Czy istnieje sposób, aby piłkarzy przygotować do życia w finansowym kosmosie? Refleksje po lekturze książki „Moja spowiedź” Dawida Janczyka, który mógł zostać drugim Lewandowskim

Czy istnieje sposób, aby piłkarzy przygotować do życia w finansowym kosmosie? Refleksje po lekturze książki „Moja spowiedź” Dawida Janczyka, który mógł zostać drugim Lewandowskim

„Moja spowiedź” Dawida Janczyka i Piotra Dobrowolskiego to książka, która powinna wzbudzić coś więcej niż refleksję – pisze Rafał Musioł, zastępca szefa działu sportowego Dziennika Zachodniego.

Książkowa spowiedź Dawida Janczyka to lektura nielekka i wstrząsająca. Życie na pełnym gazie (w przenośni i dosłownie), aż do rozbicia o ścianę, towarzyska samotność w walce o wyrwanie się z nałogu, ostatnie wieści – już spoza wydawnictwa – że wszystko wciąż zmierza w kierunku autodestrukcji.

To musi zmuszać do refleksji. Zwłaszcza że nie jest to historia odosobniona. Większość z nich ma wspólny mianownik w postaci olbrzymich pieniędzy, jakie spadają na mentalnie niedojrzałe dzieciaki, które potrafią kopnąć piłkę mniej więcej w zaplanowanym kierunku. I nagle otrzymują za to pliki banknotów, jakich ich rodzice nie widzieli przez całe życie. Otwierają się znienacka nowe możliwości, a standardy środowiskowe wymagają, by z nich korzystać. Ile osób jest w stanie zachować w takiej sytuacji trzeźwą (znów w przenośni i dosłownie) głowę?

Oczywiście nie sposób już zawrócić kijem rzeki. Olbrzymia kasa będzie pompowana w piłkę bez względu na to, czy głodna część świata zagrzmi o przekroczeniu barier zdrowego rozsądku. Pytanie brzmi jednak, czy istnieje sposób, aby piłkarzy przygotować do życia w finansowym kosmosie? Czy kluby nie powinny mieć na etatach psychologów i doradców finansowych, a w kontraktach adekwatnych do zarobków składek na prywatne fundusze emerytalne i zdrowotne, obejmujące także leczenie z nałogów?

Zapewne jest w tych pytaniach pozorna doza naiwności. Wynikają one jednak także ze znajomości piłkarskiego środowiska. Uwierzcie Państwo, że dominują w nim potencjalni naśladowcy Janczyka, natomiast Dudków czy Koźmińskich, którzy potrafili swoje zarobki zamienić w dostatnie życie po odwieszeniu butów na kołki, widać i słychać znacznie mniej. I dlatego właśnie takie biografie jak „Moja spowiedź” powinny stanowić nie sensację towarzyską, a punkt wyjścia do podjęcia kompleksowych i przemyślanych działań profilaktycznych, zanim kolejni milionerzy poproszą nas o złotówkę na flaszkę.

 

Opis wydawnictwa:

Wielki talent. Rekordowy transfer. Nałóg, który zniszczył wszystko.

Świetny występ w młodzieżowych mistrzostwach świata w Kanadzie w 2007 roku pokazał, jak wielki drzemie w nim talent. Stawiano go w jednym szeregu z Sergio Agüero, chciały go u siebie Inter i Atlético, ale za rekordowe 4,2 miliony euro trafił do CSKA Moskwa. Stolica Rosji miała być trampoliną do wielkiej kariery Dawida Janczyka. Okazała się przekleństwem, które zapoczątkowało jego upadek…

Koledzy z drużyny, trenerzy, rodzina – w wywiadach udzielonych na potrzeby książki powtarzają jednym głosem: „Nie wiem jak do tego doszło, nic na to nie wskazywało, to był taki dobry, cichy chłopak”. A jednak w pewnym momencie coś poszło nie tak jak trzeba. Czy Dawid wróci jeszcze na właściwe tory?

„Moja spowiedź” to rozliczenie się z przeszłością jednego z największych talentów w historii polskiego futbolu. To opowieść o samotności, niewłaściwym towarzystwie, wizytach w najlepszych nocnych klubach, łatwych pieniądzach, braku cierpliwości. I o nałogu, który może rozpocząć się od jednego drinka.

Miał wszystko, by zostać drugim Lewandowskim. Dziś już nawet nie odcina kuponów od dawnej sławy. Walczy o powrót do normalnego życia.

 

Fragment książki:

– Skoro nie gram, to mnie wypożyczcie. Jestem za młody, żeby tracić czas na ławce – zażądałem.

Roman się uśmiechnął i zaczął tłumaczyć jak niesfornemu dziecku, że o wypożyczeniu nie ma mowy, bo na mnie liczą, i że już wkrótce będę grał.

Wtedy coś we mnie pękło. W drodze do domu kupiłem flaszkę. Jeden drink, drugi, bo nienawidzę czystej wódy i… złość minęła. I tak dwa, trzy razy w tygodniu. Ale pod kontrolą. Tak mi się wówczas wydawało. Nie zdawałem sobie sprawy, że nie trzeba się uchlać, zarzygać czy stracić świadomości, żeby być alkoholikiem. Uzależnionym można się stać, wypijając dwa drinki czy dwa piwa co wieczór. Bo to nie ilość się liczy. Wszystko jest w głowie. I jeśli przez cały dzień czekasz na moment, kiedy sobie polejesz, to już jest znak, że przekroczyłeś cienką czerwoną linię. Tak było ze mną. Zacząłem popijać w czasach Legii, ale alkoholikiem stałem się w Moskwie. Tyle że jeszcze piłem z głową. Zaczynałem po powrocie z bazy, około 16.00–17.00. Kilka drinków i o 19.00 odstawiałem butelkę. Pilnowałem się, żeby następnego dnia na treningu nikt się nie domyślił, że coś spożywałem. W żadnym z klubów, w których grałem, nigdy nie złapano mnie pod wpływem czy na kacu. Jeżeli czułem się źle, to w ogóle nie wychodziłem z domu. Ale tak działo się w późniejszym okresie. W CSKA byłem młody, wytrenowany i w gazie. Mogłem wypić beczkę whisky, a i tak następnego dnia nic by po mnie nie było widać. Jeśli piłem sam, to w domu. Nigdzie nie wychodziłem, z nikim się nie widywałem. Tylko Caner Erkin nie wiedział, o co chodzi, bo coraz częściej wymawiałem się od wspólnych partyjek w FIFĘ.

 

COMMENTS

WORDPRESS: 0