczął się w sobotę, a skończył w niedzielę. – Czegoś takiego nie pamiętam – rozkładał ręce Adam Małysz, dyrektor PZN. – Konkurs w takim warunkach nie powinien się odbyć. To była parodia. Teraz najlepiej się wku… i rozpierdzielić wszystkich tam na górze – nie przebierał w słowach. Finałową serię oglądała garstka widzów, resztę wygonił z trybun przenikliwy chłód. Co jednak mieli powiedzieć skoczkowie? Szwajcara Simona Ammanna z belki ściągano pięć razy, po kilkunastu minutach czekania wyglądał jak sopel lodu. I tak się zapewne czuł. Nie pomagały koce, którymi próbowano dogrzewać zawodników, to był raczej symboliczny gest. Rywalizację kontynuowano na siłę. – Gdy czekałem na górze nie myślałem, że mogą przerwać zawody, a ja będę miał złoty medal. Starałem się zachować spokój. Siedziałem wtedy w cieple, więc nie było źle. Nie było nerwów, bo wiem, że potrafię daleko skakać – mówił Hula. – Bywały już takie konkursy, ten nie jest pierwszy i nie ostatni. Skoro wszystko trwało, to trzeba było dalej robić swoje – mówił Stoch. – Każdy z nas oddał skok na bardzo dobrym poziomie. Ja wciąż mogę robić to lepiej i trafiać w próg, ale tak bywa. Zabrakło niewiele, mieliśmy trochę pecha, może też było trochę błędów. O tym, co powinno zrobić jury nie chcę mówić. Nie wypowiadam się na ten temat, nie chcę dyskutować. Musimy patrzeć do przodu. Zanim doszło do dramatycznego finału, swoją gorzką pigułkę musiał przełknąć Dawid Kubacki. Skoczek z Szaflar też marzył o medalu, a nie awansował nawet do finałowej serii. Zajął 35. miejsce. – Ogromny pech? Delikatnie ujmując. To, co bym chciał powiedzieć nie nadawałoby się do publikacji – mówił wściekły Kubacki. Po lądowaniu na 88. metrze zrobił wymowny gest. Rozłożył z rezygnacją ręce, potem kpiąco prychnął, gdy zobaczył punkty za wiatr. Niektórym w I serii odejmowano 15 za korzystne warunki, jemu tylko trzy. – Jak mam się czuć, jeśli nie skrzywdzony? Nie patrzyłem na listy, nie wiem, czy miałem najgorsze warunki ze wszystkich. Ale z tej obniżonej belki, jak trenerzy potem skomentowali, byłem bez szans – pieklił się pod skocznią. – To trochę jest jednak nie do końca przemyślane, że taki konkurs, który rozgrywany jest raz na cztery lata, puszczany jest w takich warunkach. Jest jak jest, tym razem ja nie trafiłem, i jest mi z tym źle i będę się żalił. Podejrzewam, że jakbym trafił, to nie miałbym nic przeciwko. Przy okazji padły jeszcze słowa, które po zawodach pomagały wyobrazić sobie nastroje w drużynie. – Jedyne pocieszenie, i to duże, jest takie, że mam kolegów tam wysoko. Teraz będę im kibicował i dmuchał pod narty, wierzę, że będzie dobrze. Nie dla mnie, ale drużyny – mówił Kubacki. To nie był jednak polski dzień. Mówi się, że po takich historiach sportowcy wracają mocniejsi. I tego się trzymajmy. Konkurs indywidualny na dużej skoczni w najbliższą sobotę. Treningi zaczną się w środę.

 

Przemysław Franczak, Tomasz Biliński, Pjongczang

COMMENTS

WORDPRESS: 0